Strona Główna

Historia Lubomina

Historia Strugi

Historia Index

OPIS I DZIEJE MIEJSCOWOŚCI

STRUGA i Lubomin


STRUGA - INFORMACJE OGÓLNE
PIERWSZE WZMIANKI O STRUDZE

LUBOMIN - INFORMACJE OGÓLNE
PIERWSZE WZMIANKI O LUBOMINIE


RODZINA CZETTRITZ
REFORMACJA

DZIEJE LUBOMINA W XVII WIEKU
DZIEJE LUBOMINA W XVIII WIEKU
DZIEJE LUBOMINA W XIX WIEKU
DZIEJE LUBOMINA W XX WIEKU

DZIEJE STRUGI W XVIII WIEKU
I BITWA POD STRUGĄ
DZIEJE STRUGI W XIX WIEKU
II BITWA POD STRUGĄ
DZIEJE STRUGI W XX WIEKU

ŻYCIE CODZIENNE W ADELSBACHU I LIBERSDORFIE
STOSUNKI SPOŁECZNE
GOSPODARKA
PROBLEMY EKONOMICZNE
OBYCZAJE

DWIE WOJNY ŚWIATOWE
WYZWOLENIE

CZASY WSPÓŁCZESNE
SZKOŁA PODSTAWOWA W STRUDZE

  • UWAGI I PRZYPISY
  • POŁOŻENIE STRUGI

       Struga jest wioską położoną w dolinie rzeki Czyżynki (niem. Waldwasser, Zeis Bach) na granicy Gór Wałbrzyskich i Pogórza Wałbrzyskiego. Ciągnie się na długości około 6 km na wys. ok. 375 - 425 m, w malowniczej dolinie ograniczonej od zachodu Węgielnikiem (niem. Engelsberg) i Strumycką Górą w masywie Trójgarbu (niem. Sattelwald, Sattelberg) oraz Rudówką (niem. Eisenberg, Rote Höhe) od zachodu a od wschodu Sasem (niem. Sachsberg) i Wzgórzem Ułańskim. Miejscowość łączy się bezpośrednio z Lubominem (niem. Liebersdorf). Od południa graniczy ze Sczawnem Zdrój (niem. Bad Salzbrunn) i Wałbrzychem, a od północy ze Starymi Bogaczowicami (niem. Bad Alt-Reichenau).
         

    MIESZKAŃCY STRUGIPowrót do początku strony

       Na terenie Strugi nie odkryto bogactw naturalnych.1 Od początku jednak, była to wieś rolnicza. Chociaż gospodarzenie na okolicznych wzgórzach, nigdy nie było łatwe. Dlatego wielu mieszkańców, szukało dla siebie innego zatrudnienia w okolicznych miastach a także na miejscu, w rzemiośle – zwłaszcza w tkactwie.2 Na przestrzeni wieków, powstawały tutaj młyny, karczmy, zajazdy, piekarnie.3 Wielu zatrudniało się u innych gospodarzy, wielu pracowało w majątku u Dziedziców Strugi. Nie sposób opisać tego wszystkiego, bo jeśli prawdą jest to, co mówią kronikarze, że miejsce to tętniło życiem, już w roku 1290, to będzie to, do dziś dnia - ponad 700 lat.

       Dzisiaj, na terenie Miejscowości mieszka około 400 Rodzin. Wedle danych urzędowych z roku 2005, społeczność Strugi stanowi 790 osób. W ciągu wieków Struga liczba ta była różna: w roku 1785 - Struga liczyła 671 mieszkańców, w roku 1825 - wieś liczyła 449 osób, w roku 1941 - Struga liczyła 1.205 mieszkańców. W ostatnich dziesięcioleciach liczba ta wyraźnie malała.

       Od początku XIX w., szczególnie w jego II połowie, Struga była popularnym letniskiem, cieszyła się zainteresowaniem turystów podążających tędy do Cisów. Często bywali tu kuracjusze ze Szczawna Zdroju, których zachwycało położenie wsi i jej zabudowania. Wydaje się, że w ciągu ostatnich pięciu lat, ta właściwość miejsca się powtarza. Co więcej, coraz częściej zaczynają się tu osiedlać nowi mieszkańcy. Są ponoć plany, aby na okolicznych wzgórzach powstały całe nowe osiedla – ale ... to tylko pobożne życzenia.
         

    NAZWA MIEJSCOWOŚCI STRUGAPowrót do początku strony

       Po II Wojnie Światowej, nadano miejscowości nową, skromną nazwę: nazwano ją STRUMYK. Jednak już w 1947 roku, zmieniono ją na obecnie znaną nazwę STRUGA. Trochę szkoda tej pierwszej, tym bardziej, że w całej Polsce niewiele było miejsc o takiej nazwie (zaledwie jedna). Takich jednak zmian, Struga przeżyła więcej. Ponieważ technika bez trudu pozwala, na wymienienie wszystkich tych nazw, dla naszej więc wiedzy uczyńmy to: Adellungesbach, Adlingsbach, Adelungisbach, Adlungisbach, Adelungespach, Adelungsbach, Adelingisbach, Adlongisbach, Adlugesgesbach, Adlugisbach, Adilsbach, Adesbach, Nieder - Adelsbach oraz Ober – Adelsbach. Ta ostatnia nazwa ADELSBACH, zostawiła najgłębszy ślad w dokumentach. Jak podają źródła, nazwa ta miałaby pochodzić od "słynnego niegdyś na tej ziemi rodu szlacheckiego von Adelsbach".

    POŁOŻENIE LUBOMINAPowrót do początku strony

        Lubomin jest niewielka wioską (około 130 rodzin) położoną w Górach Wałbrzyskich. Ciągnie się ok. 1,6 km wzdłuż górnego biegu Czyżynki (niem. fotoWaldwasser, Zeis Bach) w malowniczej dolinie pomiędzy szczytem Trójgarbu (niem. Sattelwald, Sattelberg)  na północnym zachodzie i Chełmcem (niem. Hohwald, Berg Hochwald) na południowym - wschodzie. Jej zabudowania na wysokości około 430 - 520 m. podchodzą wzdłuż szosy Nr 376 (ze Szczawna Zdroju do Czarnego Boru) pod szerokie siodło łączące oba masywy. Za tym grzbietem znajdują się dawne kolonie Lubomina: Lubominek (niem. Neu Liebersdorf) i Chełmiec (obecnie w granicach Boguszowa - Gorców), Na północnym wschodzie zabudowania Lubomina sąsiadują z domami Strugi (niem. Adelsbach). Na południu za grzbietem znajduje się Jabłów (niem. Gaablau). Od północnego wschodu nad wsią wyrasta wzgórze Kamienista (niem. Stein - Berg), a od północy Modrzewiec (niem. Lerchen-Berg) i Węgielnik (niem. Engelsberg).

        Wieś leży na piaskowcach, zlepieńcach, szarogłazach, mułowcach i łupkach ilastych, w XVIII próbowano eksploatować także pokłady węgla kamiennego ale było to nie opłacalne. W okolicy był też pono kamieniołom piaskowców. Ślady jednej i drugiej działalności  zatarły się. Być może część elementów dekoracji kamiennych, pochodzi z tutejszych wyrobisk. Nazwa wzgórza Węgielnik, prawdopodobnie też jest świadectwem krótkiej historii górnictwa na tym terenie.

        Lubomin należał do 1818 roku do dawnego okręgu bolkowsko-kamiennogórskiego, księstwa świdnickiego, później został włączony do powiatu Kamienna Góra, natomiast po reformie administracyjnej w 1934 roku został przyłączony do powiatu wałbrzyskiego.

    MIESZKAŃCY LUBOMINAPowrót do początku strony

        Chociaż magisterium pisałem z historii Kościoła, nie jestem w tych rzeczach zbytnio biegły. Właściwie nie wiem, kim byli nasi Starsi Bracia, którzy przed nami tutaj mieszkali. Czy byli Niemcami, prusakami - nie wiem. W kronice znalazłem taką wzmiankę: "W latach 1758 i 1761 zmarła wielka liczba ludzi w czasie panującej epidemii tu w okolicy i w ogóle na naszym ukochanym Śląsku." Cyt. fotoz WKKLA. Może tak …? Być może ktoś bieglejszy w tych sprawach nam pomoże.

         Trochę wiemy o liczbie mieszkańców. Najstarsze zapisy z 1785 roku mówią, że żyło tutaj 375 osób. Później ta liczba stale rośnie, tak że na początku XX wieku osiąga liczbę 1110 mieszkańców. Po drugiej wojnie też mieszka tutaj prawie tysiąc osóbek. Później wieś zaczęła się wyludniać - dzisiaj, wedle Urzędu Gminy w Starych Bogaczowicach, liczy sobie 368 osób. Zapewne rodziny były liczniejsze? I rzeczywiście, w domach które mogą pomieścić kilka rodzin, mieszka dzisiaj dwie - trzy osoby.

        Jak to zapewne będzie jeszcze wspomniane, ludzie trudnili się tu rolnictwem - dzisiaj prawdziwych rolników, jest może pięciu. Innym zatrudnienie dawał wielki Wałbrzych. Co ciekawe, zapaść gospodarcza lat 90 dwudziestego wieku, nie poczyniła tutaj, takich spustoszeń jak w Strudze. W ogóle, porównanie obydwu miejscowości, bardzo korzystnie wypada na korzyść Lubomina. Ale jak to w życiu bywa, właśnie z owych różnic, wynika piękno i dobro.

    PIERWSZE WZMIANKI O LUBOMINIEPowrót do początku strony

    foto     W 1305 roku, miejscowość Villa Lybrici została wymieniona w wykazie wsi biskupstwa wrocławskiego Liber Fundationis Episcopatus Wratislaviensis jako wieś z kościołem. W ciagu siedmiu wieków historii, nazwa ta niewiele się zmieniła. W 1477 roku zanotowano nazwę Libersdorff (wieś libera) i taką już pozostała do zakończenia II Wojny Światowej. Przez dwa lata później funkcjonowała nazwa Miłosna, ale szybko zamieniono ją na znany nam LUBOMIN.

        Jako się rzekło, początek miejscowości wiąże się z Kościołem. Przypuszczam, że stał on, dokładnie w tym samym miejscu, co obecnie. Tutaj też był miejscowy cmentarz.

        Kiedy reformacja i Ewangelicy byli większością, u końca XVI wieku, Kościół Podwyższenia Krzyża Świętego, w naturalny sposób przeszedł w ich ręce. Modlili się tu 1654 roku,  kiedy to nastąpiła kasata (cokolwiek to znaczy), i świątynia znów przeszła w ręce katolików. Lata  przejściowe musiały być trudne, jeśli w sprawozdaniu z Wizytacji Kościelnej z 1667 roku, nikt już nie pamięta pod jakim wezwaniem wzniesiono Kościół.

    PIERWSZE WZMIANKI O STRUDZEPowrót do początku strony

       Pierwszym potwierdzonym źródłowo właścicielem Strugi był w 1290 roku rycerz Heinman (Hans) de Adellungesbache, o którym źródła mówią, że był obdarzany dużym szacunkiem na dworze księcia Henryka we Wrocławiu i w Legnicy w 1294 roku. Heinman z Adelungesbach, pochodził z rodziny Reichenbachów, niedaleko Tiefensee (pod Grodkowem). Przy dokumencie z 1322 r. zachowała się pieczęć Henryka (jest to inna forma imienia Heinman) "dictus de Adelungesbach" z napisem w otoku: " + SG. HENRICI. D. RICHEBHC"

       W dokumentach Heinman występuje do 1324 r.  Henryk V we Wrocławiu 25 VI 1293 r. zaświadczył, że bracia Nałęczowoj i Leonard sprzedali Heinmanowi z Adelungesbach, "nową wieś" ("Neundorf") i 34 łany ziemi w Grodkowskiem. Jako pan zamku Tiefensee, Heinman gwarantował pokój z Henrykiem Głogowskim 6 V 1294 r.

       W 1305 roku w "Liber Fundationis Episcopatus Wratislaviensis" (Księga Fundacji Biskupstwa Wrocławskiego), Struga jest wymieniona jako wieś z kościołem. Zaś w dokumencie z 1376 roku (dokument dotyczył sporów kompetencyjnychna Śląsku) został wymieniony Kardynał Johann zu St. Markus, biskup von Sabina jako rector ecclesiae (opiekun Kościoła) w wielu Śląskich miastach, w tym także, w malutkim Adlungisbache .

       W Roku Pańskim 1377 książę Bolko II  udzielając Świebodzicom praw miejskich, nadał temu miastu prawo zwierzchoności nad wieloma okolicznymi miejscowościami, w tym także nad Adelsbachem. W tym samym dokumencie Świebodzice otrzymały na ten teren, przywilej handlu piwem. Ten przywilej Miasto utraciło na rzecz Strugi w 1651 roku - co tamtejsi kronikarze odnotowali z wielkim smutkiem.

       Od połowy XIV w. wielokrotnie jako świadkowie w dokumentach występowali Franczko i Gunter, piszący się jako ze Strugi, a w 1366 r. Heinrich von Busewitz, który był tu sołtysem i właścicielem karczmy.

       W 1377 roku właścicielem wsi był rycerz Ulrich Schoff z Cisów, który wraz z żoną Elisabeth oraz rycerzami - spadkobiercami majątku - Reincko, Ulrichem, Rupertem i Peterem ufundował dla kościoła parafialnego ołtarz. Urlich zmarł w 1450 r. w Strudze (pochowany został w ufundowanym przez siebie kościele w Wałbrzychu).

    Powrót do początku strony

    Herb Rodziny CzetritzRODZINA CZETTRITZ

       W  1382 r. istniał w Strudze folwark, kościół i młyn. Wieś była już dużą posiadłością rycerską. Ulrich i jego brat Heinz Schoff nie pozostawili w linii męskiej spadkobierców, zatem Struga stała się lennem króla czeskiego jako władcy księstwa świdnicko - jaworskiego, w którego imieniu Hans von Colditz, 14 lutego 1453 roku, jako starosta księstwa sprzedał majątek w Strudze wraz z innymi posiadłościami Hermannowi von Czettritz z Książa.

       W 1454 roku właścicielami Strugi są synowie Hermanna - Georg i Hans. Majątkiem bracia podzielili się w 1456 roku, spadkobiercą Strugi został Hans. Zmarł w 1490 roku zapewne na zamku Chojnik, który odkupił od swojego brata Georga. W Strudze nie mieszkała także wdowa po nim. Możliwe zatem, że w latach 1470 - 1520 siedziba w Strudze pozostała niezamieszkana.

       Po śmierci Hansa majątek przeszedł na ośmiu jego synów, Struga w latach 1490 - 1493 stanowiła ich wspólną własność. Wówczas dobra w Nowym Dworze (Neues Dorf) obejmowały Strugę, Lubomin, Cieszów z zamkiem, Mrowiny, Czarny Bór i Jabłów. Sama Struga stała się wspólną własnością czterech braci: Hansa, Friedricha, Siegmunda i Ulricha, który mieszkał w Nowym Dworze. Siegmund był pierwszym z rodu, który w Strudze zamieszkał (wzmianka z 1528 roku). Tutaj też zmarł bezpotomnie w 1541 roku, i na miejscowym cmentarzu został pochowany. Pozostałą część ogromnego majątku przejął Ulrich, który zmarł w Strudze w 1538 roku (Urlich von Czetritz był szambelanem króla Węgier i Czech - Ludwika Jagiellończyka. Przypisuje mu się  odnalezienie zwłok króla po bitwie pod Mohaczem w 1526 r.). Majątek odziedziczył po Siegmundzie brat Georg i jego dzieci. Georg zmarł w 1545 roku i został pochowany w kościele w Strudze z żoną Dorothą, hrabiną von Dohna. Ich epitafia, są najstarszymi rozpoznanymi w świątyni stróżańskiej. Na otoku rzeźby, można przeczytać słowa: „Roku Pańskiego 1545, w Poniedziałek Wielkanocny, odszedł do Boga, wielce szlachetny (...) Pan Georg Czetritz z Nowego Dworu, (...) i Strugi”

       W latach 1545 - 1585 majątkiem włodarzył mieszkający tam Abraham. Do jego dóbr oprócz Strugi Dolnej i Górnej Lubomin, Cieszów z zamkiem, dolna część Boguszowa, Laski, Gorce, Mrowiny, Wildberg, Czarny Bór i Jabłów. Abraham Czettritz był zapewne inicjatorem budowy nowej renesansowej budowli (w głównym portalu widnieją herby jego i żony Marii von Nimptsch). Według historii rodu spisanej przez Hugona von Czettritz, zamek w Strudze miał istnieć już w 1453 roku. Rozbudowa siedziby miała miejsce około roku 1565. Przekazywana jest informacja, jakoby do rozbudowy pałacu użyto kamieni z zamku Cisy, którego ruiny należały do Czettritzów.

       Po śmierci Abrahama w 1585 roku głównym spadkobiercą był jego starszy syn Abraham (piszący się jako von Adelsbach). On to odziedziczył majątki w Strudze i Lubominie. Abraham zmarł w 1598 roku i został pochowany w kościele w Strudze4 wraz ze swoją żoną Magdaleną von Ratschin zmarłą w 1603 roku.5 Jej drugi mąż, Hans von Haugevitz ufudował jej piękne epitafium.Powrót do początku strony

       Po śmierci Abrahama w 1598 r., Struga przeszła w posiadanie Heinricha Noah, który ożenił się w 1619 roku z Susanną von Gellhorn i zmarł w 1625 roku. Jego następcą był brat - Hans Georga von Czettriz, ostatni z tej linii.

       W okresie wojny trzydziestoletniej dobra Hansa Georga zostały zadłużone. W 1655 roku jego szwagierka Susanna von Gellhorn przejęła dobra w Górnej Strudze i Lubominie. Swojej żonie Katharinie Hans Georg w tymże roku przekazał Dolną Strugę i Cieszów z zamkiem. W ten sposób po powtórnym podziale majątku posiadłości Czettritzów zostały poważnie uszczuplone. W 1662 roku zmarła bezpotomnie Katharina. Wyżej wymienione dobra przejęte od męża zapisała w testamencie swojemu bratu Heinrichowi Czettritzowi z Nowego Dworu, jednakże majątkiem miał dysponować nadal jej mąż, pod warunkiem, że się powtórnie nie ożeni. Hans Georg ożenił się jednak z Ursulą von Reibnitz w 1663 roku. Zmarł bezdzietnie w 1670 - na nim wygasła linia Czettritzów ze Strugi.

      Zgodnie z testamentem Kathariny dobra przejął Heinrich Czettritz von Neuhaus, który z kolei 12 lipca 1681 roku dobra w Strudze zapisał swojej córce Marii Katharinie, która w 1669 r. wyszła za mąż za Sigmunda Heinricha barona von Bibran - Modlau. Maria Katarzyna jednak, jako właścicielka Nowego Dworu i majątków w Dolnej Strudze, po śmierci męża miała zamieszkiwać w Strudze, gdzie zmarła w 1718 r. Po niej odziedziczyła wspomniane majątki jej młodsza córka Sophia Henrietta z domu baronowa von Bibran, która poślubiła hrabiego Rzeszy von Stollberg - Stollberg. Zapoczątkowała linię kolejnych długoletnich właścicieli wsi.6

    DZIEJE LUBOMINA W XVII WIEKUPowrót do początku strony

        W 1667 r. za notowano, że właścicielką Libersdorfu była baronowa Susanne von Sauermann, a proboszczem cysters Jacobus Zinck.

        W 1694 roku wymienia się jako właściciela dóbr Hansa Karla von Seher - Thoß. Z nim wiąże się smutna historia, którą on sam uwiecznił na epitafium w naszym Kościele. Napisał tak:
    "Umarłam, abyś ty żyć mogła"
    Ten kamień nagrobny
    na czas obecny i na wieczność
    niech upamiętnia, Najszlachetniejszą Panią
    Kunegundę Elżbietę z domu Czettritz
    Najukochańszą żonę, Wielce szlachetnego Pana
    Hansa Karola von Sehrr
    Właściciela Górnej Strugi, Lubomina i Botlsbergu.
    Moja Żona przeżyła na tym świecie 17 lat i 35 tygodni,
    Z czego przez rok jeden i 27 tygodni
    Była moją ukochaną Małżonką.
    Była wzorem Niewiasty pobożnej i cnotliwej
    Po urodzeniu córeczki, jeszcze sześć tygodni na łożu boleści przeżywszy,
    Odeszła od nas, Roku pańskiego 1670, 13 sierpnia.
    Do wiecznej chwały w Niebie.
    tłum. Elżbieta Bartosiewicz

    REFORMACJA
    Powrót do początku strony

    Marcin Luter 1483 - 1546  

       Ogromnym wstrząsem dla Adelsbachu, musiały być przemiany dotyczące spraw wyznaniowych. Reformacja na Śląsku nie miała charakteru gwałtownego. Zmiany w życiu religijno - kościelnym zachodziły stopniowo. Nie wiemy więc dokładnie, kiedy w Strudze i w Lubominie, zaczęto śpiewać po niemiecku Psalmy. Wedle Kroniki Świebodzic, tamtejsza wspólnota, miała przyjąć ewangelickie wyznanie wiary w latach 1524 - 1528.

       W Strudze i w Lubominie Kościoły były Katolickie – przynajmniej do 1654 roku. Wtedy pojawiła się tam Komisja (chyba inna niż ta w Świebodzicach gdzie Świątynie odebrano Ewangelikom). W Strudze Komisja nakazała Dziedzicowi – Hansowi Georgowi von Czettriz przekazanie obydwu Kościołów – Protestantom.

       Boguszów Gorce, miasteczko górskie, odwiedziliśmy 26 marca następującego roku (1654), panowie Hans Heinrich von Frenher von Hohberg z Furstenstein  i Hans Georg von Zettritz z Adesbachu są głównymi panującymi w tej miejscowości. Miejscowość była porządnie utrzymana, a katolickim proboszczem, u którego gościliśmy, był Melchior Heisig,  wyjechał już jednak kaznodzieja (był nim pan Joachim Fulleborn  z Wrocławia, który sprowadził się tu w 1641, wcześniej jednak był już proboszczem w Rohnau  w 1627), potem pospieszyliśmy jeszcze tego samego dnia do Reimanswaldau (Rybnicy Leśnej) (str. 449)

       Adelsbach został nam przekazany z wieloma protestami 12 lutego (1654) przez pana Hansa Georga Czettritza, tak samo Liebersdorf, filia Adelsbach, który również należy do tego pana. (str. 436)

    Protestantische Kirchengeschichte in Schlesien (1768)
    Johann A. Hensel, Friedrich Eberhard Rambach

    tłum. Elżbieta Skukowska



       Niestety opisanie tych przemian, przerasta moje możliwości - zbyt wiele towarzyszyło temu wojen, przelanej krwi oraz bohaterów tych wydarzeń - wielkich i małych. Wiele rzeczy też nie rozumiem - w sąsiednich Świebodzicach, dosłownie rok wcześniej działo się zupełnie na odwrót:

       1653 - 23 stycznia spaliły się dwa domy: Michała Kramersa i Georga Krahersa.

       Podpisując pokój ze Szwedami, na wniosek króla szwedzkiego, cesarz obiecywał Księstwom Śląskim wolność wyznania, jednak księstwom dziedzicznym tylko obiecywał, że z powodu religii nikt nie będzie musiał opuszczać swego miejsca zamieszkania.

       Ewangelicy wówczas otrzymali pozwolenie na wybudowanie trzech kościołów, w Świdnicy, Jaworze i Głogowie i na tym cesarz poprzestał. W dziedzicznych księstwach wydawanie decyzji uzależnił od swego upodobania. 16 stycznia Świebodzice zostały wskazane jako miasto do zlikwidowania ewangelickiego kościoła, z woli jego cesarskiego majestatu. Jednak wykonanie tej decyzji dla naszego miasta przeciągnęło się aż do grudnia.

       20 grudnia, przed południem (około 12 godziny), ukazało się zlecenie cesarskie i biskupie, aby w Świebodzicach, tak jak w innych miejscowościach, kościół zabrać. Komisja składała się z: prałata i oficjała Sebastiana von Rostock z Wrocławia, byłego cesarskiego podpułkownika i radcy Christopha von Churschwandta dziedzica i lennodawcy na Dietzdorf koło Strzegomia, Georga Steinera z kościoła św. Macieja we Wrocławiu oraz proboszcza i arcykapłana ze Steinau (Ścinawa).

       Jak ci panowie przybyli, na cmentarzu znajdowało się mnóstwo ludzi, którzy śpiewali pieśń "Erhalt uns Herrbei deinem Wort".W Rynku również wielu mieszczan gromadziło się. Opiekuna kościoła reprezentował sędzia z Książa. Komisja zażądała od Magistratu, aby usunięto ludzi z cmentarza i Rynku i aby wszyscy pozostali w swoich domach. Tymczasem wezwały, do stawienia się przed komisję obu kaznodziei, pastora Wawrzyńca i diakona Tanke, by powiadomić ich o dymisji. Gdy wezwani udali się do miejsca pobytu komisji (w hotelu "Czerwony Zdrój"), towarzyszyło im mnóstwo parafian z głośnym krzykiem i lamentami. Kilku nawet chciało razem z nimi przed komisją stawić się, w czym jednak przemocą im przeszkodzono. Uspokojenie wzburzonego tłumu kosztowało wiele trudu, zarówno sędziego z Książa jak Magistrat.Powrót do początku strony

       Skoro zdjęcie duchownych z urzędu stało się znane ogółowi, podniósł się ta wielki zgiełk, że Komisja nawet przed drzwi hotelu wyjść się bała. Wysłali posłańca do kapitana kraju w Świdnicy, prosząc o ochronę i pomoc.

       Teraz komisja rozkazała sędziemu z Książa kościół zamykać. Ten zaczął wykonywać polecenie, jednak wstrzymał się, czekając na dalsze decyzje. Pod wieczór, towarzyszący komisji generał - adiutant Hanns Haertel, ściągnął Świebodzic z okolicznych wsi, kilku tam pojedynczo zakwaterowanych kawalerzystów i przed siedzibą komisji straż ustawił.
     
       Nocą, około godziny dziewiątej, przyszło od kapitana kraju postanowienie następującej treści: "Nie uważam, skoro sytuacja została już opanowana, aby istniała konieczność interwencji i nakazuję, aby Pan von Hochberg z Książa wziął komisję pod swoją opiekę i panowie z komisji zechcieli tam się udać". Ta jednak, jeszcze tej samą nocy, wysłała do Świdnicy wyjaśnienie, że oni wcześniej Świebodzic nie opuszczą, ich zlecenie - kościół zabrać - zostanie wypełnione. Następnego dnia, w niedzielę wczesnym rankiem, o godzinie 6°°, 2 kaprali z 40 muszkieterami z kampanii kapitana Persianera oraz wachmistrz z 10 dragonami, przybyli z garnizonu Świdnickiego Jednocześnie kapitan kraju, pan von Hochberg, poprosił sam o wpuszczenie Świebodzic, by być obecnym przy zabraniu kościoła. Około godziny 10, towarzystwie dowództwa wojskowego, udała się komisja do kościoła i przejęła go.
     
       Kaznodzieje teraz zostali z miasta wydaleni. Pastor Wawrzyniec (Lorenz) odszedł do Wrocławia, a diakon Tanke do Nimptsch (Niemcza).

       Tymczasem rektor Barth, pozostał tymczasem na swoim urzędzie, otrzymał polecenie wydania zakazu śpiewania pieśni "Erhalt uns Herr".

       Kantor i organista, pomimo zostawienia ich na urzędzie, oświadczyli, ze sytuacja ta jest w sprzeczności z ich sumieniem i sami dobrowolnie odeszli.
     
       W likwidowanym kościele pozostały: mszał, srebrny kielich, srebrna! monstrancja, 4 lichtarze, organy i kilka starych rejestrów czynszu kościelnego) (daniny). Kościół szpitalny, tak jak i kościół w Cierniach, został również zabrany ojciec duchowny, gwardian Melchior Beck z klasztoru franciszkanów w Jaworze, taki długo służbę przy tych kościołach pełnił, aż pierwszy rzeczywisty proboszcz, kanonik Piotr Winkler przybył. Jemu podlegały także kościoły w Cierniach, Mokrzeszowie i w Szczawnie (Mokrzeszów należał wówczas do Henryka von Gelhorn). Przy kościele w Świebodzicach był zatrudniony także wikariusz, ojciec duchowny Marcin Aust.
     
       Wypędzony pastor Lorenz (Wawrzyniec) został diakonem w kościele Elżbiety we Wrocławiu, złożył jednak swój urząd w roku 1670 z powodu podeszłego wieku i zmarł 14 lipca 1671 roku.
     
       Odtąd mieszkańcy Świebodzic, wyznania ewangelickiego, którzy nie chcieli korzystać z posługi tutejszego katolickiego proboszcza, musieli kupić od niego pozwolenie, aby mogli udać się po posługę do Świdnicy. Przy chrztach, ślubach i tak dalej, było to szczególnie uciążliwe przy złej drodze i pogodzie. Na nabożeństwa udawali się świebodziczanie również do Świdnicy i kupowali tam swoje własnej miejsca.
    Chronik der Stadt Freiburg i. Schl.
    Powrót do początku strony
    Fryderyk II Wielki 1712 - 1786   Taki pokrecony porządek panował w Świebodzicach, ale i w Adelsbachu też - przez 90 lat. Przypomnijmy, że było tu zaledwie kilku katolików - może 5 - może 15 osób. Ileż to musiało wszystko kosztować łez i  wyrzeczeń. Kolejna Wojna (I Wojna Śląska), znów przyniosła odmianę:

       1740 - Od 4 do 18 stycznia panowały straszne mrozy.

       20 października umarł we Wiedniu cesarz Karol VI bez męskiego potomka; spadkobiercy. Jego starsza córka - księżna, wychodząc za mąż za księcia Toskanii, stała się regentką jego dziedzictwa, a zatem także i Śląska.

       16 grudnia król Prus Fryderyk II z wojskiem liczącym 62.000 żołnierzy wkroczył na Śląsk, aby zbrojnie dochodzić swych roszczeń do księstwa, zabranego przodkom.
     
       Ponieważ historia tej wojny, tak jak i następnych, dokładnie opisana jest, dziejach powszechnych, dlatego w tym opracowaniu będzie mowa tylko o zdarzeniach dotyczących Świebodzic i najbliższej okolicy.
     
     (***)
     
       1741 - 1 stycznia Świdnica przyjęła przychylnie Prusaków. Ci, 2 stycznia rano, przybyli także do Świebodzic, jednak szybko odeszli dalej. Po południu przybył regiment pod dowództwem von Flanza i który został zakwaterowany z powodu bardzo dużego mrozu.
     
       Tutejsi ewangeliccy mieszczanie, którzy widzieli w królu Pruskim, nawet gdyby on Śląska nie zdobył, tego, który zapewni wolność religijną, przyjęli jego wojska z wielką ochotą. Nawet ludzie niechętni przyjmowaniu na kwaterę po kilku żołnierzy - czynili to z radością, mając nadzieję, że przyniesie to wolność wyznania, której świebodziczanie nie doświadczyli od roku 1653, a więc od 88 lat.
     
       Powodem takiego postępowania, wbrew pozorom, nie były złe stosunki z nielicznym katolickim społeczeństwem miasta, z którym żyli w największej zgodzie, ale wielkie niedogodności, związane z koniecznością uczestniczenia w niedzielnych nabożeństwach w Świdnicy i uzyskiwanie zezwoleń na wszystkie inne posługi religijne. Szczególnie było to uciążliwe, gdy umierający potrzebował posługi duszpasterza. A jak człowiek słaby lub starzec miał uczestniczyć w nabożeństwie? O innych przeszkodach trudno nawet wspominać.

       3 stycznia znowu maszerowali stąd Prusacy do Świdnicy.

       W lutym posyłały Świebodzice, wzorem innych miast, poselstwo do króla Prus z uniżoną prośbą o zagwarantowanie wolności religijnej i o pozwolenie wybudowania ewangelickiego kościoła i szkoły. Poselstwo składało się z 6 świebodzickich deputowanych: Gottfrieda Reis, Georga Kleina, Christopha Ruffera, Gottfrieda Thierholda, Christiana Hallmanna i Johanna Punata. Poselstwo to spotkało króla 22 lutego między wsią Jawornik i wsią Wickendorf (Witków) na drodze świdnickiej. Tam przekazali swoją prośbę na piśmie i otrzyma przyrzeczenie spełnienia jej.Powrót do początku strony

       23 lutego zostało ono potwierdzone na piśmie przez tajnego radcę Schumachera. Na ponowną prośbę, wysłaną wiosną, otrzymali świebodziczanie pismo następującej treści:

       "Na spełnienie prośby proszę jeszcze trochę cierpliwie poczekać, mogę jednak zapewnić, że udzielę pomocy, o co możecie być spokojni". Było ono podpisane: Wrocław, 10 czerwiec 1741 Królewski polny komisariat wojenny Reinhard Munchow.
     
       Po pokonaniu różnych trudności przyszedł pisemny rozkaz, datowany: Wrocław, 12 listopad 1741 r.

       "Z władzami okręgu (miasta) w sprawie wybudowania ewangelickiego kościoła i sprowadzenia kaznodziei, umówić się." W związku z tym, należało złożyć informację, dotyczącą liczby ewangelickich i katolickich mieszkańców, z której wynikało, że: Świebodzice miały 1359 mieszkańców wyznania ewangelickiego i 42 katolickiego, Pełcznica - 620 ewangelików i 9 katolików, Ciernie - 837 ewangelików i 10 katolików, Frohlichsdorf (Cieszów) - 285 ewangelików, z Mokrzeszowa brak danych.
     
       W piśmie z 25 listopada udzielono mieszkańcom pozwolenia, tymczasowo w ratuszu lub innym dogodnym miejscu, jednak za zezwoleniem miejscowej władzy, odprawiać ewangelickie nabożeństwa.

       30 listopada władze miejskie wydały odpowiednie postanowienie w sprawie odprawiania ewangelickich nabożeństw. Skoro władze miejskie wydały takie postanowienie, do starostwa kościelnego mianowani zostali: Gotfryd Kirstein, burmistrz, jako dyrektor kolegium kościelnego; Ernst Joachim Kretschmer, członek rady i wójt miasta; Johann Heinrich Kretschmer, adwokat i posiadacz folwarku; Hermann Gaspar Klengel, królewski poborca, Johann George Kammler i George Daniel Gossow. Patronat kościelny objął pastor Kleiner, który 10 grudnia, w drugą niedzielę adwentu wygłosił w Świebodzicach kazanie.

    (***)

       10 grudnia nadszedł w końcu tak upragniony dzień, kiedy znowu pierwsze ewangelickie kazanie w Świebodzicach zostało wygłoszone przez pastora magistra Kleinera ze wsi Seifersdorf (Pogorzała). Ponieważ jeszcze żaden lokal do urządzania nabożeństw nie był przygotowany, kazanie to więc musiało być wygłoszone na publicznym Rynku, pod drzewami, przed drzwiami domu Kretschmera. Kazania tego wysłuchały nie tylko władze miejskie, ale i kilka szlacheckich rodzin z okolicy. Nawet pogoda sprzyjała temu wydarzeniu, ponieważ, jak mówią kroniki, pomimo późnej pory roku, był cichy i pogodny dzień. Pastor Kleiner rozpoczął od słów "To Pana głos nad miastem będzie wołać" ...
    Chronik der Stadt Freiburg i. Schl.

    Herb ŚląskaDZIEJE STRUGI W XVIII WIEKUPowrót do początku strony

        W 1694 Hans Karl von Seher-Thoss posiadał część wsi, zwaną Górną Strugą, która składała się z jednego folwarku i 18 gospodarzy. Hans Karl zmarł w 1708 r. Po nim otrzymał Górna Strugę Johann Karl von Seher-Thoss i w 1723 r Konrad Gottrieb von Seher-Thoss.7

       W 1733 właścicielem Górnej i Dolnej Strugi był Christian von Kluge, od którego kupił dobra Karl Ferdinand baron von Seher - Thoss z Lesieńca i po jego śmierci przejęła ten majątek jego siostra Maria Eleonora z domu baronowa von Seher - Thoss, żona generała von Prittwitz.8

       W 1743 r. we wsi założono szkołę ewangelicką.9Powrót do początku strony

       W 1765 r. obie części wsi miał von Kluge. Wartość Strugi Dolnej szacowano na 18.223 talarów. Mieszkało tam 59 kmieci, 20 zagrodników, 20 chałupników i 16 rzemieślników, a wartość Strugi Górnej, szacowano na 8.670 talarów. Mieszkało tam 4 kmieci, 15 zagrodników, 7 chałupników i 7 zagrodników. Była to w sumie duża i bogata wieś rolnicza. Tak mówią suche zapisy naukowców. Posłuchajmy, jak przeżywali ten czas, żyjący wtedy ludzie:

    Roku 1771 nastała tak wielka drożyzna i głód, że w tutejszych gminach przeważna liczba, szczególnie tych którzy ponieśli straty w niedawno ukończonej wojnie i nie przeboleli ich jeszcze całkowicie, odczuli godny politowania niedostatek. I chociaż Pan zaopatrywał nasz umiłowany Śląsk w wystarczającą żywność w miarę koniecznej potrzeby ,to musiał on jednak troszczyć się o sąsiednie kraje Morawy i Saksonię, które ucierpiały wskutek całkowitego nieurodzaju; pół korca żyta kosztował wtedy (aby tylko jedno wymienić) około 8 śląskich talarów, a gdyby przychylność naszego najsławniejszego monarchy wobec tych utrapień, jakieśmy doznali, nie była się nad nami okazała, przychodząc nam z nieodpłatną pomocą otworzywszy magazyny z żywnością, nasionami i dostarczając chleba, to byłaby wielka liczba ludzi z głodu pomarła tak jak u naszych sąsiadów. Drożyzna ta trwała blisko 3 lata, jednak Opatrzność Boża, pamiętająca zawsze o pomyślności swoich stworzeń, wejrzała w swej łaskawości na naszą niedolę i znowu się zlitowała tak, że po wielkiej drożyźnie niespodziewanie nastał znowu okres taniości, gdy ceny zbóż stopniowo na targach spadały.

    Roku 1775, 15 lutego powstał wcześnie rano gwałtowny pożar, który spopielił 3 gospodarstwa, 4 domy chałupników, 1 kuźnię.”
    „Roku 1776, 7 maja najlepsze zboże w dniu targowym w Świebodzicach kosztowało pół korca wrocławskiego:
    Pszenica - 50 srebrnych groszy
    żyto - 40 srebrnych groszy
    jęczmień - 30 srebrnych groszy
    Owies - 24 srebrnych groszy
    groch - 40 srebrnych groszy
    wyka - 38 srebrnych groszy
    Funt lnu - 3 grosze, sztuka lnianych nici -17 do 18 srebrnych groszy.” Cyt. z WKKLA
         
       Od 1779 r. Strugę Górną włączono w obręb Strugi Dolnej.10 Owe podziały tej samej miejscowości, bardzo utrudniają orientację co do właścicieli majątku. Dobra te od 1779 roku posiada Charlotta Sophia Tugendreich z domu von Lieres wdowa po von Hohendorf.11

    I BITWA POD STRUGĄPowrót do początku strony

       Do pierwszej bitwy pod Strugą doszło w roku 1762, w okresie wojny siedmioletniej, toczonej od  1756 r. przez Prusy i Austrię oraz ich sprzymierzeńców na terenie Europy, a także Ameryki Północnej. Jedną z głównych aren zmagań wojsk obu koalicji był Dolny Śląsk, a szczególnie okolice Twierdzy Świdnica oraz przejścia górskie do Czech, które znajdowały się na południe od Wałbrzycha i miały dla przeciwników strategiczne znaczenie.

       Początek 1762 r. zastał główne siły obu koalicji w dolnośląskich leżach zimowych: dowodzona przez króla Fryderyka II armia pruska stacjonowała w okolicach Wrocławia, natomiast wojska austriackie feldmarszałka Leopolda Dauna zajmowały pozycje w pobliżu Świdnicy. Niekorzystny dotąd dla Prus stosunek sił zmienił się na początku maja, kiedy to nowym carem Rosji został Piotr III, który postanowił podpisać z Fryderykiem II pokój i wspomóc dodatkowo Prusy 20-tysięcznym korpusem posiłkowym. Dla Austrii był to ogromny cios, bowiem szala zwycięstwa przechylała się dotąd na jej korzyść i wiosna 1762 r. miała przynieść ostateczne rozstrzygnięcie trwającej już 6 lat wojny.

       Mając liczebną przewagę i inicjatywę po swojej stronie, król pruski postanowił wyjść w pole i zaatakować siły austriackie, niedaleko Sobótki. Wojska pruskie, liczące wówczas około 80 tyś. żołnierzy, dotarły tam w pierwszych dniach lipca, ale nie zastały Austriaków, którzy wycofali się na wzgórza ciągnące się pod Świebodzicami. Austryjacki Feldmarszałek Daun, operując mniejszymi siłami, nie chciał wdawać się w otwartą batalię, a dysponując silnym zapleczem, czekał na krok Fryderyka II. Ten z kolei, mając na celu przede wszystkim wyparcie przeciwnika ze Świdnicy, postanowił obejść siły Dauna pod Świebodzicami i zmusić tym samym do odstąpienia od obrony twierdzy.
      
       Do boju prowadził pruskie wojska sam Król Fryderyk, na czele korpusu gen. Carla Wieda. Przeciw nim wyruszył austriacki generał Joseph von Brentano.

       Już 3 lipca 1762 r. siły austriackie dotarły w okolice Strugi, gdzie postanowiły wykorzystując dobre warunki terenowe zagrodzić drogę Prusakom. Gen. Brentano wycofał część swoich wojsk jako straż przednią pod Stare Bogaczowice, natomiast trzon korpusu oparł o wzgórze Sas górujące dzisiaj nad Pocztą, i dominujące nad drogami prowadzącymi w kierunku Szczawna - Zdroju i Wałbrzycha. Pagórki nad Strugą obsadzała piechota i artyleria austriacka, w dolinach zaś operowała kawaleria, której zadaniem było niedopuszczenie do oskrzydlenia przez Prusaków. W samej wsi oraz w lasach oraz zaroślach nad Czyżynką pozycje zajęły dwie kompanie austriackich strzelców.

       Austriackie straże przednie znajdowały się również na wzgórzach między Starymi Bogaczowicami a Strugą oraz w Cieszowie. 5 lipca doszło tam do pierwszych starć przed spodziewaną bitwą. Tego dnia do niewoli pruskiej dostało się 33 austriackich kawalerzystów.

       O świcie 6 lipca 1762 r. główne siły pruskie dotarły do Starych Bogaczowic. Przed nimi, na wzgórzach miedzy Starymi a Strugą znajdowały się posterunki wojsk austriackich. Jeden z nich znajdował się niedaleko nas, na wzgórzu Rudówka. Placówki te wzmocnione były, pojedynczymi działami, które szybko zaczęły szkodzić kolumnom pruskim.

       Prusacy odpowiedzieli ogniem ciężkiej artylerii i starali się przypuścić atak, jednak zanim nastąpił szturm - Austriacy opuścili swoje stanowiska i wycofali się na Rudówkę. Wówczas Król Pruski Fryderyk II, który w nocy dołączył do swoich wojsk, rozkazał zdobyć to wzgórze trzem regimentom piechoty, lecz Austriacy opuścili również i tą pozycję wycofując się na drugą stronę doliny>Powrót do początku strony Czyżynki.

       Austriacy w chwili rozpoczęcia bitwy dysponowali 8 tyś. ludzi i 14 działami niewielkiego kalibru. Prusacy byli trzykrotnie liczniejsi a siłę tą wzmacniało 40 dział wszystkich kalibrów. Siły pruskie były więc znacznie liczniejsze od austriackich, jednak Prusacy, nie byli świadomi swojej przewagi liczebnej.

       Po zajęciu Rudówki poszczególne regimenty Pruskie, ustawiły się na wzgórzach na północ od Strugi. Jednocześnie rozpoczęła się nawała artyleryjska pięciu baterii dział pruskich. Król Prus chciał wykorzystać element zaskoczenia i zaraz po dotarciu pierwszych jednostek piechoty nad Strugę, rozkazał przejść im do ataku. Do walki na prawym skrzydle pruskim ruszyły trzy regimenty piechoty. Z uwagi na trudne warunki terenowe towarzyszące im działa regimentowe musiały pozostać daleko w tyle za tymi jednostkami, natomiast bezpośrednie wsparcie zapewniały ciężkie baterie ustawionych na zdobytym wcześniej Wzgórzu Anielskim.

       Z kolei na lewym skrzydle do ataku przygotowywał się regiment Brauna. Prusacy nie zdawali sobie jednak sprawy z tego, jak dobrze przygotowane są pozycje Austriaków - kiedy zorientowali się w siłach przeciwnika postanowili przerwać atak. Zatrzymano podczas marszu część wojsk, jednak pozostałe siły uderzyły na Wzgórze Sas. Pomimo zażartej walki, atak zakończył się przegraną Wojsk Pruskich.

       Po powrocie ocalałych żołnierzy na Rudówkę, Prusacy przerwali bitwę i około południa wycofali się z powrotem do Starych Bogaczowic. Według szacunków stracili oni w walce: 19 oficerów (7 zabitych i wziętych do niewoli, 12 rannych), 1312 żołnierzy (723 zabitych i wziętych do niewoli oraz 589 rannych). Z kolei Austriacy mieli tego dnia stracić ok. 250 żołnierzy. Jedno z opracowań podaje dokładnie, że zginęło 41 żołnierzy, 140 było rannych, natomiast do niewoli dostało się lub zaginęło 101 żołnierzy.

       Tyle mówią źródła. Może warto zobaczyć, jak to wyglądało od strony mieszkańców Strugi, którzy w tym piekle wojny, musieli uczestniczyć:

       „Roku 1755 był dziekanem w Świebodzicach Przewielebny Ks. Jan Franciszek Scholtz, podlegał mu proboszcz w Boguszowie, Strudze i Lubominie - Przewielebny Ks. Ferdynand Duncke. Nauczycielem był tutaj Jan Józef Herrmann.

       W rok po pożarze wieży wybuchła w 1756 roku wojna trwająca 7 lat, przez co zjedzono prawie wszystkie zapasy, a tutejsi gospodarze zostali prawie zupełnie pozbawieni możności obrabiania pól i zrujnowani. Należy przy tym zaznaczyć, że wskutek wkroczenia w 1761 roku armii rosyjskiej do naszej ukochanej ojczyzny Śląska i na skutek barbarzyńskiego postępowania Kozaków i Kałmuków, którzy przybyli na pomoc cesarsko - królewskim wojskom austriackim, brak żywności stał się tak wielki że pół korca żyta kosztowało 12 do 16 śląskich talarów a dużo ludzi zmarło z głodu. Niektórzy chcąc się ratować przed śmiercią, starali się swój głód (co jest szczególnie godne zapamiętania) zaspokoić jedzeniem mięsa ze zdechłego w majątku dziedzica wołu.

          W latach 1758 i 1761 zmarła wielka liczba ludzi w czasie panującej epidemii tu w okolicy i w ogóle na naszym ukochanym Śląsku. Powrót do początku strony

          W roku 1762 połączyła się rosyjska z królewską pruską armią i 6 lipca tego roku wcześnie rano rozpoczęło się wzajemne artyleryjskiego ostrzeliwanie królewskich pruskich i austriackich wojsk ponad gminą Adelsbach po obydwu stronach wsi i trwało aż do 8-mej godziny, u tutejszych mieszkańców powstało wielkie niebezpieczeństwo i obawa, że nie wiedzieli co ze sobą robić, gdzie szukać schronienia, czy pozostać w mieszkaniach i tu ratować swoje życie, niektórzy musieli swoje domy opuścić. Wydawało się, że cała gmina ulegnie zupełnemu zniszczeniu i stanie się łupem ognia. Jednak dzięki łaskawej Opiece Bożej odwróciło się jeszcze szczęśliwie wielkie niebezpieczeństwo grożące naszej miejscowości, tak, że nikt nie stracił życia, ani nie uległy zniszczeniu mieszkania, tylko niektóre uległy uszkodzeniu od kul armatnich.

          Roku 1763 nastąpił wyczekiwany z tęsknotą pokój. Zawarty został 15 lutego wymienionego roku na elektorskim zamku saksońskim Huberstburg między trzema mocarstwami, panującym domem Prus, cesarzową i królową Marią Teresą i księciem elektorem saksońskim. Wymienione przyczyny spowodowały, że budowa wieży, jakkolwiek tutejsza gmina bardzo sobie jej życzyła, przeciągnęła się do 21 lat.” Cyt. z WKKLA

       W roku 2012 kiedy przypadała 250 rocznica tych smutnych wydarzeń, na ścianie Kościoła Parafianie umieścili pamiątkową tablicę o takiej treści:


    DNIA 6 LIPCA 1762 ROKU
    25 TYSIĘCY ŻOŁNIERZY
    PRUSKICH, AUSTRYJACKICH, BOŚNIACKICH,
    CHORWACKICH, ROSYJSKICH I WĘGIERSKICH
    STARŁO SIĘ NA NASZEJ ZIEMI
    W BITWIE POD ADELSBACHEM
    WIELU ZOSTAŁO TU NA ZAWSZE

    Struga 2012

    II BITWA POD STRUGĄPowrót do początku strony

       Struga ponownie stała się znana podczas wojen napoleońskich. Na okolicznych polach w stronę Ułańskiego Wzgórza doszło 15 maja 1807 r. do bitwy pomiędzy wycofującym się po zwycięskiej potyczce pod Kątami Wrocławskimi tysiącosobowym oddziałem "porucznika" majora Karla von Losthina, a ścigającymi go nielicznymi, przypadkowo zebranymi oddziałami francuskiego gen. brygady Charlesa Lefebvre'a, do którego dołączył stacjonujący wówczas w Strzegomiu polski pułk lansjerów Legii Polsko - Włoskiej (późniejszej Legii Nadwiślańskiej), dowodzony przez mjr Piotra Świderskiego. Polscy ułani przeprowadzili brawurową szarżę na wychodzący ze Strugi oddział pruski, rozbijając go całkowicie przy stracie 7 zabitych i 15 rannych. Do niewoli dostało się 30 oficerów i około 800 żołnierzy pruskich, zdobyto 3 armaty i sporo innej broni. Istnieją rozbieżności co do liczebności polskiego oddziału. Jedne źródła mówią o 250 inne o 400 żołnierzach, prawdopodobnie druga liczba odnosi się do całego oddziału, łącznie z Francuzami. Opis bitwy znalazł się na kartach "Popiołów" Stefana Żeromskiego.12 Mniej literacko opisali to mieszkańcy Strugi, którzy wszystko widzieli na własne oczy:

    O WOJNACH

    1806 14 października wydarzyło się nie tylko dla nas, lecz także dla całej naszej ojczyzny najnieszczęśliwsze zdarzenie wojenne od 1776 r. Tego bowiem dnia zostało wojsko króla Fryderyka Wilhelma III przez Francuzów pod dowództwem cesarza Napoleona zupełnie pobite. Całe królestwo zostało w ciągu kilku miesięcy opanowane przez wroga a także Struga otrzymała nieprzyjacielskie oddziały na kwaterę i wyżywienie. U wielu mieszkańców doprowadziło barbarzyńskie traktowanie przez wroga do nędzy, jak też zmniejszające się zarobki. Aż do 1809 r, pozostawały nieprzyjacielskie wojska tutaj i naszą miejscowość i całe państwo zupełnie wyniszczyły. Niesłychane kontrybucje wojenne spowodowały całkowite zubożenie wielu mieszkańców.
    1807 r. 15 kwietnia wywiązała się bitwa na tak zwanym czerwonym wzgórzu między Strugą a Górnym Szczawnem pomiędzy zwycięskimi Prusakami wracającymi spod Kątów pod dowództwem generała - lejtnanta von Losthina a francuskimi oddziałami, ogromna przewaga i zaskoczenie zmusiły Prusaków do ucieczki tak, że bardzo niekorzystnie to dla nich wypadło. (...)
    Od 1815 roku, a więc 31 lat żyjemy w złotym pokoju aż do dnia dzisiejszego.” Cyt. z WKKLA

       Te słowa zapisał Kronikarz Schmidt nauczyciel i pisarz sądowy w Strudze 15 listopada 1846 roku.

       W roku 2007 kiedy przypadała 200 rocznica Tych smutnych wydarzeń, przed Kościołem Parafianie umieścili w czterech językach, pamiątkowe tablice o takiej treści:

    DNIA 15 MAJA 1807 ROKU, NA OKOLICZNYCH WZGÓRZACH,
    WOJSKA BOŚNIACKIE, FRANCUSKIE, NIEMIECKIE I POLSKIE
    STOCZYŁY ZE SOBĄ KRWAWĄ BITWĘ.

    BOŻE - DAJ NAM ŻYĆ W POKOJU.

    DZIEJE LUBOMINA W XVIII WIEKU

    Powrót do początku strony

    foto    "Roku 1728, dzień 18 grudnia był dniem szczególnie smutnym dla gminy Liebersdorf, gdy w mieszkaniu pewnego ogrodnika wybuchł gwałtowny pożar, nieszczęście powiększało się, gdyż silny wiatr powiększał i rozszerzał ogień po dachach pozbawionych śniegu w czasie ostrego mrozu, Przy tym pożarze zostało z publicznych budynków zabudowania gospodarcze probostwa i sołectwa, a z prywatnych 5 gospodarstw, 4 ogrodnictwa i 13 domów chałupników razem więc 25 mieszkań spopielonych. Cały ratunek zależny był od wody, którą ostry mróz prawie pochłonął; wydawało się że cała dolna wieś, jak też sąsiadująca wieś Adelsbach zostaną doszczętnie zniszczone, gdyby dobroć Boża nie była przy tym tak łaskawa. Pewien siedemdziesięcioletni starzec poniósł śmierć, nie zdołał bowiem uciec przed płomieniami.

        Roku 1729 w jesiennym miesiącu powstał znowu pożar w tamtej wsi, przy czym spłonęło nie więcej niż jedno gospodarstwo chłopskie.


        Roku 1731 wybuchł w w/w wiosce pożar, w którym zostały spopielone 2 gospodarstwa chłopskie, 1 zabudowanie chałupnika, a w pobliżu położonym Adelsbach 1 ogrodnictwo.
    " Cyt. z WKKLA

        W 1765 roku, kiedy dobra były już w rękach rodziny Von Kluge, W Lubominie mieszkało wówczas 20 kmieci, 46 zagrodników, 6 chałupników i 12 rzemieślników, a więc była to wieś głównie rolnicza. W 1769 r. założono szkołę ewangelicką.    

        "Z roku 1737 przytaczamy celem upamiętnienia nędzny stan okoliczności ówczesnego okresu. Bieda owego roku była wśród przeważającej liczby mieszkańców z powodu drożyzny tak wielka, że zaledwie mogli się przed głodem bronić, ponadto w tym samym czasie trudno było nabyć żywność, każdemu brakowało pieniędzy. Choroby ludzi, gdy chodzi o rwanie, reumatyzm, rżnięcie i bóle głowy były też bardzo rozpowszechnione, tak że na skutek chorób godnych politowania zmarło dużo ludzi." Cyt. z WKKLA

    foto     Roku 1755 był dziekanem w Świebodzicach Przewielebny Ks. Jan Franciszek Scholtz, podlegał mu proboszcz w Boguszowie, Strudze i Lubominie - Przewielebny Ks. Ferdynand Duncke. Nauczycielem był tutaj Jan Józef Herrmann.

         Roku 1775 był proboszczem dla Strugi, Lubomina i Boguszowa Ks. Franciszek Mueller, dziekan i proboszcz w Mieroszowie.

        W 1785 roku, właścicielką dóbr w Lubominie była pani von Hohendor. We wsi był katolicki kościół parafialny z plebanią, młyn wodny, a mieszkało tu 20 kmieci, 46 zagrodników i 5 chałupników.

        W 1787 r. znani przedsiębiorcy z Wałbrzycha, bracia Treutler uruchomili w Lubominie kopalnię węgla "Friedrich Wilhelm", z której pozyskiwali około 800 ton urobku w ciągu roku, ale już w 1795 r. zamknęli ją jako nieopłacalną.

    DZIEJE STRUGI W XIX WIEKU

    Powrót do początku strony

       Kilka miesięcy później, w sierpniu roku 1816, w pałacu stróżańskim gościła księżna Izabela Czartoryska. Wracała wtedy z Cieplic gdzie zażywała leczniczych kąpieli.
      
       Piszący te słowa, nie czytał jej książeczki "Dyliżansem przez Śląsk. Dziennik podróży do Cieplic w roku 1816",  ale z opisów wiem że pałacowi i miejscowości poświęciła kilka linijek, które pozwolę sobie zacytować: "krajobraz piękny, a pałacowy salon imponuje". Niemniej jednak gabinet obrazów nie przypadł naszej księżnej do gustu. Ponoć też w liście do swego syna Adama, określiła Strugę jako - miejsce cudne. Do wspomnianej lektury odwołują się współcześni kronikarze wszystkich dolnośląskich miejscowości, gdziekolwiek Księżna gościła. 
      
       Wspominając jej pobyt u nas, nie dziwmy się jednak, jej wybrednemu gustowi, jeśli chodzi o pałacową kolekcję obrazów. Trzeba pamiętać, że za swojego życia zgromadziła ogromną kolekcję dzieł sztuki, a jej sypialnię, zdobiła "Dama z Łasiczką" pędzla Leonarda da Vinci - mąż sprawił jej taki prezent w 1800 roku.

       W 1825 r. wieś nadal dzieliła się na Dolną i Górną, ale obie części należały do barona Karla von Richthofena. Kościół parafialny służył katolikom, natomiast ewangelicy, należeli do parafii w Szczawienku. Struga Górna, liczyła 33 domy, szkołę ewangelicką obsługiwaną przez nauczyciela ze Szczawienka, folwark z gorzelnią, młyn wodny i 9 warsztatów lniarskich. Struga Dolna, liczyła 77 domów, zamek z folwarkiem, wolne sołectwo, szkołę ewangelicką z nauczycielem, browar, gorzelnię, młyn wodny, wiatrak, cegielnię i krajowy drogowy posterunek celny.13

       „Przed rokiem 1825 były już dwa razy po kolei dobre żniwa i dlatego było wiele starych zapasów. Żniwa w 1825 roku wypadły jednak nadzwyczaj obficie i całe Niemcy i prawie cała Europa zebrały bogate żniwa ze względu na sprzyjającą pogodę, dlatego też nie było za granicą zapotrzebowania na zboże. Dlatego ceny zboża spadły bardzo nisko. W styczniu 1826 roku płacono najniższą cenę za pruski półkorzec:

    Pszenica - 29 srebrnych groszy
    żyto - 16 srebrnych groszy
    jęczmień - 12 srebrnych groszy
    owies - 10 srebrnych groszy” (...)

       „W ostatnim czasie pojawiły się dwa razy choroby zakaźne mianowicie w 1814 r. gorączka nerwowa przenoszona przez żołnierzy, w niektórych miejscowościach śmierć zabiła wielu ludzi. Także naszą miejscowość choroba ta nawiedziła i kilka osób zmarło z powodu niej. W domu pod nr 56 w Dolnej Strudze zmarli w przeciągu trzech tygodni na skutek tej choroby mąż i żona,

       W 1830 roku dotarła aż do nas z Azji przez Turcję i Polskę cholera. Wprawdzie objawy nie były tak poważne jak w jej ojczyźnie, mimo to zmarło jednak z powodu niej kilka milionów ludzi, Również w Strudze powaliła wielu na łoże, a 7 osób zmarło, w domu pod nr 35 zmarli mąż i żona w przeciągu 6 dni. Choroba ta nie dotarła jednak do Górnej Strugi.” Cyt. z WKKLA

       W 1840 r. właścicielem był starosta wałbrzyski hrabia Leopold von Ziethen. W kościele parafialnym odprawiano w niedziele, tylko l mszę, szkoła ewangelicka z nauczycielem, nieczynna szkoła katolicka, 82 domy, zamek, folwark, wolne sołectwo, pracowało 10 warsztatów płócienniczych, 19 rzemieślniczych i 2 handlowe. W Strudze Górnej było 37, domów, folwark, młyn wodny, gorzelnia, pracowało 10 warsztatów płócienniczych i 5 rzemieślniczych. Należała tu jeszcze karczma. 14

       Od 1873 roku właścicielem Strugi był kupiec Markus Schottlander z Wrocławia. Jego majątek obejmował 1.893 morgi ziemi i przynosił 2 070 talarów rocznego dochodu. 15
        
       Od 1876 do 1891 roku szlacheckie dobra o powierzchni 483 ha (z gorzelnią) należały do Ernsta Tschersicha i 7 współwłaścicieli z Białego Kamienia.

    DZIEJE LUBOMINA W XIX WIEKU

    Powrót do początku strony

    foto     "1806 14 października wydarzyło się nie tylko dla nas, lecz także dla całej naszej ojczyzny najnieszczęśliwsze zdarzenie wojenne od 1776 r. Tego bowiem dnia zostało wojsko króla Fryderyka Wilhelma III przez Francuzów pod dowództwem cesarza Napoleona zupełnie pobite. Całe królestwo zostało w ciągu kilku miesięcy opanowane przez wroga a także Struga otrzymała nieprzyjacielskie oddziały na kwaterę i wyżywienie. U wielu mieszkańców doprowadziło barbarzyńskie traktowanie przez wroga do nędzy, jak też zmniejszające się zarobki. Aż do 1809 r, pozostawały nieprzyjacielskie wojska tutaj i naszą miejscowość i całe państwo zupełnie wyniszczyły. Niesłychane kontrybucje wojenne spowodowały całkowite zubożenie wielu mieszkańców." Cyt. z WKKLA

        W 1823 roku została założona huta szkła w kolonii Chełmiec (niem. Hochwald).

         W pocz. XIX w. Lubomin pozostawał częścią dóbr w Strudze, których właścicielem w 1825 r. był baron von Richthofen. Wieś liczyła 79 domów, filialny kościół katolicki, wolne sołectwo z gorzelnią i młynem wodnym, młyn wodny i hutę szkła w Chełmcu. Ewangeliccy mieszkańcy wsi należeli częściowo do parafii w Starych Bogaczowicach, a częściowo, w Boguszowie.    

    foto     "1826 r. w niedzielę Laetare powstał ogień w gminie Lubomin, gdzie spaliły się dwa gospodarstwa kmiece w zachodniej części wsi, ogień rozszerzył się na skutek silnego wiatru aż do Górnej Strugi gdzie dom nr 4 padł pastwą płomieni." Cyt. z WKKLA

        W XVIII w., dla szczupłości miejsca przy Kościele, założono nowy cmentarz. Jest to jedno z tych nielicznych miejsc na Dolnym Śląsku, gdzie nie zlikwidowano grobów niemieckich. Mam nadzieję, że moim następcom, nie przyjdzie do głowy, rozkopywanie tych grobów.

        W 1840 r. wieś była własnością rodzeństwa von Zieten. Było 76 domów, wolne sołectwo z gorzelnią, filialny kościół katolicki z plebanią, do której należał las, ale msze odbywały się tylko w święta. Była filialna szkoła ewangelicka z nauczycielem, młyn wodny z gorzelnią (tak mówią źródła, ale gdzie taki mógł się mieścić, to ja sobie nie wyobrażam. Co innego gorzelnia.) i 4 gospody, trzymano 210 sztuk bydła, a wśród mieszkańców było 26 rzemieślników i 13 handlarzy.    

       Chociaż wydaje się to nieprawdopodobne, ale w tym czasie kolejny raz, powstała w Lubominie Kopalnia Węgla Kamiennego "Bismarck's Höhe". Nie pamiętam, żeby ktoś wspominał o pozostałościach takiego poważnego przedsięwzięcia. No - ale mamy to na papierze i trzeba przyjąć, że tak na prawdę było.
      
       Od 1876 do 1891 roku właścicielem majątku liczącego 48 ha był Ernst Tschersig (Tschersich) - właściciel ziemski z Białego Kamienia.

    ŻYCIE CODZIENNE W ADELSBACHU I LIBERSDORFIE *

    STOSUNKI SPOŁECZNEPowrót do początku strony

       W średniowieczu, jak również i w okresie późniejszym rozwój oraz funkcjonowanie Strugi było ściśle związane ze Starymi Bogaczowicami, Lubominem i Szczawnem.

       Przeglądając stare kroniki, można zauważyć, jak wielką wagę przywiązywano w życiu społecznym, do osób które pełniły jakieś funkcje. Poza dziedzicem, zawsze wymienia się sołtysa, ławników sądowych, kościelnych, dzwonników a także duchownych obydwu wyznań i nauczycieli. Taki podział obowiązków i rang, pozostał aktualny aż do II Wojny.

       Ponad wszystkimi zawsze stali dziedzice Pałacu. Oni mieli najwięcej ziemi, budynków, służby, dobytku i maszyn. Jednak ich rola nie polegała jedynie na czerpaniu zysków. Ich dobrobyt i spokój zależał bardzo wyraźnie od dobrobytu wioski i od spokoju na świecie. Lata dobre i złe, susza i nadmierne deszcze potrafiły doprowadzić do ruiny także i Dziedziców. Dlatego - w pewnej "szlachetnej izolacji", ale musieli żyć wraz z ludźmi, służąc sobie nawzajem.
      
       Kroniki prawie zawsze, zgodnie wymieniają Jaśnie Państwo, jako hojnych wspomożycieli Wspólnoty, Parafii i Gminy Adelsbach. Oni też byli ostatnią - ale pewną instancją, kiedy przychodził pożar, powódź albo klęska nieurodzaju.
      
       Trochę w mniejszym stopniu Dziedzice odczuwali rekwizycje, grabieże i podatki w czasie wojen czy przemarszu wojska. W końcu ich talar, nie był równy talarowi komornika, ale i tak, los właścicieli Pałacu przeplatał się z losem mieszkańców.
      
       Zaczęło się dziać inaczej, kiedy Właścicielami stawali się ludzie obcy, nie mieszkający na co dzień w Adelsbachu. Wówczas los mieszkańców, powoli stawał się im obojętny.  Zwykła jednak przyzwoitość nakazywała jednak aby od czasu do czasu, kupić choćby nowe piękne świece do Kościoła, albo otynkować szkołę.


    ***

       Funkcję zwierzchnią we wsi pełnił, podobnie zresztą jak i obecnie, sołtys (początkowo była to funkcja dziedziczna). Zajmował się on sprawami administracyjnymi wioski, jak np. podatki, daniny i obowiązkowe dostawy. Podlegał on bezpośrednio właścicielowi dóbr oraz księciu (któremu w okresie wojny zobowiązany był dostarczać m.in. konie).  Jednak z racji pełnionej funkcji był zwolniony z podatków i obowiązkowej daniny od swoich gruntów, nie mógł ich jednak sprzedawać ani w części, ani w całości, chyba że na osobiste życzenie księcia.
      
       Miał za to znaczący wpływ na decyzje sądu, w którym zasiadał obok innych ławników. W jego kompetencjach leżały m.in. sprawy majątkowe,  dotyczące prawa własności, dziedziczenia, kradzieży, lekkich uszkodzeń ciała oraz wszelakich sporów między ludźmi, jak również baczenie na gospodarkę rolną.


    ***

       Społeczność wiejska składała się z kmieci, zagrodników, chałupników i komorników. Każda grupa była zróżnicowana pod względem wielkości gospodarstw, liczby inwentarza oraz rodzaju obciążeń wobec dziedzica. Również i tutaj podział był wyraźny przez całe stulecia.
      
       Kmiecie (Bauer) tworzyli najbogatszą grupę ludności wiejskiej, zarazem najmniej liczebną. Powierzchnia ich gospodarstw liczyła 1 - 2  łany ziemi (ok. 30 ha), zależnie od terenu.
      
       Zagrodnicy (Gärtner) należeli do ludności znacznie uboższej. Na ich dobytek, składał się dom i niewielki kawałek pola. Powierzchnia ich gospodarstw liczyła od 1 do 5 morgów ziemi (ok. 5 ha).
      
       Chałupnicy (Häuler) różnili się nieznacznie od grupy poprzedniej. Zazwyczaj posiadali tylko dom z ogrodem.
      
       Komornicy (Haussmann) stanowili najliczniejszą grupę mieszkańców. Nie posiadali domu ani własnej ziemi. Utrzymywali się z pracy najemnej u bogatszych chłopów i w folwarku. Mieszkali kątem u kmieci, zagrodników czy chałupników.
      
       W Starych Bogaczowicach mieszkał także kat - który obsługiwał również Adelsbach i Libersdorf. Jego funkcja, nie była bynajmniej symboliczna. Chociaż obsługiwał sześć miejscowości - nie miał tu wiele roboty.

    ***

       Poza rolnikami, wielu gospodarzy trudniło się innymi zawodami: 10 krawców, 7 szewców, mleczarze, owczarze, młynarze (wspomnijmy tutaj słynny Dolny Młyn, z czasem zamieniony zajazd i restaurację), piekarze (z tym zawodem wiązały się zezwolenia i duże opłaty, dlatego niektórzy z mieszkańców, trudnili się pokątnym wypiekiem), był jeden albo dwóch rzeźników. Istniały też mające zawsze klientów warsztaty: kowala, stolarza i bednarza.
      
       Po zniesieniu przywileju piwnego dla Świebodzic w 1651 roku, powstały również dwa browary w Adelsbachu, co jest o tyle ważne, że piwo było artykułem pierwszej potrzeby (tak jak dzisiaj herbata czy kompot).
      
       Wspomnieć trzeba także o powstających karczmach i zajazdach - taki był sposób życia. Były to miejsca towarzyskich spotkań, ale też miejsce odpoczynku, dla znużonych turystów powracających z Zamku Cisy (przez Dolny Młyn), oraz dla wczasowiczów ze Szczawna Zdroju (miesięczny pobyt starano się urozmaicić odwiedzinami także tutaj).

        O takich odwiedzinach - "turystycznych", można gdzieniegdzie znaleźć wzmiankę - w czasach dawniejszych:

       "Zamek (Cisy) miał być podług powieści przez Mikołaja Czeschhaus zbudowany i był w tym czasie zajętym i zburzonym, gdy Szwedzi podczas 30-letniej wojny tę całe okolicę spustoszyli. Wierni służący dawnego właściciela zamku wybawili naonczas przez podstęp pana swojego z rąk nieprzyjacielskich. Włożyli go bowiem w koryto i przykrytego suknem zanieśli go do Hohenfriedberg [Dobromierza]. Tu założył odtąd pomieszkanie swoje z żoną pochodzącą z familii Bibra i wybudował tu przez wdzięczność wybawienia swego kościół (***).

       Od tego czasu zwaliła się reszta murów pozostałego zamku, tak że rzadko kto te strony odwiedza, przecież aż do Hohenfriedberg ma romantyczne powaby dla ogromnych skał bałwanów, które się po wszystkich prawie dolinach i parowach w rozmaitych postaciach malują, a z tego względu warta jest ta okolica, aby była odwiedzana.

       Stąd można na Adelsbach powrócić do Salzbrunn [Szczawna Zdroju]. Kto z tego miejsca kąpieli odwiedza te zburzone mury zamku i nie nudzi się jednostajnościa pustej drogi aż do Adelsbach, ten w austerii wspomnionej Adelsbach może bezpiecznie powóz i konie zostawić i resztę niewiele drogi pieszo do ruin odprawić."
    Wody mineralne śląskie i hrabstwa glackiego.- Karol Fryderyk Mosch Wrocław 1821

       Także w czasch nieco nam współcześniejszych, ten czy ów odnotowywał takie wizyty:

    Powrót do początku strony


       "W Salzbrunn natomiast wojny w ogóle nie odczuwano. Nasz hotel był zarezerwowany przede wszystkim dla rannych. Nie na ostatnim miejscu, zawdzięczaliśmy to nasze rzeczywiście dobre tu lokum i zaopatrzenie naszym przyjacielskim, datującym się jeszcze od czasów przedwojennych stosunkom z Karlem Hanke, teraz gauleiterem Wrocławia. Parę razy nas w Salzbrunn odwiedzał, a my wykorzystywaliśmy te spotkania z nim także po to, aby zwiedzić okolicę. To było dla mnie szczególnie interesujące ze względu na budowanie na Śląsku Kwatery Głównej Führera. Oprócz fundamentów nic tam jeszcze nie można było zobaczyć. Również w zamku Furstenstein (Zamek Książ) nie było widać żadnego znaczniejszego postępu robót."
    Byłem adiutantem Hitlera - Nikolaus von Below.
    Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1990.

       Dodajmy, że Nikolaus von Below, przebywał tu na kuracji po zamachu na Hitlera - 20 lipca 1944 r. Został wtedy ranny i musiał się poddać kilkumiesięcznej rekonwalescencji.

        Na początku wieku XIX oraz po klęskach z lat 1806/07 zaczęto przeprowadzać reformy społeczne pod naciskiem politycznym pruskiego ministra barona von Steina. Zniesione zostało poddaństwo (1807), ustanowiono nowe przepisy regulujące status społeczny i relacje pomiędzy szlachtą, a ludźmi wolnymi. Zmienił się również i podział na kmieci i inne stany. Pozostali bauerzy, którzy różnili się ilością posiadanej ziemi, komornicy i rzemieślnicy. Tęsknota jednak za swoim kawałkiem roli, za maleńkim choćby gospodarstwem pozostała nadal. 

    GOSPODARKAPowrót do początku strony

       Życie mieszkańców Adelsbachu i Libersdorfu nie było usłane różami. Walka o byt i chleb codzienny, obciążenia podatkowe i praca świadczona na rzecz możnych były przysłowiową ''drogą przez mękę", lecz miłość do ziemi, jak również chęć przetrwania były silniejsze od wszystkich upokorzeń i niepowodzeń, co utwierdzało o słuszności życia i funkcjonowania na tym dolnośląskim padole.

       Odnosiło się to również do potencjalnych osadników, którzy wabieni przepiękną śląską krainą i dobrymi perspektywami na rozwój licznie przybywali w te okolice. Niektórzy z nich, ciężko pracując całe lata, ciułając grosz do grosza, oszczędzając na wszystkim, co możliwe i wyrzekając się wszelkich uciech powiększyli z czasem stan posiadania, poprawiając tym samym również swój byt materialny.
      
       Obowiązkowe daniny i dostawy na rzecz możnych były duże. Miały one głównie postać odpowiednich ilości pszenicy, żyta, czy owsa liczonych od wielkości każdego gruntu, jak również postać pieniędzy, czy też świadczonej pracy. Osobiste świadczenie pracy w majątku polegało na tym, iż raz do roku chłop zobowiązany był pracować ze swoim zaprzęgiem (wołu lub krowami) trzy dni na włościach dziedzica. Dostawy obowiązkowe miały miejsce również i na rzecz kościoła, z którym miejscowi byli związani.
      
       W gospodarstwach i na polach używano (jeszcze do końca XVIII w.) m. in. pługu, ulepszonej wersji polskiego pochodzenia spulchniacza ziemi, a także brony, taczki, cepa do młócenia zboża, rzeszota, wialni itd. W powszechnym użyciu były drewniane wozy, poruszające się na nie podkutych kołach. Zwierzęciem pociągowym były woły i krowy. Na konia mógł sobie pozwolić bauer.
       Tak było oczywiście do wieku XIX. Później obydwie wioski (a właściwie trzy, - ponieważ Strugę wyraźnie dzielono na dwie miejscowości Nieder i Ober Adelsbach) stawały się coraz bardziej syte i zaprzężenie do wozu krowy stało się reliktem przeszłości. Zmieniły się też i unowocześniły narzędzia rolne. 
       W pierwszej połowie lat 20-ch XX stulecia, rozwój wsi stawał się coraz bardzie widoczny. Modernizacja w coraz większym stopniu wkraczała w życie mieszkańców. Modernizowano sprzęt rolniczy. Coraz częściej kosiarka i żniwiarka zastępowała kosę,   wprowadzone zostały do użytku snopowiązałki , pierwsze ciągniki oraz pługi z napędem motorowym.

       Do początku XX stulecia, domy oświetlano kagankami, świecami. Na zewnątrz drogę oświetlano sobie pochodniami. Na krótko przed wybuchem I wojny światowej rozpoczęto elektryfikację wsi, którą opóźnił wybuch wojny, lecz już w 1915 r., większość gospodarstw używała światła elektrycznego.

    Powrót do początku strony

       Tym samym do historii odchodził polski wynalazek w postaci lampy naftowej, która do powszechnego użytku weszła dopiero w latach 1860-1865.
       Prądu elektrycznego zaczęto używać także do napędu sprzętu rolniczego, jak np. młockarni. Zdecydowanie usprawniło to przeróbkę płodów rolnych i przygotowanie ich do późniejszej sprzedaży. Do tego czasu do napędu maszyn rolniczych używano licznych we wsi koni pociągowych.
      
       Byli oczywiście również i tacy, którzy z dużą dozą nieufności podchodzili do tych innowacji, lecz i oni z czasem przekonali się do nich przystępując tym samym do stworzonej wówczas wspólnoty korzystającej z prądu elektrycznego (niem, Elektrizitats-Genossenschaft). Przez jakiś czas jeszcze używano maszyn parowych (także i w tutejszym majątku), ale i one po dłuższym okresie zastąpione zostały przez nową generacje nowinek technicznych, choć pierwotnie ich posiadaczami byli jedynie ci co bardziej zamożni bauerzy, którzy za stosowną opłatą wydzierżawiali je pozostałym rolnikom.
      
       Także bezpośrednio przed wybuchem I wojny światowej zainstalowane zostały pierwsze we wsi telefony.
       Niedługo po zakończeniu wojny pojawiły się pierwsze samochody, natomiast zaraz po wyborze Paula von Hindenburga na prezydenta  Niemiec w roku 1923, także i odbiorniki radiowe (słuchane pierwotnie wyłącznie przy pomocy słuchawek, a następnie już z wbudowanymi głośnikami).
      
       Drogi w Strudze, były zawsze złe. Zwłaszcza jesienią i wiosną, zamieniały się w błotne topiele. Na rycinie Lubomina z początku XX wieku, wyraźnie widać, że główna droga jest tylko ubitym ziemnym traktem. Wszystkie trzy istniejące drogi, łączące Strugę i Lubomin ze światem zewnętrznym, były polnymi traktami. Oczywiście zimą nikt ich nie odśnieżał, więc podróżowało się tak, jak dało się przejechać. Dopiero pod koniec XIX wieku droga ze Szczawna do Starych Bogaczowic została wybrukowana.

    PROBLEMY EKONOMICZNE

    Powrót do początku strony

       Miernikiem i wyznacznikiem wartości  w dawnych czasach było srebro, które ważono. Dawny pieniądz (markę) dzielono na części czwartą, szóstą oraz dwudziestą czwartą. Bito również srebrne grosze, jednakże gdy stwierdzono,  iż są one nietrwałe, do produkcji srebrnych monet zaczęto dodawać metale nieszlachetne. Od tego czasu monet nie ważono, lecz liczono ich wartość.
      
       Częste zmiany polityczne i kryzysy państwowe z biegiem lat zmieniały pieniądz i jego wartość (grosze, talary, guldeny, marki). Kronikarze skrzętnie podają ile kosztowały najważniejsze produkty w mijających dziesięcioleciach: pszenica, żyto,  jęczmień, owies, groch, wyka, funt lnu, sztuka lnianych nici … Dzisiaj tego nie rozumiemy, ale dla ówczesnych były to bardzo poważne sprawy.
      
       Ponieważ od zawsze, rolnictwo było tutaj najważniejszym zajęciem i źródłem dochodu, dlatego wszystko to co wpływało na plony miało pierwszorzędne znaczenie. Szczególnie ważna była pogoda. Zbyt mroźna zima, ulewne deszcze, susza czy niszczące wiatry zawsze napawały grozą mieszkańców i często powodowały nieurodzaj, wręcz głód.

    Powrót do początku strony

      
       "Co się tyczy 1846 roku to oczekujemy tegorocznej zimy z wielkim niepokojem. Zboże obrodziło bardzo skąpo z powodu wielkiej suszy lub braku deszczu, a ziemniaki prawie zupełnie się nie udały.
      
       Jednak Pan Bóg Wszechmocny, Wszechmądry może przecież wszystko zmienić na dobro, w swojej Boskiej mocy twórczej potrafi zawsze jeszcze, tak jak dotąd się to często zdarzało, z niewielkiej ilości zrobić dużo, a z rzecz zdawałoby się niemożliwych zrobić możliwe. Jemu chcemy więc zaufać, bo On nas nie opuści, ani nie zawiedzie." Cyt. z WKKLA
      
       Innym ważnym czynnikiem był spokój na świecie. Niestety Śląsk był łakomym kąskiem dla wielkich tego świata i często kończyło się to wojnami. Wedle mojej wiedzy tylko dwa razy słyszano tutaj szczęk oręża, o wiele częściej Parafia była przystankiem dla przeciągających wojsk: pruskich, austryjackich, szwedzkich, rosyjskich, francuskich.
      
       "Całe królestwo zostało w ciągu kilku miesięcy opanowane przez wroga a także Struga otrzymała nieprzyjacielskie oddziały na kwaterę i wyżywienie. U wielu mieszkańców doprowadziło barbarzyńskie traktowanie przez wroga do nędzy, jak też zmniejszające się zarobki. Aż do 1809 r., pozostawały nieprzyjacielskie wojska tutaj i naszą miejscowość i całe państwo zupełnie wyniszczyły. Niesłychane kontrybucje wojenne spowodowały całkowite zubożenie wielu mieszkańców." Cyt. z WKKLA rok 1806
      
       Każda inna wojna - a było wiele, przynosiła podobne skutki: drożyzna, kontrybucje, bandyckie napady, głód. Trzeba też wspomnieć, że nieszczęścia te a zwłaszcza Wojna Prusko - Austryjacka (1866 r.), Pierwsza i Druga Wojna domagały się też  daniny krwi od synów tej ziemi. Wielu z nich nigdy nie wróciło do domu.

    OBYCZAJE

    Powrót do początku strony

       Wbrew pozorom życie tutaj nie było prymitywne. W 1775 roku kronikarz zapisał:

    "Młodzież szkolna i nauczyciele pozostają obecnie pod nadzorem Jana Gottfryda Thiemsa, ewangelickiego duszpasterza w Szczawnie. Obecny drugi ewangelicki nauczyciel i pisarz sądowy obu gmin Górnej i Dolnej Strugi, Jan Fryderyk Becker, pochodzi z Baerschdorf w księstwie legnickim, przybył we wrześniu 1764 roku z Boguszowa, gdzie był nauczycielem pomocniczym." Cyt. z WKKLA

       W parafiach protestanckich, bardzo dbano o dobre szkoły. Często je wizytowali dostojnicy kościelni, a nauczycielom stawiano duże wymagania. Również w bliższych nam czasach, Szkoła była oczkiem w głowie dla zarządu gminy.

       Ludzie - także ubożsi, czytali książki, później prenumerowano gazety. We wszystkich domach, z których musieli wyprowadzić się Niemcy, zostały całe biblioteczki niemieckiej beletrystyki i książek fachowych. Chętnie pisano obszerne listy do bliskich, słano dziesiątki pocztówek. Również Struga?! miała swoje własne pocztówki, które dzisiaj krążą po Internecie.

    Powrót do początku strony


    ***

       Dzień przeciętnego mieszkańca zaczynał się bardzo wcześnie, wstawano i śniadano już o 5 nad ranem. Posiłek główny na kształt dzisiejszego obiadu spożywano o 9 przed południem, natomiast wieczór zaczynał się o godzinie 4 po południu. Całkowicie wolne od pracy były niedziele i liczne święta ewangelickie i katolickie.

       Świętowano przy różnych okazjach. Najważniejszymi wydarzeniami obok uroczystości rodzinnych były  zmiany pór roku oraz uroczystości kościelne. Organizowano wtedy procesje, podczas których zebrana ludność paradowała głównym traktem w odświętnych  strojach  i z odpowiednimi atrybutami. Podczas tych uroczystości śpiewano pieśni, aktorzy odgrywali swoje spektakle, a kuglarze pokazywali wszelakie sztuczki. Pielgrzymi okazywali dewocjonalia i relikwie przywiezione z dalekich krajów, a radość pośród gminu była wielka. Była to również doskonała okazja do wysłuchiwania opowieści wszelkiej maści wędrowników, którzy opowiadali o tym, co widzieli i słyszeli w głębi sąsiadujących ze Śląskiem królestw, jak również  i w krajach dalekich.
     
       Podczas tych uroczystości spożywano przyprawiane ciasta,  różnego rodzaju pieczenie, raki, warzywa i owoce, które to potrawy raczej niezbyt często podczas codziennych posiłków gościły na stole przeciętnego mieszkańca.
     
       W 1734 roku, sprowadzono na Śląsk ziemniaki i to one zaczęły zdobywać stoły i podniebienia Ślązaków - zastąpiły chleb i podpłomyki, które stanowiły do tej pory podstawę każdego posiłku.
     
       Podczas świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy w każdym domu przygotowywano typowo dolnośląskie potrawy, jak na przykład ciasto z kruszonką, makowiec, bułeczki z rodzynkami. Zarzynane były również i zwierzęta, z których przygotowywano kiełbasę oraz inne potrawy mięsne. Protestanci z kolei przygotowywali kluski z makiem, które przygotowane z ziemniaków z dodatkiem maku były wpierw gotowane, a następnie smażone z dodatkiem cukru. W gospodach odbywały się wtedy tańce. Wstawiano tam również specjalne stoły, na których grano w kości, a nagrodami dla zwycięzców były między innymi serca z piernika. W zabawach brali udział wszyscy mieszkańcy wsi, tak starzy, jak  i młodzi.
     
       Najczęściej uprawianym zajęciem, było tkactwo lniane. Do jego rozwoju przyczyniły się tutejsze warunki i konieczność życiowa. Prawie połowa mieszkańców znajdowała zatrudnienie przy uprawie, folowaniu i bieleniu sukna. Długa zima dawała też mnóstwo czasu na mozolne uprawianie tego zawodu - ale też tworzyło to przez stulecia specyficzną kulturę tego regionu.
     
       Z tego okresu pochodziła również tradycja tzw. "wieczorów tkackich" (niem. Spinnenabende), która przetrwała aż do czasów ostatniej wojny. Wieczory te organizowane przeważnie w porze jesienno-zimowej, kiedy zmierzch zapada dosyć wcześnie miały formę spotkań towarzyskich, podczas których tańczono, śpiewano i przędzono właśnie len. Częstym widokiem były wówczas grupy dziewcząt i gospodyń wiejskich podążające ze świecącymi lampionami do wyznaczonego na " wieczór tkacki" domu. Po wielu latach, gdy ta gałąź gospodarki całkowicie zanikła pozostały po niej jedynie wspomnienia oraz właśnie tradycje "wieczorów tkackich". W niektórych domach jeszcze pod koniec II wojny światowej znajdowały się resztki sprzętu tkackiego, jak na przykład kołowrotki, czy wrzeciona.
     
       Nie była to jednakże jedyna tradycja pielęgnowana wówczas przez tutejszą ludność, było ich oczywiście więcej.
     
       Dość znanym zwyczajem było tutaj także tzw. "Zaproszenie do grobu" (niem. Zu Grabe bitten). Polegało ono na tym, iż po śmierci jednego z mieszkańców, gospodyni domu lub ktoś z bliskich krewnych chodził od domu do domu i przekazując wiadomość o śmierci informował gdzie i kiedy odbędzie się pochówek.

    Powrót do początku strony


    ***

       Odzienie wierzchnie przeciętnego mieszkańca  składało się ze swojego rodzaju spodni i bluzy oraz wiązanych  trzewików ze skóry. Na głowę zakładano kapelusz ze słomy lub filcu, którego forma przypominała raczej czapkę.
     
       Natomiast damska garderoba składała się z części spodniej, spódnicy i stanika (a raczej gorsetu podtrzymującego biust). Część spodnia ubioru była raczej jednakowa dla obu płci i składała się z obszernej koszuli.
     
       Z kolei ubranie odświętne na specjalne uroczystości było swojego rodzaju wyznacznikiem  majętności oraz  pozycji społecznej. Nakładano wtedy np. spódnice obszyte futrem, spodnie przeszyte aksamitem i przyozdobione barwnymi  tasiemkami, kolorowe rajstopy, a podczas chłodniejszych dni rękawiczki. Jednakże nie były to rękawiczki w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, lecz swojego rodzaju nakładki z materiału  na każdy palec z osobna. Do tego jako ozdobę na głowę dziewczęta nakładały wieńce.

     
    ***

       Ówczesne domy  budowane były w bardzo prosty sposób z drewna oraz urządzane nader skromnie. Wyposażano je tylko w najpotrzebniejsze sprzęty dające minimum wygody (w obecnym mniemaniu). Ciepło oraz światło dawał ogień palony na palenisku, z którego dym odprowadzany był przez drewnianą rurę w kształcie komina. Nic dziwnego więc, iż gospodarz żył w ciągłym strachu przed pożarem, który mógł wybuchnąć w każdej chwili, zajmując drewniane ściany i słomiane poszycie dachu, pociągając za sobą ofiary w ludziach i sprzęcie (co zresztą zdarzało się dosyć często). Natomiast z racji, iż w okresie zimowym chata nie dawała zbytniej ochrony przed zimnem, tak więc ta pora roku traktowana była jak najgorszy wróg, a wiosna jak najlepszy przyjaciel, którego oczekiwano z ogromną tęsknotą.
     
       Mniej więcej w połowie XIX w. począł zmieniać się także i wygląd wsi. Wraz z rozwojem budownictwa zaczęły znikać kurne chaty budowane z drewna i kryte słomą. Przybywało domów murowanych krytych dachówką, a pomieszczenia mieszkalne stawały się obszerniejsze i jaśniejsze z racji montowania większych okien.

    DZIEJE STRUGI W XX WIEKU

    Powrót do początku strony

    W latach 1898-1905 majątek jest własnością Fischera i wspólników z Białego Kamienia.

    W latach 1909-1912 przejmuje Tietze z wspólnikami;

    W latach 1917-1922 Emanuel Aufricht - kupiec z Wrocławia;

    W 1930 roku majątkiem zarządza wdowa po nim.

    W 1937 roku właścicielem dóbr w Strudze, Lubominie i Starych Bogaczowicach (łącznie 523 ha) jest mistrz budowlany Rudolf Kreibe.

    Pozdrowienia ze Strugi Pozdrowienia ze Strugi
    Widokówka ze Strugi (ok. 1936 rok) To samo miejsce w roku 2006




    ***


    DZIEJE LUBOMINA W XX WIEKUPowrót do początku strony

    foto     W latach 1898 - 1905 majątek jest własnością Fischera i wspólników z Białego Kamienia (liczy wówczas 76 ha), W II półwieczu XIX w. wieś bardzo szybko rozwijała się, co było spowodowane powstawaniem w okolicy kopalni i innych zakładów przemysłowych, w których mieszkańcy znajdowali pracę.

        W latach 1909 -1912, Libersdorf przejął niejaki Tietze z wspólnikami; w latach 1917-1922 Emanuel Aufricht - kupiec z Wrocławia; w 1930 roku - mniejszym już majątkiem (22 ha) zarządza wdowa po nim. W 1937 roku właścicielem dóbr w Lubominie, Starych Bogaczowicach i Strudze (łącznie 523 ha) jest mistrz budowlany Rudolf Kreibe.    

        Lubomin jest dosyć korzystnie położony w centrum Gór Wałbrzyskich i często wędrowali tędy turyści. We wsi były gospody, także z miejscami noclegowymi.

        Po 1945 r. Lubomin zachował swój charakter rolniczy, ale nadal duża część mieszkańców pracowała w przemyśle. We wsi, powstają nowe domy, leży bowiem w bezpośrednim sąsiedztwie Wałbrzycha i Szczawna Zdroju, stanowiąc atrakcyjną lokalizację dla budownictwa jednorodzinnego. Niestety Lubomin, nie ma tyle przestrzeni na zabudowę jak Struga. Ma też znaczenie turystyczne.

        Po zniknięciu dawnego schroniska na Trójgarbie, w latach 1977 - 86 zbudowano na końcu wsi bacówkę PTTK. Obiekt wzniósł Zakład Remontowo - Budowlany PTTK z Kowar według projektu "Balneoprojektu" z Wrocławia, który zaadaptował rozwiązanie powielane w Karpatach. Inicjatorem budowy był ówczesny sekr. Zarządu Wojewódzkiego PTTK w Wałbrzychu Zygmunt Jodłowiec. Lokalizacja okazała się jednak niezbyt atrakcyjna i przez szereg lat obiekt cieszył się umiarkowanym zainteresowaniem turystów. Dzisiaj obiektem zajmuje się jedna z naszych rodzin - z umiarkowanym powodzeniem.

    DWIE WOJNY ŚWIATOWE

    Powrót do początku strony

       W 1914 r. wybuchła I wojna światowa. Mieszkańcy Adelsbachu przepojeni niemieckim patriotyzmem również dali się ponieść wojennym nastrojom. Odbywały się zebrania i narady, śpiewano patriotyczne pieśni i odgrażano się wrogom cesarza. Sam wybuch wojny i późniejsze wydarzenia na jej frontach nie zmieniły praktycznie niczego w codziennym życiu z tej racji, iż działania wojenne toczyły się z dala od Dolnego Śląska i nigdy tutaj nie dotarły.
      
    R. Mai zginął 1915-06-26  "1914 - Cesarz, jesienią tego roku, podczas planowanego pobytu w Szczawnie, zamierzał odwiedzić księcia von Pless. Wybuch wojny światowej przeszkodził mu nie tylko w tym zamiarze. Ważniejsza bez porównania była walka o niepodległość. Starzy i młodzi spieszyli do broni. Małe lokalne zdarzenia, zostały przysłonięte wielkimi.

     1915 - Przejście, od starego do nowego roku, tym razem było tylko symboliczne. Cicho i bez hałasu, lecz z dostojną powagą był obchodzony początek roku. Czas wojny odcisnął soje piętno. Gorliwie zbierano datki dla Czerwonego Krzyża. (***)

       Zaciągnięto pożyczkę wojenną. Na polu chwały zostawali liczni ojcowie i synowie naszej ojczyzny. Zaszczytne odznaczenia były także dowodem bohaterstwa synów naszej okolicy

    1916 - Nie spełniła się nadzieja, że pożar światowy skończy się w tym roku. Przeciwnie, pochodnia wojny rozpalała się coraz bardziej. Ceny żywności idą w górę, potrzeby rosną, jednak nasi żołnierze pełnią przy granicach wierną wartę, z godziny na godzinę dając dowody swego bohaterstwa. W morzu małoznaczących spraw ugrzęzną w wojennych latach, wystarczające w normalnym czasie, a zwielokrotnione przez wojnę konieczne lokalne środki.

    H. Endorf zginął 1917-04-091917 - Z niezmniejszającym się, strasznym okrucieństwem wojna toczy się dalej, jej machina jest w ruchu. Przed nieprzyjaciółmi, bronią ojczyzny nasi żołnierze.

    1918 - W nieugiętym obowiązku wierności stoją nasi żołnierze na frontach całego świata.

        9 listopada wybucha czerwona rewolucja. Jak żołnierze niemieccy odnosili się do tej sprawy, opisał Adolf Hitler w swojej książce "Moja Walka".Powrót do początku strony

       Zostało podpisane zawieszenie broni.

       Adolf Hitler w "Mojej Walce" pisze: Tysiąclecia przeminą, ale nikt i nigdy nie będzie mógł mówić o bohaterstwie, bez wspominania niemieckiego żołnierza wojny światowej. Wtedy uwidoczni się, z welonu przeszłości, z wnętrza żelaznego frontu, nie trzęsący się, ale nieustępliwy, pomnik stalowego hełmu nieśmiertelności. Dopóki jednak Niemcy żyją, rozważą, że to niegdyś byli synowie ich ludu.
      
    Chronik der Stadt Freiburg i. Schl.

    P. Klose zginął 1914-08-23   Na naszym terenie, przed Wielką Wojną, ludzie żyli raczej dostatnio. Ziemia była płodna, sposób gospodarzenia nowoczesny. Ci którym to nie wystarczało, pracowali w mieście. Od momentu, jak linia kolejowa z Wrocławia dotarła do Wałbrzycha, górnictwo rozkwitało. Zarobki górników węgla w zagłębiu dolnośląskim w 1913 r. wynosiły średnio 1098 marek rocznie (kilogram chleba kosztował wtedy 27 fenigów, zaś kilogram mięsa wołowego 1 DM i 80 fenigów), były to najwyższe dochody dla zwykłego robotnika na Dolnym Śląsku. Kopalnie do końca wojny dawały pewny i wysoki zarobek. Często jednak, w miarę postępu wojny - zapłata  dawana była w tzw. pieniądzu zastępczym lub w naturze.

       Chociaż Niemców przygotowywano do wojny – to raczej w przekonaniu, że będzie trwała kilka miesięcy i przyniesie Rzeszy ogromny sukces i jeszcze większy dobrobyt. Spodziewana Wojna wybuchła 28 lipca 1914 r. po zamachu w Sarajewie.

       W pierwszych dniach wojny nastąpiło ogromne bezrobocie, spowodowane przez mobilizację i likwidację wielu miejsc pracy – szczególnie w małych firmach. Często do wojska zgłaszali się drobni przedsiębiorcy – a ich pracownicy, lądowali na bruku. Ten stan trwał przez kilka pierwszych miesięcy. Później sytuacja na rynku pracy unormowała się.

    W. Unger zginął 1916-03-08   Powoli jednak zaczynało brakować towarów na półkach sklepowych.  Pojawił się czarny rynek. Państwo starało się reagować na pogarszającą się sytuację. Pod koniec 1914 r. ustalono ceny maksymalne na większość artykułów. W lutym 1915 r. na Dolnym Śląsku wprowadzono kartki na chleb i mąkę, a w czerwcu reglamentacją objęto kaszę, mięso, tłuszcze, mleko, jarzyny, marmoladę a także obuwie, odzież bieliznę, mydło i naftę.

       W połowie 1915 r. w całych Niemczech ogłoszono powszechną zbiórkę metali niezbędnych dla armii.

       W 1916 r. ogólna sytuacja pogorszała się z miesiąca na miesiąc. Teraz zaczęło brakować rąk do pracy, produkowano mniej  - produkty zaś były gorszej jakości i coraz droższe. Wojna trwała już dwa lata – o wiele dłużej niż zakładano. Od tej chwili produkcja w Niemczech przestała nadążać za zamówieniami frontu i potrzebami kraju. Pojawiły się na rynku niezliczone artykuły zastępcze. Dzieci przymuszano  do chodzenia boso, aby oszczędzić surowce na potrzeby wojenne. Na jednym plakatów wojennych, można przeczytać takie słowa:


    Oszczędzaj mydło!
    Ponieważ ono składa z tak teraz potrzebnego i rzadkiego tłuszczu i (?)
    Ale jak?
    Nie zanurzaj nigdy mydła w wodzie w której się myjesz!
    Nie trzymaj go nigdy pod strumieniem wody!
    Unikaj zbędnego spieniania!
    Przechowuj kostkę mydła zawsze suchą!
    Nie wyrzucaj resztek mydła!
    Pomagaj sobie używając szczotek, piasku, pumeksu, popiołu z drzewa,
    trawy do szorowania (?), popiołu z papierosów,
    oraz poprzez częste mycie w ciepłej wodzie!


    Komisja wojenna do spraw (?) I tłuszczu

    Berlin ….

       Dość wyraźnie spadały płace, obcinano przydziały kartkowe, drożały coraz bardziej podstawowe artykuły (kilogram chleba w lipcu 1916 r. kosztował 40 fenigów, zaś kilogram mięsa wołowego 4 DMPowrót do początku strony i 34 fenigów).

       W 1918 r. rezerwy materiałowe i wszelkie inne Rzeszy Niemieckiej były w takim stanie, że widomym było, że będzie to ostatni rok wojny.  Mając tego świadomość, Rząd Rzeszy postanowił rzucić wszystko na ostatnią szalę – nie licząc się z kosztami. Początkowo taka polityka przyniosła sukcesy militarne, ale letnia kontrofensywa aliantów sprawiła, że Niemcy stały się praktycznie bezbronne.

    O. Klenner zginął 1918-10-21   Takie działanie Rządu, doprowadziło do zapaści gospodarczej państwa. Na rynku, brakowało wszystkiego, a produkowana żywność często nie nadawała się do spożycia. Rosły ceny i podatki (kilogram chleba w lipcu 1918 r. kosztował 45 fenigów, zaś kilogram mięsa wołowego 3 DM i 70 fenigów).

       11 listopada 1918 r. zakończyła się Wielka Wojna – zakończyła się klęską Niemiec i ich sprzymierzeńców. Straty Niemiec ocenia się na: 1 773 700 poległych, 4 216 058 rannych, 1 152 800 żołnierzy dostało się do niewoli lub zaginęło. Z 11 milionów zmobilizowanych osób (w 1910 roku Niemcy liczyły 64 925 993 mieszkańców), straty wyniosły 65 %.  Ten straszny bilans  pogłębia ogrom wydatków i strat materialnych (wydano w Niemczech na tą rzeź, prawie 38 miliardów dolarów - według dzisiejszych szacunków).

       Ponieważ Obydwie Miejscowości miały wtedy charakter ściśle rolniczy, łatwiej było przeżyć mieszkańcom ten trudny czas. W sumie wszystko co do życia było potrzebne, produkowano na miejscu. Działania wojenne tutaj nie dotarły, więc nie było też i zniszczeń. Przez pewien czas, istniały w Wałbrzychu Obozy Jenieckie, więc były może nawet powody do dumy, że Wojna będzie wygrana i Francja, Anglia, Rosja – będą się musiały sowicie wypłacić, żeby powetować niemieckie szkody. Ta nadzieja nie spełniła się nigdy.

       Była jednak straszna rzeczywistość, od której nie można było uciec. Do wojska mobilizowano coraz to nowe roczniki i praktycznie każda rodzina miała kogoś na froncie. Ze Strugi powołano 121 osób – głównie ludzi młodych, ale w miarę ponoszonych strat, do wojska szli także ojcowie rodzin. Z frontu, przychodziły co raz, wieści o klęskach, odniesionych ranach – wreszcie przychodziły kolejne telegramy o śmierci bliskich. Poległo 25 żołnierzy ze Strugi – 1/5 tych którzy poszli na wojnę. W roku 1905 Struga liczyła 1041 mieszkańców – pod broń poszła więc 1/10 z nich. Nie wiem, ilu powołano mieszkańców Lubomina, ale procent musiał być podobny. W roku 1905 Lubomin liczył 1110 mieszkańców – tak więc na front poszło ok. 140 mężczyzn. Ilu zginęło … Bóg raczy wiedzieć.

       Dzięki życzliwości Państwa Mucha ze Strugi, wiemy dokładnie kto wojował z Adelsbachu – wiemy też, kto i kiedy zginął: Powrót do początku strony

    1. P. Klose - zm. 1914-08-23
    2. J. Brodkorb - zm. 1914-09-24
    3. C. Stolz - zm. 1914-09-26
    4. F. Brodkorb - zm. 1914-12-20
    5. E. Menzel - zm. 1914-12-25
    6. M. Urlich - zm. 1915-01-17
    7. H. Morch - zm. 1915-03-11
    8. O. Fischer - zm. 1915-03-27
    9. G. Thiersch - zm. 1915-05-03
    10. R. Mai - zm. 1915-06-26
    11. H. Winkler - zm. 1915-10-23
    12. W. Unger - zm. 1916-03-08
    13. H. Scholz - zm. 1916-04-07
    14. H. Endorf - zm. 1917-04-09
    15. K. Scholz - zm. 1917-04-13
    16. M. Scholz - zm. 1917-06-01
    17. E. Kuhn - zm. 1917-07-22
    18. A. Latte - zm. 1917-09-26
    19. K. Raupach - zm. 1917-10-17
    20. A. Heinrich - zm. 1918-02-10
    21. P. Gruner - zm. 1918-04-27
    22. G. Scholz - zm. 1918-05-28
    23. R. Seidel - zm. 1918-08-30
    24. O. Klenner - zm. 1918-10-21
    25. A. Böhm - zm. nn

       Koniec Wielkiej Wojny, dla Weteranów - był również bardzo dramatyczny. Wracali do domu wynędzniali, często okaleczeni. Wielu z nich, nigdy nie doszło do siebie po pięciu latach spędzonych w okopach. Najgorsze jednak było to, że wracali przegrani – nikt nie witał ich z kwiatami i orkiestrą. Może to sprawiało, że przyjaźnie frontowe były dozgonne a braterstwo broni, zamieniło się w dobrePowrót do początku strony sąsiedztwo i koleżeńską solidarność.


    ***

    1919 - Podpisany został haniebny traktat wersalski. Rozpoczął się długi, twardy czas egzaminu. Wszyscy, władający językiem niemieckim, zbierają się, by manifestować przeciwko pokojowi, okupionemu wstydem z odstąpienia niemieckich obszarów nieprzyjaciołom.
     
       Także w Świebodzicach, przed ratuszem, tak jak w większości miast niemieckiej ojczyzny, odbywała się silna manifestacja protestacyjna. W tej poważnej godzinie podniosły się tysiące rąk do przysięgi, że nigdy takiego wstydu i haniebnej umowy nie ścierpimy. Lud nie chciał tego, co zrobił nieudolny rząd. Podpis pod haniebnym traktatem wersalskim był wymuszony. Niemcy pogrążyły się w mroku biedy i nieszczęścia.

    1921 - W marcu odbywał się plebiscyt na Górnym Śląsku. Także ze Świebodzic i okolic jechało wielu współobywateli naszej górnośląskiej ojczyzny, by składać wyznanie niemieckości.

    1923 - Ceny wzrastały coraz bardziej. Operowano już milionami i bilionami. Miasta, a nawet firmy, zmuszone były do wydawania własnych, papierowych pieniędzy. Także miasto Świebodzice oraz Fabryka Zegarów, wydawały takie, konieczne pieniądze.

       W końca wprowadzono Rentenmark (banknoty niemieckie), które położyły kres milionowym szaleństwom.

    1925 - Feldmarszałek von Hindenburg został wybrany prezydentem Rzeszy. Świebodzice oddały na niego 2224 głosy, podczas gdy kontrkandydat, dr Marx, otrzymał 2016 głosów.

       W końcu września założono grupę miejscową NSDAP.

       Wierni ojczyźnie Górnoślązacy i dawni Poznaniacy, urządzali w Świebodzicach 1 sierpnia dzień niemiecki, a uczestniczyły w tym liczne grupy terenowe z prowincji.
      
    1928 - Prezydent Rzeszy, Feldmarszałek Hindenburg, bawił 19 września w Wałbrzychu. Nasze szkoły tworzyły szpaler. Cicha nadzieja, że ujrzą może postać Prezydenta Rzeszy, przy jego przejeździe przez świebodzicki dworzec, nie spełniła się.

    1929 - Niesamowita zima panowała na przełomie lat 1928/29. Na całym Śląsku panowały syberyjskie mrozy. Wielu ludzi zamarzło. Najwięcej jednak przemarzło drzew. Także w Świebodzicach, minus 30 stopni Celsjusza z okładem, było na porządku dziennym.

       Stagnacja w gospodarce narastała coraz bardziej. Jeszcze przed Bożym Narodzeniem zeszłego roku zaniżono tygodniowy czas pracy w Fabryce Zegarów do 3 dni tygodniowo i zwalniano większą liczbę robotników, a z dniem 7 stycznia 1929 roku obniżono czas pracy do 2 dni i następnym pracownikom wypowiedziano pracę.

    Powrót do początku strony

     
    1930 - Przez upadek przemysłu w Świebodzicach i Pełcznicy, ludność miasta coraz bardziej sympatyzuje z lewicą. Prawie czwarta część świebodzickiej ludności żyje z pomocy społecznej.

       Sterowiec "Hrabia Zeppelin" przelatywał nad naszą okolicą.

    1931 - Straszna trąba powietrzna przeszła nad naszą okolicą w dniu 15 maja i poczyniła duże szkody w zabudowaniach. Straty wyceniono na ponad 200.000 RM. Ludzie jednak nie ulegli nieszczęśliwym wypadkom.
       W czerwcu występowały kolejne anomalie pogodowe.

       W Pełcznicy, z powodu upadku przemysłu, trzecia część mieszkańców korzysta ze społecznego wsparcia.
      
    1932 - (***) Prezydent Rzeszy, feldmarszałek von Hindenburg, przekazał świebodzickiemu muzeum regionalnemu swój portret z własnoręcznym podpisem.

    1933 - 30 stycznia, po długoletniej walce o duszę niemieckiego ludu, Adolf Hitler przejmował prowadzenie niemieckiego państwa. Lud odetchnął wolnością. Zaczynało się ponowne dźwiganie się Niemiec w górę. Także nasza ojczyzna znowu z męstwem i zaufaniem patrzyła w przyszłość.

       Także u nas, w wyborach, dawano świadectwo zaufania należne NSDAP.

       Po raz pierwszy obchodzono 1 Maja, jako święto narodowe wszystkich ludzi pracy.

       Następowało ponowne ożywienie rynku pracy.

    1934 - 2 sierpnia umarł prezydent Rzeszy feldmarszałek von Hindenburg. Także w Świebodzicach odbyła się uroczystość żałobna.

    1938 - Pogoda już na początku roku była bardzo niesprzyjająca. Obfite opady śniegu sprawiły, że 10 stycznia, w wyniku zamieci i zawiei, stały się nieprzejezdne drogi łączące Świdnicę i Wałbrzych. W akcji odśnieżania brało udział wojsko, RAD i straż pożarna. 12 stycznia nieprzejezdne są jeszcze drogi łączące Świebodzice i Strzegom.

       Okres odwilży, który nastąpił od połowy stycznia, spowodował powódź.

       26 stycznia, na całym Dolnym Śląsku, wystąpiło piękne zjawisko zorzy polarnej. Mistyczne umysły dopatrywały się w nim zwiastuna wojny, tym bardziej, że powtórzyło się ono 24 lutego.

       Ostatnie dni lata przyniosły klęskę powodzi takiej, jakie zdarzają się raz na 100 lat. Rozpoczęła się ona 20 sierpnia, obfitymi opadami deszczu. Groźne burze z piorunami i nieprzerwany deszcz przechodziły nad naszym terenem do 25 sierpnia, czego wynikiem była niesamowita powódź. Wszystkie rzeki wystąpiły z brzegów, w tym i nasza Pełcznica. Woda zrywała mosty, kładki i opadła nieznacznie 27 sierpnia, by już 1 września wywołać kolejny alarm powodziowy. Utrudniony był ruch pociągów, ponieważ tory kolejowe były podmyte. (Na trasie do Wrocławia, przez Sobótkę, Kobierzyce, pociągi dojeżdżały tylko do Sobótki). Niektóre miejscowości wyglądały niczym rozległe jeziora.
    Chronik der Stadt Freiburg i. Schl.Powrót do początku strony
      
       Do wybuchu II wojny światowej życie toczyło się tu normalnym trybem. Po dojściu do władzy nazistów w 1933 r., również i tutaj wszechobecna stała się nazistowska ideologia i propaganda, które z pewnością wywarły spory wpływ na mentalność oraz późniejsze postępowanie tutejszych mieszkańców. Także wtedy utworzono tu komórkę NSDAP, która musiała być obecna w każdej gminnej miejscowości.

       Wbrew pozorom, placówki te nie spełniały tylko roli politycznej. Ich zadaniem była także praca organizacyjna , szkoleniowa i koordynacja różnych służb obywatelskich – jednym słowem praktyczne wykonywanie poleceń rządu i władz lokalnych – szczególnie Gauleitera - naczelnika okręgu (na Dolnym Śląsku był to Karl Hanke (sprawował urząd w latach 1940–1945). Ponadto placówki NSDAP pilnowały aby realizowano w terenie szczegółowe rozporządzenia władz: np. wydanej 31 sierpnia 1943 roku ustawy o zabezpieczeniu przeciw nalotom – która zobowiązywała właścicieli domów do zaopatrzenia się w bosaki, liny, drabiny, apteczki ze środkami pierwszej pomocy, wiadra, wanny z wodą, pojemniki z piaskiem, szufle, papierowe worki, łopaty, młoty kowalskie lub toporki.

       Z dostępnej literatury jasno wynika, że nawet w niedużych miejscowościach, w czasie wojny bardzo dbano o ład i porządek życia społecznego – właściwie do ostatniej chwili. Nawet  plany ewakuacji ludności cywilnej opracowano dużo wcześniej i ze sporym zapasem czasu, przygotowano środki aby te plany wprowadzić w życie.
      
       Wybuch II wojny światowej 1 września 1939 r. początkowo niewiele zmienił w życiu codziennym. Jak chyba wszędzie w ówczesnych Niemczech pozytywnie w swoim szowinistycznym uniesieniu przyjmowano do wiadomości postępujące zwycięstwa hitlerowskiej armii, najpierw na terenie Polski, a następnie innych krajów Europy, I tylko naprawdę nieliczni przeciwni byli takiemu stanowi rzecz, lecz z oczywistych powodów nie przyznawali się do tego publicznie.

        Do końca 1944 r., życie w Strudze przebiegało raczej spokojnie i nic jeszcze nie zapowiadało wtedy wojennej nawały. Tylko komunikaty wojenne, racjonowana żywność i skąpe informacje przekazywane ustnie np. przez żołnierzy frontowych zebrane przez tych, co bardziej rozumnych w logiczną całość poczęły zwiastować klęskę Niemiec oraz nieuchronny koniec wojny. I chociaż Niemcy były jeszcze militarnie silne, a władza nie pozwalała na jakąkolwiek krytykę, to można było zaobserwować pewne symptomy niepokoju. Nie były one może zbyt wielkie, to jednak czasami w rodzinnych rozmowach poruszano ten ważny temat (zwłaszcza po postępach Armii Czerwonej na Wschodzie, inwazji aliantów na kontynent na początku czerwca 1944 r., oraz po zamachu na Hitlera w lipcu tego samego roku.

       Część mieszkańców (być może nawet i ta większa) wciąż jednak wierzyła w Hitlera oraz w rzekomo mającą zmienić losy wojny na korzyść Niemiec cudowną broń (niem. Wunderwaffe). Dodatkowym impulsem do takiego przekonania była nagłośniona bitwa pod Arnhem w Holandii we wrześniu 1944, gdzie wojska hitlerowskie odparły desant aliancki na tamtejsze mosty i wygrały ostatnią batalię w tej wojnie.

        Zdarzały się również przypadki donosicielstwa na tych, co bardziej nieprzekonanych i pozwalających sobie na krytykę ówczesnej sytuacji. Konsekwencją takiej postawy mogło być osadzenie w obozie koncentracyjnym lub pod sam koniec wojny nawet kara śmierci za defetyzm. Tak więc ta wątpiąca mniejszość była, rzec można pod silną presją.

    Powrót do początku strony


       Temat wojny musiał być stale obecny w rozmowach i w życiu mieszkańców. Do Salzbrunu (Szczawna Zdroju), przybywali teraz nowi kuracjusze – ranni żołnierze, oficerowie, rekonwalescenci – teraz oni wędrowali do Dolnego Młynu, na Cisy. Rozsiadali się w karczmach Strugi i Lubomina – jedni cicho w kącie snując bolesne wspomnienia, inni głośno – przy kuflu piwa, z nowo poznanymi kolegami śpiewali frontowe piosenki. Wielu z nich wynajmowało tutaj pokoje – wszak do Zdroju było zaledwie 20 minut drogi bryczką. Bywali tutaj też inżynierowie, górnicy i oficerowie pracujący na co dzień w podziemiach Książa a w soboty i niedziele szukający rozrywki.

       Wokół jak grzyby po deszczu cywilne dotąd przedsiębiorstwa, przestawiano na produkcję wojenną. W Świebodzicach prawie wszystkie zakłady produkowały dla wojska. W Wałbrzychu również – postawiono tu na produkcję syntetycznego paliwa z węgla kamiennego (był to bardzo skomplikowany i nieopłacalny proces – z siedmiu ton węgla powstawała 1 tona różnych paliw i smarów), ponoć takich rafinerii było w Waldenburgu 13.

       Codziennością była także obecność pracowników przymusowych, jeńców, więźniów różnych filii Obozów Śmierci (Gross-Rosen, Auschwitz-Birkenau, Ravensbrück). A byli tu nieszczęśnicy z całej Europy: Włosi, Rumunii, Węgrzy, Słowacy, Chorwaci, którzy dobrowolnie przybyli do Niemiec, którzy - po wygaśnięciu umowy o pracę – mogli swobodnie opuścić Niemcy. Wśród jeńców spotkać można było Anglików, Belgów, Francuzów, obywateli Jugosławii. Wreszcie więźniowie: Polacy, Żydzi – w Świebodzicach, szczególnie wiele było kobiet z Warszawy wywiezionych tu po Powstaniu.

       Najbliższe skupisko więźniów było przy Zamku Książ. Ale wożono ich i pędzono w tę i w tamtą stronę. Tak, że nie można było tego nie dostrzec i powiedzieć - że nic się o tym nie wie.

       Ponadto - w niektórych gospodarstwach pracowali robotnicy przymusowi. Jeszcze w 2015 roku gościłem w Kancelarii Parafialnej pewnego starszego Pana – Francuza, który szukał grobu swojego wujka, który jako „przymusowy” pracował w Adelsbachu u bauera. (Prawdopodobnie został ranny nożem w czasie jakiejś awantury i zmarł przewieziony do szpitala w Wałbrzychu).

    Powrót do początku strony


    ***

       W momencie wybuchu wojny Wojsko Niemieckie miało pod bronią 4,5 miliona żołnierzy, była to ogromna armia w kraju, który liczył wtedy prawie 79 milionów mieszkańców. Do maja 1945 roku ten stan zwiększono do 9,2 miliona. Spośród nich poległo 3,5 miliona żołnierzy (38 % stanu). Jak myślę przynajmniej 2 miliony żołnierzy odniosło ciężkie rany.

       Do wojska powoływano więc coraz to nowe roczniki z Lubomina i Strugi – często na front szli weterani I Wojny. Również i oni wracali poranieni albo nie wrócili już nigdy. Nie dowiemy się liczby poległych  z Adelsbachu i Liebersdorfu.  Kiedy zakończyła się I Wojna – można było to czynić, było przecież dwadzieścia lat względnego spokoju, aby spisać straty a zmarłych upamiętnić. Teraz, kiedy kończyła się Druga Wojna – w styczniu, w lutym, wszyscy mieszkańcy zaczęli drżeć już o los własny i swoich bliskich.
     
       Do tej pory Rosjanie stali pory Rosjanie stali pod Linii Wisły odzyskując siły po kampanii z lata i jesieni 1944. 14 stycznia z przyczółka warecko-magnuszewskiego uderzyła radziecka 61 Armia dowodzona przez gen. płka Pawła Biełowa. Pierwszego dnia ofensywy wojska radzieckie przełamały pozycje wroga na froncie o długości 500 kilometrów.
     
       Zimowa ofensywa radziecka na Dolnym Śląsku rozpoczęła się 12 stycznia 1945 r., operacją śląsko-odrzańską. Granice Śląska zostały przekroczone przez żołnierzy I Frontu Ukraińskiego, dowodzonych przez marszałka Iwana S. Koniewa, 19 stycznia. Pięć dni później została osiągnięta linia Odry. Na początku lutego front zatrzymał się na kilka dni w odległości ok. 25 km od Legnicy. Ten etap operacji zakończyło zdobycie przyczółków na lewym brzegu Odry, pod Chobienią, Ścinawą i Malczycami (http://liegnitz.pl/). 9 lutego Rosjanie wyzwolili Legnicę, 13 lutego byli już w Strzegomiu – 25 kilometrów od nas, godzinę jazdy ciężarówką po kocich łbach przez Dobromierz, Chwaliszów i Stare Bogaczowice.

       Wszystko to więc działo się w szalonym tempie, z całą brutalnością i bezsensem wojny. Do walki na śmierć i życie stanęło naprzeciw siebie 2,2 miliona żołnierzy rosyjskich i polskich oraz 400 000 żołnierzy Wermachtu.

       Pogórze Sudeckie, dotychczas ciche i spokojne zaczęło zapełniać się uchodźcami. Dosłownie miliony ludzi starało się uciec przed nawałnicą (Na początku 1945 roku tylko na Śląsku mieszkało około 4 milionów 700 tysięcy osób). Brutalność zwycięzców ze wschodu w bliskim Strzegomiu przeraziła wszystkich. Z drugiej strony dochodziły  wieści o zniszczeniu Drezna (14 luty 1945). Bardziej nerwowi mieszkańcy Strugi i Lubomina też zaczęli szykować się do ucieczki.

    Powrót do początku strony


       „Naoczny świadek owych czasów, Polak, lekarz wrocławski, w następujących słowach opisał wygląd ówczesnej kolumny ewakuacyjnej:

       „Zmęczone konie wlokły się z opuszczonymi łbami, powoli, jak w kondukcie pogrzebowym. Na wozach widziałeś całą nędzę plemienia ludzkiego, które straciło dom, jadąc nie wiedząc dokąd, nie wiedząc, gdzie znajdzie dach nad głową na zbliżającą się noc. Wozy zapchane do ostatnich granic sprzętem domowym, skrzyniami, prymitywną żywnością, ziemniakami i suchym chlebem, z wierzchu pierzynami, kocami, płachtami. Na tym wszystkim otępiali ludzie, przeważnie kobiety z dziećmi. A mróz coraz ostrzejszy. Mężczyźni i starsze dzieci kroczą obok wozów, tu i ówdzie wlecze się za pojazdem kulejący koń zapasowy albo wychudły pies, dygocący z zimna, przyczepiony łańcuchem do drabiny. Nagle cała karawana zatrzymuje się, słychać słowa tłumionej niechęci, ciche przekleństwa: na zlodowaciałej jezdni poślizgnął się koń, upadł i złamał nogę. Zatrzymał cały pochód. Powoli znów ruszają naprzód, ku zachodowi. Mrok zapada, ale jeszcze długo w nocy słychać turkot coraz to nowych kolumn uciekinierów.”

       Trasy przejazdów kolumn ewakuacyjnych były ściśle wyznaczone. Nieraz jednak wymagały objazdów z powodu ruchu wojsk, minowania dróg, budowy zapór przeciwczołgowych, ostrzeliwań czy bombardowań. W sprzyjających warunkach kolumna potrafiła początkowo przebyć w ciągu jednego dnia nawet 45 km.
       Przemyślane plany ewakuacji przekreślała często twarda rzeczywistość. Ucieczka ludności przebiegała w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych. W drugiej połowie stycznia 1945 r., mrozy dochodziły często do 15 stopni, a nieraz termometr wskazywał więcej niż 20 stopni poniżej zera. Świszczący, silny wiatr miotał drobniusieńkim śniegiem, ostre i maleńkie kryształki cięły niemiłosiernie po twarzy. Później nadeszła odwilż. Padał drobny śnieg zmieszany z deszczem, zawisały mgły, w nocy powstawała gołoledź.

       W Sudetach spiętrzyła się rzeka wozów z uciekinierami. Na stromych górskich drogach dochodziło do zatorów. Wozy dniami i nocami oczekiwały na możliwość przejazdu. Prowadzone krowy i owce spędzano na pobocze, gdzie grzęzły w śniegu. Obładowane wozy nie mogły podjechać na śliskie wzniesienia. Kobiety rodziły na wozach, na wozach też marli ludzie. (…) Dworce, szczególnie większych miast, np. Wrocławia, a także i Jaworzyny oraz Świdnicy, zatłoczone były ludźmi, którzy zastraszeni chcieli jak najprędzej opuścić zagrożony teren, Matki z małymi dziećmi, kobiety w ciąży, starzy ludzie z trudem poruszający się o lasce, wśród nich duża gromada dzieci i młodszych kobiet – przez wiele godzin, a nawet dzień lub dwa na przejmującym zimnie musieli czekać aż podstawiono pociąg ewakuacyjny. Wtedy tłoczono się do niego, chociaż zabrać mógł tylko ograniczoną liczbę pasażerów. W potwornym tłoku, obładowane bagażami matki gubiły często swe dzieci, których więcej już nie odnajdywały. Wywoływano nazwiska tych dzieci przez megafony, podając szczegóły ubioru i wiek, lecz matka często się nie zgłaszała. Bywało też, że matki poszukiwały swych dzieci bezskutecznie.
       W tłoku na dworcach (…) wiele dzieci tratowano na śmierć lub zaduszano. Były też przypadki, że na dworcach rodziły przedwcześnie kobiety z przestrachu i podniecenia wywołanego ucieczką.

    Powrót do początku strony


       Szczególnie ciężkie warunki miały grupy ewakuowane pieszo, Nieprzejrzane szeregi kobiet i dzieci z wózkami dziecięcymi lub małymi wózkami ręcznymi przeciągały drogami, które pokrywał śnieg i lód. Małe wózki rozpadały się trafiwszy w zaspy i oblodzenia. Mienie trzeba było wtedy wlec dalej ręcznie, tak, że kolumny posuwały się wolno naprzód. W rowach na trasach ucieczki spotykało się porzucone bagaże, których uciekinierzy nie mogli dalej nieść. Niektórzy próbowali czepiać się wozów, ale woźnice ich odpędzali. Nierzadko punkty zborne dla ewakuowanych pieszo wyznaczano w wielkiej odległości od miejsca wymarszu. I tak niektórzy uciekinierzy z Wrocławia musieli pomaszerować około 50 km do Jaworzyny Śląskiej, aby tam wsiąść do pociągu. Inna grupa z Wrocławia mogła załadować na ciężarówkę tylko małe dzieci, matki natomiast z większymi dziećmi musiały przebyć pieszo długą drogę do Lubania odległego od Wrocławia o około 120 km. Również niektórzy uciekinierzy ze Świdnicy maszerowali około 25 km do Szczawienka i tam wsiadali do pociągu ewakuacyjnego (…)

       Szczególnie wśród tych, których ewakuowano pieszo i na otwartych pojazdach, śmierć zbierała obfite żniwo. Częste były przypadki zamarzania w drodze, głównie starców i dzieci. Trupy układano w przydrożnych rowach albo też wieziono na wozach do miejsca najbliższego postoju, aby je tam zostawić do pogrzebania, Specjalne oddziały tzw. Suchkommandos, usuwały trupy z rowów przydrożnych. Jeden z takich oddziałów zebrał pod Wrocławiem, być może w kierunku prowadzącym do Świdnicy, na stosunkowo krótkim odcinku drogi podobno ponad 400 zwłok dzieci i dorosłych.
       Wielu uciekinierów trafiało do miejsc postoju z zapaleniem płuc, z ciężkimi odmrożeniami i innymi chorobami nabytymi w drodze, Choroby te stawały się często przyczyną rychłego zgonu. Również warunki zakwaterowania w miejscach postoju uciekinierów często były ciężkie. W pierwszym rzędzie kwaterowano ich w szkołach i wszelkiego rodzaju salach, np. w salach kinowych, gdzie spali najczęściej na słomie rozścielonej na podłodze. Dla wielu jednak kwaterą stawała się lodowato zimna hala opuszczonej fabryki czy nawet stodoła. Tylko niektórych zakwaterowano w mieszkaniach, zagęszczając je nadmiernie.
       Miasta, przez które przepływały rzesze uciekinierów, wśród nich i Świdnica, Świebodzice, Wałbrzych (…) były często niesamowicie przeludnione (…) W skutek przeludnienia wykupywano nadmiernie żywność, zaznaczał się brak najniezbędniejszych artykułów, zwłaszcza chleba i ziemniaków. Ceny żywności na czarnym rynku osiągały nieprawdopodobne sumy, przekraczając nawet stokrotnie ceny oficjalne (…)
       Niektórzy uciekinierzy wracali nawet nielegalnie do miejsc stałego zamieszkania, jeśli miejsca te nie były za linią frontu. Starali się stamtąd wywieźć zapasy żywności, odzież, pościel i inne mienie, którego nie zdążyli zabrać w czasie nagłej ewakuacji.”

    Rafał Wietrzyński - Świebodzice Miasto w cieniu swastyki Str. 62-65, Świebodzice 2012

    Powrót do początku strony

       13 lutego 1945 r. do Strzegomia wkroczyły wojska radzieckie, dokonując rabunków i gwałtów. Między 9 a 11 marca, po zaciekłych walkach Niemcy odbili miasto, zawdzięczając to m.in. omyłkowemu zbombardowaniu na Wzgórzach Jaroszowskich przez lotnictwo radzieckie własnych oddziałów idących na odsiecz okrążonym przez Niemców w Strzegomiu czerwonoarmistom. Wzięci do niewoli przez Niemców żołnierze Armii Czerwonej zostali w okrutny sposób wymordowani w Strzegomiu przez SS, w odwecie za dokonywane na Niemcach gwałty i rabunki. W rezultacie działań wojennych około 60% zabudowy Strzegomia legło w gruzach. Rosjanie wkroczyli ostatecznie do Strzegomia dopiero 7 maja 1945 r. (Wikipedia)

       Rosjan z resztą, bardziej interesował Wrocław i Berlin. Rosjanie przyjęli taktykę, którą umożliwiała im sporą przewagę tak w sprzęcie, jak i w ludziach. Nie wdawali się w ciężkie boje i przewlekłe walki, silniejsze zgrupowania przeciwnika okrążano prąc dalej na zachód i licząc na ich poddanie się, wynikające z beznadziejnej sytuacji, bądź powolną likwidację w późniejszym terminie. Tak stało się w wypadku Wałbrzycha i naszych okolic.
     
      Przedłużająca się agonia III Rzeszy i zbliżająca się zagłada, budziła przerażenie i chęć ucieczki – ale nie było dokąd uciekać. Ponadto pomimo ostrej zimy, życie na wsi było dużo bezpieczniejsze. Struga czy Lubomin to przecież nie Świdnica, Wałbrzych czy Wrocław. Tutaj było co jeść, w domu było ciepło – tutaj była cała ich Ojcowizna, tutaj na Cmentarzach spoczywali ich Przodkowie – dlatego zostali.

    WYZWOLENIE

    Powrót do początku strony

       Do Wałbrzycha żołnierze Armii Radzieckiej wkroczyli późno, dopiero 8 maja 1945 roku, czyli w tym samym czasie, kiedy najpierw w Reims, a następnie w kilka godzin później w Karlshorst, na przedmieściu Berlina, podpisana została kapitulacja Niemiec.

       Paradoksem, graniczącym z cudem jest, że kiedy Wrocław zamieniono w morze ruin, na Wałbrzych nie spadła ani jedna bomba, ani jeden pocisk artyleryjski. Choć miasto nie było bombardowane w mieście wybudowano liczne schrony. Także zwykłe piwnice zaadaptowane były na ukrycia, obłożone workami z piaskiem, stropy wzmacniane były stemplowaniem. Baterie obrony przeciwlotniczej ustawione na wzgórzach nie miały wiele pracy - samoloty bombardowały inne cele, takie jak węzeł kolejowy w Jaworzynie Śląskiej czy też Świdnicę.

       Wałbrzych, mimo że nie był miastem garnizonowym, to jednak pod koniec wojny zapełnił się licznymi oddziałami Wehrmachtu i SS, które wycofywały się ze wschodu. Przez jakiś czas w Szczawnie Zdroju stacjonował nawet sztab armii feldmarszałka Ferdinanda Schörnera. Na cele wojskowe (koszary, lazarety) zamienione zostały budynki szkół przy alei Wyzwolenia, na Nowym Mieście i na Starym Zdroju. Na Psim Polu zaadaptowano budynek dawnej Landwehry, na Gaju stacjonowało wojsko i SS będące zapleczem tamtejszej filii KL Gross-Rosen.

       Wałbrzych był też w tym czasie schronieniem dla rzeszy uciekinierów z całego Dolnego Śląska, a zwłaszcza z Wrocławia, którzy liczyli na to, że Rosjanie tu nie dotrą.

       7 maja, dzień przed wkroczeniem do Wałbrzycha Armii Czerwonej przeciągają przez miasto od strony Świebodzic i Świdnicy całe kolumny żołnierzy kierujących się do Czech. Z wojskiem uciekają działacze NSDAP, opuszczony zostaje gmach partii - obecna Szkoła Podstawowa nr 28.

       Z rozkazu feldmarszałka Schörnera, w parku powyżej II Liceum wykonano wyroki śmierci na żołnierzach, którzy nie chcieli walczyć. Wzdłuż ważniejszych dróg w mieście przygotowano stanowiska polowe. Stanowiska karabinów przygotowane były na strychach wysokich budynków użyteczności publicznej (m.in. w budynku przy ulicy Słowackiego 20).

       Nad Świebodzicami w Pełcznicy jeszcze do 5 maja młodzież z Hitlerjugend budowała okopy. Podobne stanowiska przygotowano w okolicach Zamku Książ, w Lubiechowie, Szczawienku, na Wzgórzu Giedymina, w Parku Sobieskiego oraz przy ul. Świdnickiej.
    Cytat z "Po pracy" - Blog E. Knapczyka


    gen. mjr. Johannes Krause   Wśród postaci które zapisały się na smutnych kartach II Wojny, był urodzony w Adelsbachu (6 kwietnia 1893 r.) - generał major Johannes Krause. W dniu 25 września 1944 roku został mianowany komendantem "Festung Breslau" i piastował to stanowisko do 2 lutego 1945 roku. Jeszcze w grudniu 1944 roku Krause zwrócił się do Karla Hankego z propozycją ewakuowania ok. 200 tys. osób z pośród cywilnych mieszkańców Wrocławia. Gauleiter nie zgodził się. W dniu 31 stycznia Krause zachorował na zapalenie płuc i to stało się, jak można się domyśleć, długo oczekiwanym powodem  dokonania zmiany na tym stanowisku. Zastąpił go pułkownik von Ahlfen.

       Swoją karierę wojskową rozpoczął jako chorąży w 1913 r.  Powrócił szczęśliwie z Wielkiej Wojny. Jego zdjęcie można znaleźć na pamiątkowym Tablo Weteranów. W 1939 roku Krause dowodził 29 pułkiem artylerii lekkiej a później piastował jedynie stanowiska sztabowe na tyłach frontu i nie miał doświadczenia frontowego co w ocenie dowódców, dyskredytowało go na stanowisku komendanta twierdzy.

       Przeniesiony do rezerwy 15 lutego, został wzięty do niewoli przez aliantów 8 maja 1948 roku. Wypuszczono go w czerwcu 1947 roku i od tego czasu mieszkał w Krefeld (Nadrenia Północna-Westfalia), gdzie zmarł w wieku 84 lat zmarł (15 lutego 1978). Krause został pochowany na cmentarzu w Krefeld,. Spoczął niedaleko grobów trzech innych generałów II wojny światowej: Eduarda Klutmann Edgara Feuchtinger i  generała Waffen SS  - Bernarda Wünnenberga. Jego nagrobek został wkrótce usunięty.

    Powrót do początku strony

    ***

    CZASY WSPÓŁCZESNE

    Herb Narodowy    Piszącemu te słowa, nie jest znana dokładna historia miejscowości w czasie II Wojny Światowej, ani też przez kolejne dziesięciolecia. Zacząłem tutaj pracę już w XXI wieku i w ciągu tych dziesięciu lat, nie zebrałem zbyt wielu informacji, które mogły by zainteresować czytelnika.

      Pierwsi Osadnicy zaczęli napływać już w 1945 roku (na pewno, niektórzy  osiedlili się tutaj w październiku).Niemcy w dużej mierze pozostali w swoich domach, tak więc w wielu domach mieszkały równocześnie po dwie rodziny: Niemcy i Polacy.

       W lipcu 1945 roku, nowe władze wojskowe wydały rozkaz wysiedlenia Niemców dla Szczawna (prawdopodobnie także dla okolicznych wiosek). Rozkaz był całkowicie nie przemyślany i tragiczny w skutkach. Niemcy przyzwyczajeni do praworządności i słuchania poleceń władz, wiedzieli że nie ma już odwołania – trzeba było porzucić wszystko, dorobek całego życia, ukochany Dom Rodzinny, swoją Ojczyznę.

       Pochylając się nad starymi grobami w Lubominie, wyobrażam sobie czasami, co musiało się tam dziać w czerwcu i w lipcu 1945 roku. Szczególnie mam w pamięci mogiłę młodziutkiej śp. Gieselotty Langer która zmarła 17 kwietnia 1945 roku (miała 20 lat) – jak musieli rozpaczać Jej Rodzice, wiedząc że muszą wyjechać stąd na zawsze. Przecież na Cmentarzu w Strudze i w Lubominie, musieli zostać ich Rodzice, Rodzeństwo, Dzieci - straszny czas! Boże zachowaj nas od wojny!

       Wydany z dnia na dzień - głupi rozkaz Komendanta Odcinka - Zinkowskiego, nigdy nie został zrealizowany. Na Niemców nie czekał na Stacji Bad Salzbrunn żaden pociąg. Nie potrzebne były ludzkie łzy, strach i cierpienia. Pierwsze poważne wysiedlenia nastąpiły dopiero za rok, a ostatnie dotyczące niemieckich górników – po 5 czy 8 latach.

       Współżycie z Polaków z Niemcami układało się całkiem znośnie. Ludzie żyli razem, pracowali wspólnie i cierpieli powojenna biedę. Dzieci nie wiadomo kiedy nauczyły się niemieckiego – dogadywali się. Niemcy - na ile to możliwe próbowali żyć po dawnemu.

       Wielkim wspólnym utrapieniem, był oddział Armii Radzieckiej stacjonujący w Strudze przez półtorej roku – w Pałacu. Nie wiem jak duża była to grupa ludzi – może pluton, może dwa. W soboty schodzili w Browarze „na Poczcie” – na potańcówki. Na co dzień jednak nudzili się strasznie - no i pili na umór.  Byli postrachem niemieckiej ludności, okradali ich bez miłosierdzia – często grożąc użyciem broni (na oczach polaków). Pani Maria Bielawska zapamiętała rosyjskie powiedzenie: „Boże, Boże – co to za kraj? Wszędzie miasta i miasta, a nigdzie żadnej wioski.”

       Pierwszymi Osadnikami w Strudze były Rodziny: Karola i Anny Stec z ośmiorgiem Dzieci, Wociech i Antonina Owsianka,  Rodzina Państwa Paciorek, Rodzina Państwa Żałobka, Rodzina Państwa Skraba,  Stanisław i Władysław Zawadzccy, Rodzina Państwa Miernik.

    Powrót do początku strony

       W odróżnieniu od sąsiednich Starych Bogaczowic, w Strudze osiedlili się Polacy z różnych części kraju. Przyjechali tu Kresowiacy, Wielkopolanie, Górale, Mieszkańcy Małopolski, Ukrainy, Francuzi, Grecy, Żydzi, Cyganie.

       Ponieważ Wojna nie zniszczyła Miejscowości, a uchodzący Niemcy pozostawiali domostwa kompletnie wyposażone – można było tu zaczynać życie w komfortowych warunkach. Inna sprawa, jak musieli się czuć Niemcy, którzy zostawiali dorobek całego życia idąc zupełnie w nieznane, z kilkoma walizkami niezbędnych rzeczy, do zniszczonego i przeludnionego kraju, który był dla nich obcy?

        W domach pozostało wszystko co potrzebne do życia: meble, naczynia, pełne szafy, dywany, obrazy, narzędzia, sprzęt rolniczy, pamiątki i bibeloty. Po dziś dzień, leżą one w niektórych domach, tak jak leżały 9 maja 1945 roku.

    ***

        Ludzie znaleźli pracę na roli, w górnictwie, przemyśle, fabrykach porcelany. Nie wiem kiedy, ale powstało tu Państwowe Gospodarstwo Rolne (PGR) i tam, wielu przepracowało dziesięciolecia. PGR dawał pracę, wikt i opierunek – dla wielu stał się sposobem na życie. Kiedy w 1990 roku Polska odzyskała pełną niepodległość i stała się krajem w pełni demokratycznym, to uzależnienie od PGR, przyniosło wielu rodzinom katastrofalne skutki. Ponieważ były to gospodarstwa zupełnie nie rentowne, szybko upadły.15 Czasem pracowały tam całe rodziny jak mówi popularne powiedzenie „światek, piątek i niedziela”. Zakład dawał im mieszkanie, deputaty (chyba też i węgiel). PGR ich żywił. Po zapaści to wszystko się skończyło, urwało ... . Wielu z naszych doskonale poradziło sobie po tym krachu. Żyją tutaj, modlą się i pracują – nie wzdychając za gumofilcami i wyrzucaniem obornika. Zostały jednak rodziny, które do tej pory nie stanęły na nogi.

        Do zubożenia miejscowości przyczynił się także upadek przemysłu górniczego w Wałbrzychu. Scenariusz był zapewne podobny, ale z tymi wszystkimi różnicami, jakie niesie odmienny charakter pracy.

       Nie mam tego na papierze, ale było tak prawdopodobnie, że przez dziesięciolecia, mieszkańcy małych miejscowości na Dolnym Śląsku żyli pod presja doktryny „że Niemcy tu wrócą”. Jak wspomniałem nie jest to udokumentowane, ale było to bardzo silne przeczucie w świadomości społecznej. Dla wielu oznaczało to, ze nie warto jest inwestować w domy, zagrody i obejścia, bo „Niemcy tu ...”. Jak myślę przyczyniło się to do degradacji Strugi.

       Inna sprawa, że do roku 1990, zdobycie cegły, cementu, dachówki, kawałka rurki – było bardzo trudne. Remontowanie, odnawianie czy zbudowanie czegoś nowego, było więc nie lada osiągnięciem. A lata mijały. Chłopiec czy dziewczyna, którzy osiedlili się tu w 1947 roku i miał 20 lat, miał w roku 1990 - lat 65. Wtedy trudno jest remontować dom, który ma 15 pomieszczeń i 250 m2. Dodajmy też, że praca na roli i w trudnych warunkach przemysłu górniczego, pozostawiła wyraźny ślad na zdrowiu i siłach moich Parafian.

    Tarcza SzkolnaSzkoła Podstawowa w Strudze Powrót do początku strony

       Wielki wpływ na życie kulturalne i społeczne, miała  i ma nadal, Szkoła Podstawowa w Strudze. Placówka istnieje nieprzerwanie od 1948 roku, albo i wcześniej. Z resztą odziedziczyła po naszych Starszych Braciach Niemcach, także i budynek szkoły.

       Od strony administracyjnej przechodziła różne koleje losu. Na pewno, najdłużej była to placówka samodzielna, z własnym zapleczem, kierownictwem i Gronem Pedagogicznym.

       Notatka w Kronice Szkolnej z 1 września 1994.

    Grono Pedagogiczne

    Dyrektor Szkoły - p. mgr Anetta Kurczyńska

    Wychowawcy

    kl. 0 - p. mgr Małgorzata Kukuć
    kl. I - p. mgr Aleksandra Muszalska
    kl. II - p. Krystyna Świętalska
    kl. III - p. Elżbieta Bukalska
    kl. IV - p. mgr Ryszard Dzieło
    kl. V - p. mgr Małgorzata Gałązka
    kl. VI - p. mgr Anetta Kurczyńska
    kl. VII - p. mgr Edward Kozłowicz
    kl. VIII -  p. mgr Grażyna Bajon

       Później - już w Trzeciej Rzeczpospolitej stała się filią Szkoły w Lubominie.

       Notatka w Kronice Szkolnej z września 1995 roku:>Powrót do początku strony

    W tym roku szkolnym uczymy się inaczej.
    W wyniku reorganizacji, której absolutnie nie rozumiemy, szkoła nasza stała się punktem filialnym Szkoły Podstawowej w Lubominie. Do Pani Dyrektor mamy mówić pani kierownik a lekcje mamy w klasach łączonych. Cieszymy się jednak z tego, że jesteśmy u siebie w Strudze, a nie musimy dojeżdżać do Lubomina

    Dyrektor Szkoły - p. mgr Anetta Kurczyńska

    Wychowawcy
    kl. 0 - p. p. Elżbieta Bukalska
    kl. I - p. mgr Anetta Kurczyńska
    kl. II  i III - p. Krystyna Świętalska
    kl. IV i V  - p. mgr Grażyna Bajon
    kl. VI i VII - p. mgr Małgorzata Gałązka
    kl. VIII -  p. mgr Edward Kozłowicz

       Do tej pory - jak rozumiem - była to pełna szkoła ośmioklasowa. Ponieważ w następnych latach zmniejszała się coraz bardziej liczba Dzieci na wsi, szkoła szarpana wyżami i niżami demograficznymi i kolejnymi reformami szkolnictwa, coraz bardziej szczuplała, aż we wrześniu 2001 roku Dzieci w Kronice zapisały takie słowa:

       Notatka w Kronice Szkolnej z 3 września 2001 roku:

    Niestety zostały tylko trzy oddziały:

    0 - I - Krystyna Świętalska
    II - Elżbieta Bukalska
    III - Alicja Winiarska

    Było smutno i pusto

       Również chyba w tym samym czasie Szkoła Podstawowa w Strudze, stała się filią "Zespołu Szkół Stare Bogaczowice - Szkoła Podstawowa i Publiczne Gimnazjum" - czy jak to tam się nazywa. Zapewne takich zmian było jeszcze więcej - w końcu to jest 65 istnienia. Jednak przez większą część tego czasu, Placówka cieszyła się stabilnością. Także pod względem kadry nauczycielskiej.

      Najdłużej pracował, albo inaczej - najbardziej znaną postacią był śp. Józef Filuś (zmarł opatrzony Sakramentami Świętymi, 2 września 2007 - czyli w przeddzień rozpoczęcia nowego roku szkolnego). Przez długie lata był "kierownikiem" Szkoły, nauczycielem, wychowawcą. Wraz z małżonką mieszkał w tym samym budynku - był jego dobrym duchem. Co ciekawe, w Kronice Szkolnej nigdzie nie pada Jego nazwisko - jak tylko, nielubiane dzisiaj słowo "Kierownik".
     
       Pan Józef przybył na Dolny Śląsk tuż po II Wojnie Światowej. Pochodził z Nowego Sącza, ale pracę nauczyciela rozpoczął w Chwaliszowie - z tzw. "nakazu pracy". Pracował tam króciutko - rok, może dwa. Później przeniesiono Go do Szkoły w Strudze, gdzie pracował do emerytury, i pozostał aż do śmierci.
      
       Wbrew pozorom, prowadził tu zwyczajne wiejskie życie, miał wielu przyjaciół i znajomych. Chociaż był "góralem" nie odziedziczył typowej dla nich twardości i ostrości charakteru. Jak to za chwilę ktoś powie, był człowiekiem gołębiego serca. Z milczenia moich Parafian wnioskuję, że uczniowie bardzo często tej łagodności nadużywali.
      
       Ponieważ mieszkali wraz z żoną w budynku szkolnym, a Pani Maria, nie miała łatwego charakteru - chyba prowadziło to niesnasek w gronie nauczycieli.

       Wiem, że nie mam podstaw, aby opisywać pracy Pana Józefa - znam tylko kilka anegdot, sam spotkałem Go jako starszego uśmiechniętego pana - emeryta. Czuję jednak wewnętrznie (ale też po lekturze Kroniki) - że był to ktoś bardzo ważny dla naszej Wspólnoty. Gdyby ktoś z uczniów chciał napisać o nim kilka słów - byłbym bardzo wdzięczny.

       Po napisaniu tych słów, otrzymałem od jednej z uczennic, takie krótkie Świadectwo:Powrót do początku strony

        W 1971 roku rozpoczęłam naukę jako uczennica kl. I Szkoły Podstawowej w Strudze. Wówczas placówka była jeszcze 8 klasową szkołą. Popołudniami odbywały się zajęcia wieczorowej szkoły rolniczej.

       Już wtedy p. Józef Filuś był kierownikiem szkoły. Wychowawcą naszej klasy I, liczącej ok. 20 uczniów była p. Genowefa Koropczuk.

       W naszym roku szkolnym 1972/73 po przeprowadzonej reorganizacji szkół, Szkoła Podstawowa w Strudze była szkołą 4-klasową.

       Uczniowie klas V, VI, VII, i VIII dojeżdżali autobusem szkolnym do Szkoły podstawowej nr 2 w Szczawnie - Zdroju (przez 1 rok). W kolejnych latach do SP nr 1 w Szczawnie.

       Od roku 1972/73 zajęcia lekcyjne w Szkole w Strudze odbywały się w klasach łączonych. Pamiętam łączenie mojego rocznika z rocznikiem wyższym, czyli kl. II z kl. III. Naszym wychowawcą był wtedy pan Ignacy Tokarski. W szkole pracowało dwóch nauczycieli: pan Tokarski i pan Filuś.

       (Na religię uczęszczaliśmy do kaplicy przed Kościołem. Uczyła nas siostra Herubina ze Szczawna - Zdroju. Ona również przygotowywała nas do I Komunii Świętej, która ja i Ania Wiak przyjęłyśmy w klasie II, w czerwcu 1973 roku. Siostra była osobą niezwykle ciepłą, dobrą. Tak pięknie opowiadała nam o Panu Bogu, że do dzisiaj mam w pamięci Jej słowa.)

       W kl. III i IV wychowawcą był Józef Filuś. Pana kierownika wspominam jako człowieka zawsze eleganckiego (na zajęcia przychodził ubrany w garnitur). Wspaniały nauczyciel, kształtujący w nas uczniach, szacunek do drugiego człowieka, wrażliwość, wyrozumiałość, koleżeńskość. Wpajał nam zasady kulturalnego zachowania się w miejscach publicznych oraz wykorzystywania zwrotów grzecznościowych.

       Rozwijał w nas zainteresowania czytelnicze jak i rozbudzał umiłowanie do Ojczyzny, do otaczającej nas przyrody stosując różnorodne metody i formy pracy.

       Miał czas dla każdego z nas, rozmawiał, tłumaczył, śmiał się, a jak trzeba było to i zganił. Pamiętam jak zorganizował dla uczniów wyjazd do kina GDK w Wałbrzychu (Górniczy Dom Kultury) na film pt. "W Pustyni i w Puszczy". Było to dla nas Dzieci niesamowite przeżycie.

    Elżbieta Bukalska

       Już w samym swoim założeniu, wiejska szkoła - jest swoistym centrum kulturalnym - kuźnią pomysłów, wszelkiej aktywności. Patrząc w zapiski z kronik widać, że pomysłów i werwy Dzieciom i Profesorom nie brakowało. Zapiski roją się od imprez, festynów, ognisk, koncertów, wycieczek czy konkursów. Z wielką galą urządzano przez lata "Wybory Miss Piękności". Dzieciaki brały udział w konkursach plastycznych, recytatorskich, często występowały z Zespołem "Biedronki" prowadzonym przez Panią Alicję Winiarską - i zdobywały nagrody. Są ślady po licznej korespondencji z audycjami radiowymi i telewizyjnymi. Dzieci wreszcie odbudowywały "Zamek Królewski w Warszawie". Poniżej zamieściliśmy opis dwóch imprez - proszę przeczytać uważnie, może Sami Państwo tam gdzieś się odnajdziecie:

       Notatka w Kronice Szkolnej z 14 stycznia 1972 roku:>Powrót do początku strony

       Ogniskiem, które zatytułowaliśmy "Zawsze z Partią" chcemy uczcić 30-lecie narodzin Polskiej Partii Robotniczej.  Naszej Ojczyźnie w której dziś żyjemy, uczymy się i pracujemy, Polsce Ludowej i naszej Partii, oddajemy nasze serca, myśli i  czyn, bo nie chcemy, by powtórzyły się tamte dni.

       Na ognisko, które przebiegało w żywej atmosferze zainteresowania zaprosiliśmy byłych członków PPR: tow. Józef Dziuba, Stanisław Pieczonka, którzy bardzo dokładnie i wyczerpująco omówili swoją działalność w PPR. Następnie przedstawiciele samorządu szkolnego i naszej drużyny  przedstawili montaż związany z rocznicą PPR. Po ognisku udaliśmy się na miejscowy cmentarz, gdzie uporządkowaliśmy grób tow. Piotra Kuźmy - działacza PPR, składając Mu pamięć "minutą ciszy".

       Następny zapis w Kronice Szkolnej z lutego 1972 roku:

       Punktualnie o godz. 15.00 dnia 30 stycznia anno domini 1972 przy dźwiękach muzyki zajęliśmy "stanowiska bojowe" na "sali tanecznej". Czyli w klasie 8 odpowiednio do zabawy przysposobionej. Wszystkich skorych i chętnych do zabawy powitał pan Kierownik i rozpoczęły się "góralskie tańce". Zabawy było co niemiara.

       W pewnej chwili niespodzianka. Zaproszono nas do pokoju pana Kierownika, gdzie … otrzymaliśmy paczki. Po powrocie na salę drużyna harcerska przedstawiła wodewil poświęcony bohaterom jak to mawiał sam Pan Zagłoba "panasienkiewiczowskich czytadeł". I znów tańce, śpiewy, których nie było końca. "Ja tam byłem Wino piłem i wesoło się bawiłem." Kto był tutaj nieobecny, niech żałuje i dla pocieszenia, przeczyta sobie tą notatkę.

    Kronikarz

       Z tego co rozumiem, przez całe lata szkoła funkcjonowała latem, jako schronisko PTSM. Schronisko  - i to często odwiedzane. Grupy turystów były liczne, od 10 do 30 osób. Najczęściej młodzież z opiekunami tylko tu nocowała, aby wyruszyć dalej, ale i tak trzeba było ich przyjąć, ugościć i nakarmić. Pamiątkowe wpisy zaczynają się w latach 70 ubiegłego stulecia i urywają w 1991 roku:

       Notatka w Kronice Szkolnej z 19 lipca 1976 roku:

       Obóz Wędrowny Ogniska Pracy Pozaszkolnej dziękuje Panu Kierownikowi za miłe przyjęcie i udostępnienie telewizora, tak potrzebnego w czasie trwania XXI Olimpiady.

    (Nie wiadomo skąd przybyli wędrowcy

       Notatka w Kronice Szkolnej z 4 lipca 1989 roku:

       Serdeczne słowa podziękowania dla szanownego Pana Kierownika Schroniska PTSM w Strudze za wspaniałą gościnę.

       Uczestnicy obozu wędrownego "Szlakiem Zamków Dolnośląskich" z Koła PTTK 233 "Wiślanie" w Krakowie.

       W nowszych czasach wędrowcy ze Starogardu Gdańskiego swoje podziękowanie rozpoczęli od pięknych słów Edwarda Stachury:

    Cudownie jest,
    Powietrze jest,
    Dwie ręce mam,
    Dwie nogi mam,
    W plecaku chleb,
    Do chleba ser,
    Do picia deszcz.

    StedPowrót do początku strony

       Dla czytelnika wydaje się, że zbyt wiele uwagi poświęcam marginalnej działalności Szkoły. Mam jednak ku temu powody. Otóż przez lata gościły tu ekipy z następujących miejscowości: Augustów, Benice, Białystok, Bydgoszcz, Chodzież, Cierpice k. Torunia, Dębica, Dresden - DDR, Dubiny, Frombork, Gdańsk, Giecz, Gliwice, Gniezno, Golczew, Gorzów, Grodzisk Wielkopolski, Grudziądz, Inowrocław, Jerzmanowo, Katowice, Kielce, Kobierzyce, Kolno, Koszalin, Kraków, Krasnybór, Ksawerów, Kwidzyn, Lublin, Łomża, Łódź, Meissen - DDR, Milanówek, Nałęczów, Niewiadów, Nowy Dwór Gdański, Olsztyn, Opole Lubelskie, Orchowo, Ostrołęka, Ostrowia Mazowiecka, Ostróda, Paczków, Piotrków Trybunalski, Polkowice, Popowo Kościelne, Poznań, Prudnik, Pruszków, Przasnysz, Przemyśl, Pyrzyce, Rokicin, Rybnik, Siedlce, Sieradz, Skarżysko, Skierniewice, Skomlin, Sokółka, Starogard Gdański, Stępów, Strzelin, Suwałki, Szamotuły, Szczecin, Śrem, Toruń, Ustka, Warszawa, Węgrów, Włocławek, Wodzisław Śląski, Wrocław, Zaborów, Zambrów, Zduńska Wola, Zgierz, Zgorzelec, Zielona Góra.

       I to są tylko te udokumentowane wpisy. Turystów z wielu miast goszczono tu wielokrotnie. Nie wiem, czy w Wenecji jest większy ruch! Rozumny Czytelnik zrozumie jaki to był wysiłek dla tego "Kierownika" - pana Józefa.

       Dzięki życzliwości Rodziny Państwa Pelc - Parafia otrzymała zdjęcia z Archiwum Rodzinnego Pana Józefa. Niektóre z nich można obejrzeć w Galerii.

       Nasze dzieci też miały tu swoje Koło PTTK. Na pewno istniało już w roku 1993. Najczęściej maluchy wędrowały po Dolnym Śląsku, ale bywały też wycieczki dłuższe - kilkudniowe. Z udokumentowanych znalazłem kilka które pozwolę sobie wynotować: Rudawy Janowickie, Trójgarb, Chełmiec, Kłodzko, Walim - Wielka Sowa, Międzygórze - Masyw Śnieżnika, Porost - okolice Koszalina, Góry Sowie, Kołobrzeg - 1996, Świnoujście - 1997, Praga - Czechy - 1993.

       Zwracano mi uwagę, że istniała u nas prężna organizacja Harcerska. Namawiam do opracowania tego tematu. Ja znalazłem tylko kilka zapisków, z których jeden wydaje mi się godny odnotowania

       Notatka w Kronice Szkolnej z września 1971 roku:

    Skład Samorządu Szkolnego w Roku Szkolnym 1971-1972

    Anna Nocek - przewodnicząca
    Wiesław Owsianko - z-ca
    Irena Jacyszyn - sekretarz
    Marek Kuźma - skarbnik
    Wiesław Owsianko - sekcja gosp.
    Andrzej Żukowski - sekcja sport.
    Henryk Nocek - redaktor gazetki

    62 WDH

    Ignacy Tokarski - drużynowy
    Marek Kuźma - zastępowy
    Anna Nocek - zastępowa
    Andrzej Żukowski  - zastępowy


    ***

       Piszący te słowa kapłan, zna już tylko w Szkołę malutką, filialną. Nadal czynną na wielu polach. Szkołę taką jak w Bullerbyn. Gdyby nam jej zabrakło, byłaby tu pustynia.>Powrót do początku strony



    ***

        W 1979 roku nakręcano w Strudze zdjęcia do filmu wojennego „Droga daleka przed nami” według scenariusza i w reżyserii Władysława Ślesickiego. Z obsady aktorskiej, na pewno był w Strudze p. Tomasz Mędrzak (odtwórca roli Stasia w „W Pustyni i w Puszczy”). Film nie odniósł sukcesu. Jednak wizyta ekipy filmowej, była dla moich Parafian ogromnym wydarzeniem. Ponieważ potrzebowano wielu statystów, dla scen zbiorowych - wielu z naszych mogło stanąć przed kamerą. Stroje może nie były zbyt wyszukane (pasiaki, drelichy, mundury wojskowe), ale nasi wypadli dobrze. Za plenery służyło skrzyżowanie dróg przy moście - w centrum wioski, plac kościelny, część zdjęć zrealizowano na drodze do Starych Bogaczowic.

       W 2005 Struga znów miala szansę, aby stać się polskim "Hollywood". Późną jesienią nakręcano tu wiele scen do polskiego filmu "Komornik" w reżyserii Feliksa Falka. Film okazał się dosyć dobry - niestety smutny. Strugę wybrano za plener paskudnej pod wałbrzyskiej wioski i tak ją pokazano. A już zupełnie wstyd wspominać na dialogi - jakie aktorzy tu prowadzą.


    ***

    Takimi oto swoimi wnioskami, wypełniłem 710 lat historii mojej Strugi i Lubomina.
    Niech życzliwy czytelnik wybaczy, jeśli są błędne.
    Jest jeszcze dużo papieru i pamięci w komputerze,
    aby tą historię poprawić i uzupełnić.

    x. Zbigniew Bartosiewicz AD 2005 - 2015
    Proboszcz Parafii Rzymsko Katolickiej
    pw. Matki Bożej Bolesnej
    w Strudze

    UWAGI I PRZYPISY


    Powrót do początku strony

      * Autor skorzystał z następujących opracowań:

     1. Regionalny Ośrodek Studiów I Ochrony Środowiska Kulturowego We Wrocławiu "Studium Środowiska Kulturowego Gminy Stare Bogaczowice, Powiat Wałbrzyski, Woj. Dolnośląskie" Autor: Bogna Oszczanowska, Maria Boguszewicz, Donata Wiśniewska.

    2. Słownik Geografii Turystycznej Sudetów, Tom 10, Góry Wałbrzyskie, Pogórze Wałbrzyskie, Pogórze Bolkowskie. Pod Redakcją Marka Staffy. Wydawnictwo I-Bis 2005 (Str. 432-437)

    3. „Wiadomość o Katolickim Kościele i o losach Gminy Adelsbach od Roku 1539 do Roku 1776”. W tekście cytaty oznaczone są skrótem: Cyt. z WKKLA

    4. Chronik der Stadt Freiburg i. Schl. wyd. Urząd Miejski w Świebodzicach 2010

    5. Historia Targoszyna - Targoszyn 1335-2004 Andrzej Wojciech Przytulecki - Większa część rozdziału o życiu codziennym w Adelsbachu, jest interpolacją tego artykułu. Wykorzystano tu również art. Moniki Wójcik - Struktura Społeczno zawodowa ludności Parafii Stare Bogaczowice w świetle Ksiąg metrykalnych w końcu XVIII wieku, zawarty w VIII t. Studiów Zachodnich, Uniwersytetu Zielonogórskiego, Zielona Góra 2006, str.137-145

    6. Przy opisie czasów I Wojny Światowej, skorzystano z zarysu historycznego tego okresu: Janusz Adam Kujat "Pieniądz zastępczy w rejencji wrocławskiej w latach 1914-1924" Świebodzice 2012.

    7. Przy opisie czasów II Wojny Światowej, skorzystano z: Rafał Wietrzyński - Świebodzice Miasto w cieniu swastyki. Świebodzice 2012 ISBN: 978-83-930401-07
    Powrót do początku strony
    1. Pono na południu miejscowości znajdowano karneol, krwawnik, minerał, który jest odmianą chalcedonu, kamień półszlachetny o barwie czerwonej lub brunatnoczerwonej wywołanej domieszką żelaza. Stosowany jest w jubilerstwie. Mówi się także, że w XIX wieku na północ od Strugi Dolnej w stronę Cisów tryskało źródło mineralne "Zeiskenpflutze" dość wówczas cenione.

    2. W latach czterdziestych XIX wieku, kronikarz pisał: „Jeżeli wspominamy teraźniejszość, to musimy się bardzo uskarżyć, że dochodowy obrót z tkactwa wyrobów lnianych i bawełnianych już wcale nie istnieje i że tkactwo jedynie tylko w bardzo nikłym stopniu jest w stanie wyżywić. Przędzenie lnu traktowane dawniej przez wieśniaka jako zatrudnienie i zarobek poboczny, które dawało zatrudnienie ubogim, i tym samym często osiągany dobry zarobek, obecnie już tylko w bardzo małym stopniu istnieje i jego zyskowność zupełnie ustała. Sztuka najlepszych lnianych nici kosztuje obecnie tylko 7 srebrnych groszy. Co się tyczy 1846 roku to oczekujemy tegorocznej zimy z wielkim niepokojem. Zboże obrodziło bardzo skąpo z powodu wielkiej suszy lub braku deszczu, a ziemniaki prawie zupełnie się nie udały.

    Jednak Pan Bóg Wszechmocny, Wszechmądry może przecież wszystko zmienić na dobro, w swojej Boskiej mocy twórczej potrafi zawsze jeszcze, tak jak dotąd się to często zdarzało, z niewielkiej ilości zrobić dużo, a z rzecz zdawałoby się niemożliwych zrobić możliwe. Jemu chcemy więc zaufać, bo On nas nie opuści, ani nie zawiedzie"
    . Cyt. z WKKLA


    3. W roku 1785 był kościół katolicki, plebania, szkoła, zamek, 2 folwarki, a mieszkało tam 20 kmieci, 14 zagrodników i 69 chałupników. Dominium miało wówczas prawo do prowadzenia browaru, solarni, rzeźni i piekarni, mogło także zatrudniać szewców, krawców i felczerów. Po 1760 roku we wsi rozwijało się płóciennictwo.

    4. Prawdopodobnie jego epitafium zostało umieszczone po lewej stronie Ołtarza w kościele stróżańskim. Przy nikłej wiedzy historycznej piszącego te słowa – trudno to sprawdzić – a przecież on sam umieścił tam, ten nagrobek.

    5. Małżonek kazał umieścić na nagrobku takie słowa:

    „Ja Hans von Haugevitz z Kalden Bartchen i Schehitz, kazałem przygotować to epitafium, spoczywającej w Bogu, miłej mojemu sercu żonie.
           Roku Pańskiego 1603, 13 grudnia, odeszła do Boga w wieku 38 lat, wielce cnotliwa Pani Magdalena z domu Retschin, z Arensdorfu, w hrabstwie Kloytz, Żona szlachetnego Pana Hansa von Haugewitz z Kalden Bartchen i Schehitz (...) "Lecz ja wiem: Wybawca mój żyje, na ziemi wystąpi jako ostatni. Potem me szczątki skórą odzieje, i ciałem swym Boga zobaczę." (Księga Hioba 19,25-26)

    6. Wedle orientacyjnych wyliczeń, Rodzina Von Czetritz gospodarzyła w Strudze przez prawie 300 lat.Powrót do początku strony

    7. W 1726 r. obciążenia podatkowe majątku w Strudze Dolnej szacowano na 1.036 talarów a chłopów na 1.036 talarów, natomiast z Strugi Górnej, odpowiednio na 158 i 279 tal.

    8. Cyt. z WKKLA: „Z roku 1737 przytaczamy celem upamiętnienia nędzny stan okoliczności ówczesnego okresu. Bieda owego roku była wśród przeważającej liczby mieszkańców z powodu drożyzny tak wielka, że zaledwie mogli się przed głodem bronić, ponadto w tym samym czasie trudno było nabyć żywność, każdemu brakowało pieniędzy.
    Choroby ludzi, gdy chodzi o rwanie, reumatyzm, rżnięcie i bóle głowy były też bardzo rozpowszechnione, tak że na skutek chorób godnych politowania zmarło dużo ludzi.”
    „Roku 1742 dał król zezwolenie na budowę ewangelickich domów modlitwy i szkół. Roku 1742 został wyznaczony pierwszy ewangelicki nauczyciel - Gotfryd Frey pochodzący z powiatu oławskiego dla obydwu gmin Górny i Dolny Adelsbach.

    9. Cyt. z WKKLA:„Roku 1746 w styczniu wybuchł pożar w Górnym Adelsbach w zabudowaniu pewnego robotnika pańszczyźnianego.

    Roku 1755 7 czerwca rano o 2-giej godzinie spłonęła całkowicie od uderzenia pioruna wieża kościoła, przy tym stopiły się w ogniu trzy znajdujące się na wieży dzwony. Miało to miejsce za czasów dziedzica von Kluge, właściciela Górnego i Dolnego Adelsbach oraz 4 innych miejscowości.


    10. Cyt. z WKKLA: „Od 1776 roku do 1846 wybuchło kilka pożarów; szczególnie zasmucającym był pożar z 5 stycznia 1795 roku , który wybuchł o 12 godz. w dawnym warsztacie kowalskim nr domu 15 w Dolnej Strudze, gwałtowny wiatr powiększał ogień z nieopisaną szybkością od jednego do drugiego budynku. Pastwą płomieni padły ewangelicka i katolicka szkoła, 5 gospodarstw kmiecych, 3 gospodarstwa pańszczyźniane i 15 chałupniczych.

        1817 r. przed żniwami spaliło się znowu jedno gospodarstwo pańszczyźniane, a mianowicie dom nr 53 w Dolnej Strudze. Stało się to po południu o 3-ciej godzinie przy bezwietrznej pogodzie, dlatego ogień nie rozszerzył się dalej.


       1826 r. w niedzielę Laetare powstał ogień w gminie Lubomin, gdzie spaliły się dwa gospodarstwa kmiece w zachodniej części wsi, ogień rozszerzył się na skutek silnego wiatru aż do Górnej Strugi gdzie dom nr 4 padł pastwą płomieni.


        1830 r. 1 lutego około 5-tej popołudniu wybuchł pożar w dziedzicznym sołectwie w Dolnej Strudze spalił się dom mieszkalny, ocalała stodoła i stajnia.

    1836 r. 30 października wybuchł pożar w domu nr 32 w Dolnej Strudze, dom spalił się doszczętnie.

       1839 r. 20 kwietnia wybuchł w Górnej Strudze w karczmie w domu nr 1 ogień. Dom (wycużnika) gospodarza na dożywociu i stodoła spłonęły, jednak dom mieszkalny, szopa i Brandweinkueche pozostały nienaruszone.


    O WIELKIEJ WODZIE I DROŻYŹNIE. Powrót do początku strony

       Rok 1804 był rokiem smutnym. W maju nastała długotrwała pora deszczowa, bez słonecznej pogody, trwająca cztery tygodnie. Aż do 4 czerwca wezbrały wszystkie strumyki zamieniając się w strumienie, a rzeki i strumienie wystąpiły z brzegów i zalały dużo pól z ich uprawami.


       W wielu okolicach Śląska, zostały całe miejscowości zniszczone, domy zerwane, pola zupełnie zniszczone, ludzie potopili się i dużo bydła poginęło. Z długotrwałą deszczową pogodą związane było dokuczliwe zimno, które tak jak deszcze powodowało szkodliwe następstwa. Żyto nie mogło zakwitnąć wobec takiego zimna i przy wymłóceniu było bardzo mało ziarna np. z jednej kopy żyta otrzymano zaledwie dwa garnce ziarna. W okolicach równinnych żyto już przekwitnęło przed ową deszczową i zimną porą, dlatego trochę lepiej obrodziło. W terenie górzystym i w naszych okolicach żyto nie wyrosło wtedy jeszcze tak wysoko i dlatego, gdy deszcze ustały i słońce zaświeciło, mogło jeszcze zakwitnąć. Również i inne ziemiopłody zepsuły się na skutek wilgoci i zimna. Marne zbiory pól spowodowały, że cena zboża w 1804 podniosła się i stale wzrastała. W kwietniu 1805 roku cena pół korca wynosiła 8 talarów, ceny stale rosły, przed żniwami 1805 r. pół korca kosztowało 14 talarów. Na Morawach bieda była jeszcze większa, tam według ich pieniędzy za pół korca płacono 45 guldenów.”

    11. Wraz z mężem spoczeła na cmentarzu w Strudze, a córka tak opisała ich nagrobek:
    „Tu spoczywają razem, już bez duszy, doczesne ciała, :
    Naczelnika i Rycerza Króla w Prusiech
    Ernesta Christiana von Hohendorf z Waizdorfu, urodzonego 6 lipca 1721, zmarłego 24 kwietnia 1784.
    Jak też Jego żony Pani Charlotty Zofii Tugendreich von Lieres, urodzonej w Wilkowie koło Świdnicy, zmarłej 5 czerwca 1811 roku w Adelsbachu (...).
    Pomnik dziecięcego szacunku i miłości pozostawiony przez ich jedyną córkę, Panią Richthofen ze Strugi.”

    12. Opis Bitwy pod Strugą. Fragment Powieści "Popioły" (rozdz.42) Stefana Żeromskiego.Opowiadanie Wachmistrza Gajkosia
    Powrót do początku strony

    13. Cyt. z WKKLA „Przed rokiem 1825 były już dwa razy po kolei dobre żniwa i dlatego było wiele starych zapasów. Żniwa w 1825 roku wypadły jednak nadzwyczaj obficie i całe Niemcy i prawie cała Europa zebrały bogate żniwa ze względu na sprzyjającą pogodę, dlatego też nie było za granicą zapotrzebowania na zboże. Dlatego ceny zboża spadły bardzo nisko. W styczniu 1826 roku płacono najniższą cenę za pruski półkorzec:

    Pszenica - 29 srebrnych groszy

    żyto - 16 srebrnych groszy
    jęczmień - 12 srebrnych groszy
    owies - 10 srebrnych groszy” (...)

       „W ostatnim czasie pojawiły się dwa razy choroby zakaźne mianowicie w 1814 r. gorączka nerwowa przenoszona przez żołnierzy, w niektórych miejscowościach śmierć zabiła wielu ludzi. Także naszą miejscowość choroba ta nawiedziła i kilka osób zmarło z powodu niej. W domu pod nr 56 w Dolnej Strudze zmarli w przeciągu trzech tygodni na skutek tej choroby mąż i żona,


       W 1830 roku dotarła aż do nas z Azji przez Turcję i Polskę cholera. Wprawdzie objawy nie były tak poważne jak w jej ojczyźnie, mimo to zmarło jednak z powodu niej kilka milionów ludzi, Również w Strudze powaliła wielu na łoże, a 7 osób zmarło, w domu pod nr 35 zmarli mąż i żona w przeciągu 6 dni. Choroba ta nie dotarła jednak do Górnej Strugi


    14. Cyt. z WKKLA „W ostatni dzień targowy 27 października 1846 roku, gdy te zapisane wiadomości umieszczano (na dzwonnicy), cena zboża pruskiego półkorca wynosiła:

    pszenica - 2 talary 23 srebrne grosze 6 fenigów

    żyto - 2 talary 20  srebrnych groszy 6 fenigów
    jęczmień - 1 talar 20 srebrnych groszy 6 fenigów.

    15. Dużą część majątku PGR przejęła Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna „Przyszłość” w Starych Bogaczowicach. Tam też znaleźli zatrudnienie niektórzy dawni pracownicy PGR. Dzisiaj pracuje tam, zaledwie kilka osób ze Strugi.



    x. Zbigniew Bartosiewicz AD 2005 - 2013
    Proboszcz Parafii Rzymsko Katolickiej
    pw. Matki Bożej Bolesnej
    w Strudze 
    Powrót do początku strony

    Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus!