Niwa badań Naszej Ziemi
szeroka i niewyczerpana jak
morze i to nie pod jednym względem. Czy to artysta zechce ją przebywać
z ołówkiem i pędzlem, czy geolog, botanik lub rolnik, zechcą
eksploatować jej łono, czy historyk grzebać się po jej kurhanach,
archiwach, ruderach zamków i kościołach, czy badacz obyczajów zapuści
oko w masę plemion tu mieszkających, czy poeta zechce się zapomóc
pieśnią i podaniem - wszystkich czeka jeszcze u nas plon obfity,
któregośmy się zrazu ani domyślali, patrząc na skromne a potulne
oblicze naszej ziemi. Nie każdy zaiste chce i może czynić specjalne
studia; ale nikomu nie wolno, patrząc i słuchając, nie widzieć, nie
słyszeć i nie pojmować tego, co ma przed sobą. Wolno nie być głębokim
badaczem; ale pod karą haniebnego wstydu nie godzi się nie znać
zupełnie ziemi, na której mieszkamy, albo co gorsza znać lepiej kraje
obce niż własny.
Władysław
Syrokomla
"Wycieczki po Litwie w
promieniach od Wilna"
OPIS I DZIEJE MIEJSCOWOŚCI STRUGA i LUBOMIN
STRUGA - INFORMACJE OGÓLNE
PIERWSZE
WZMIANKI O STRUDZE
LUBOMIN - INFORMACJE OGÓLNE
PIERWSZE WZMIANKI O
LUBOMINIE
PRZYNALEŻNOŚĆ ADMINISTRACYJNA STRUGI I
LUBOMINA NA PRZESTRZENI WIEKÓW
RODZINA
CZETTRITZ
REFORMACJA
DZIEJE LUBOMINA W XVII WIEKU
DZIEJE
LUBOMINA W XVIII
WIEKU
DZIEJE
LUBOMINA W XIX WIEKU
DZIEJE
LUBOMINA W XX WIEKU
DZIEJE STRUGI
W XVIII WIEKU
DZIEJE
STRUGI W XIX WIEKU
DZIEJE
STRUGI W XX WIEKU
ŻYCIE CODZIENNE W ADELSBACHU I
LIBERSDORFIE
DWIE WOJNY ŚWIATOWE
WYZWOLENIE
CZASY WSPÓŁCZESNE
UWAGI I PRZYPISY
POŁOŻENIE STRUGI
Struga
jest wioską
położoną w dolinie rzeki Czyżynki (niem. Waldwasser, Zeis Bach) na
granicy Gór Wałbrzyskich i Pogórza Wałbrzyskiego. Ciągnie się na
długości około 6 km na wys. ok. 375 - 425 m, w malowniczej dolinie
ograniczonej od zachodu Węgielnikiem (niem. Engelsberg) i Strumycką
Górą w masywie Trójgarbu (niem. Sattelwald, Sattelberg) oraz Rudówką
(niem. Eisenberg, Rote Höhe) od zachodu a od wschodu Sasem (niem.
Sachsberg) i Wzgórzem Ułańskim. Miejscowość łączy się bezpośrednio z
Lubominem (niem. Liebersdorf). Od południa graniczy ze Sczawnem Zdrój
(niem. Bad Salzbrunn) i Wałbrzychem, a od północy ze Starymi
Bogaczowicami (niem. Bad Alt-Reichenau).
MIESZKAŃCY
STRUGI
Na terenie Strugi
nie odkryto bogactw naturalnych.1
Od początku jednak, była to wieś
rolnicza. Chociaż gospodarzenie na okolicznych wzgórzach, nigdy nie
było łatwe. Dlatego wielu mieszkańców, szukało dla siebie innego
zatrudnienia w okolicznych miastach a także na miejscu, w rzemiośle –
zwłaszcza w tkactwie.2 Na
przestrzeni wieków, powstawały tutaj młyny,
karczmy, zajazdy, piekarnie.3
Wielu zatrudniało się u innych
gospodarzy, wielu pracowało w majątku u Dziedziców Strugi. Nie sposób
opisać tego wszystkiego, bo jeśli prawdą jest to, co mówią kronikarze,
że miejsce to tętniło życiem, już w roku 1290, to będzie to, do dziś
dnia - ponad 700 lat.
Dzisiaj, na terenie
Miejscowości mieszka około 400 Rodzin. Wedle danych urzędowych z roku
2005, społeczność Strugi stanowi 790 osób. W ciągu wieków Struga liczba
ta była różna: w roku 1785 - Struga liczyła 671 mieszkańców, w roku
1825 - wieś liczyła 449 osób, w roku 1941 - Struga liczyła 1.205
mieszkańców. W ostatnich dziesięcioleciach liczba ta wyraźnie malała.
Od początku XIX w.,
szczególnie w jego II połowie, Struga była popularnym letniskiem,
cieszyła się zainteresowaniem turystów podążających tędy do Cisów.
Często bywali tu kuracjusze ze Szczawna Zdroju, których zachwycało
położenie wsi i jej zabudowania. Wydaje się, że w ciągu ostatnich
pięciu lat, ta właściwość miejsca się powtarza. Co więcej, coraz
częściej zaczynają się tu osiedlać nowi mieszkańcy. Są ponoć plany, aby
na okolicznych wzgórzach powstały całe nowe osiedla – ale ... to tylko
pobożne życzenia.
NAZWA
MIEJSCOWOŚCI STRUGA
Po II Wojnie
Światowej, nadano miejscowości nową, skromną nazwę: nazwano ją STRUMYK.
Jednak już w 1947 roku, zmieniono ją na obecnie znaną nazwę STRUGA.
Trochę szkoda tej pierwszej, tym bardziej, że w całej Polsce niewiele
było miejsc o takiej nazwie (zaledwie jedna). Takich jednak zmian,
Struga przeżyła więcej. Ponieważ technika bez trudu pozwala, na
wymienienie wszystkich tych nazw, dla naszej więc wiedzy uczyńmy to:
Adellungesbach, Adlingsbach, Adelungisbach, Adlungisbach,
Adelungespach, Adelungsbach, Adelingisbach, Adlongisbach,
Adlugesgesbach, Adlugisbach, Adilsbach, Adesbach, Nieder - Adelsbach
oraz Ober – Adelsbach. Ta ostatnia nazwa ADELSBACH,
zostawiła
najgłębszy ślad w dokumentach. Jak podają źródła, nazwa ta miałaby
pochodzić od "słynnego niegdyś na tej ziemi rodu szlacheckiego von
Adelsbach".
POŁOŻENIE LUBOMINA
Lubomin
jest niewielka wioską (około
130 rodzin) położoną w Górach
Wałbrzyskich. Ciągnie się ok. 1,6 km wzdłuż górnego biegu Czyżynki
(niem.
Waldwasser,
Zeis Bach) w malowniczej dolinie pomiędzy szczytem
Trójgarbu (niem.
Sattelwald, Sattelberg) na północnym zachodzie i
Chełmcem
(niem. Hohwald, Berg
Hochwald) na południowym - wschodzie. Jej
zabudowania na wysokości około 430 - 520 m. podchodzą wzdłuż szosy Nr
376 (ze Szczawna Zdroju
do Czarnego Boru) pod szerokie siodło łączące
oba masywy. Za tym grzbietem znajdują się dawne kolonie Lubomina:
Lubominek (niem. Neu
Liebersdorf) i Chełmiec (obecnie
w granicach
Boguszowa - Gorców), Na północnym wschodzie zabudowania
Lubomina
sąsiadują z domami Strugi (niem.
Adelsbach). Na południu za grzbietem
znajduje się Jabłów (niem.
Gaablau). Od północnego wschodu nad wsią
wyrasta wzgórze Kamienista (niem.
Stein - Berg), a od północy
Modrzewiec (niem.
Lerchen-Berg) i Węgielnik (niem.
Engelsberg).
Wieś
leży na piaskowcach, zlepieńcach, szarogłazach, mułowcach i łupkach
ilastych, w XVIII próbowano eksploatować także pokłady węgla kamiennego
ale było to nie opłacalne. W okolicy był też pono kamieniołom
piaskowców. Ślady jednej i drugiej działalności zatarły się.
Być
może część elementów dekoracji kamiennych, pochodzi z tutejszych
wyrobisk. Nazwa wzgórza Węgielnik, prawdopodobnie też jest świadectwem
krótkiej historii górnictwa na tym terenie.
Lubomin należał do
1818 roku do dawnego okręgu bolkowsko-kamiennogórskiego, księstwa
świdnickiego, później został włączony do powiatu Kamienna Góra,
natomiast po reformie administracyjnej w 1934 roku został przyłączony
do powiatu wałbrzyskiego.
MIESZKAŃCY LUBOMINA
Chociaż magisterium
pisałem z historii Kościoła, nie jestem w tych rzeczach zbytnio biegły.
Właściwie nie wiem, kim byli nasi Starsi Bracia, którzy przed nami
tutaj mieszkali. Czy byli Niemcami, prusakami - nie wiem. W kronice
znalazłem taką wzmiankę: "W
latach 1758 i 1761 zmarła wielka liczba
ludzi w czasie panującej epidemii tu w okolicy i w ogóle na naszym
ukochanym Śląsku." Cyt.
z
WKKLA. Może tak …? Być może ktoś
bieglejszy w
tych sprawach nam pomoże.
Trochę wiemy o liczbie mieszkańców.
Najstarsze zapisy z 1785 roku mówią, że żyło tutaj 375 osób. Później ta
liczba stale rośnie, tak że na początku XX wieku osiąga liczbę 1110
mieszkańców. Po drugiej wojnie też mieszka tutaj prawie tysiąc osóbek.
Później wieś zaczęła się wyludniać - dzisiaj, wedle Urzędu Gminy w
Starych Bogaczowicach, liczy sobie 368 osób. Zapewne rodziny były
liczniejsze? I rzeczywiście, w domach które mogą pomieścić kilka
rodzin, mieszka dzisiaj dwie - trzy osoby.
Jak to zapewne będzie
jeszcze wspomniane, ludzie trudnili się tu rolnictwem - dzisiaj
prawdziwych rolników, jest może pięciu. Innym zatrudnienie dawał wielki
Wałbrzych. Co ciekawe, zapaść gospodarcza lat 90 dwudziestego wieku,
nie poczyniła tutaj, takich spustoszeń jak w Strudze. W ogóle,
porównanie obydwu miejscowości, bardzo korzystnie wypada na korzyść
Lubomina. Ale jak to w życiu bywa, właśnie z owych różnic, wynika
piękno i dobro.
PRZYNALEŻNOŚĆ
ADMINISTRACYJNA STRUGI I LUBOMINA NA PRZESTRZENI WIEKÓW
PIERWSZE WZMIANKI O LUBOMINIE
W
1305 roku, miejscowość Villa Lybrici została wymieniona w wykazie wsi
biskupstwa wrocławskiego Liber Fundationis Episcopatus Wratislaviensis
jako wieś z kościołem. W ciagu siedmiu wieków historii, nazwa ta
niewiele się zmieniła. W 1477 roku zanotowano nazwę Libersdorff (wieś
libera) i taką już pozostała do zakończenia II Wojny
Światowej. Przez
dwa lata później funkcjonowała nazwa Miłosna, ale szybko zamieniono ją
na znany nam LUBOMIN.
Jako się rzekło, początek miejscowości
wiąże się z Kościołem. Przypuszczam, że stał on, dokładnie w tym samym
miejscu, co obecnie. Tutaj też był miejscowy cmentarz.
Kiedy
reformacja i Ewangelicy byli większością, u końca XVI wieku, Kościół
Podwyższenia Krzyża Świętego, w naturalny sposób przeszedł w ich ręce.
Modlili się tu 1654 roku, kiedy to nastąpiła kasata (cokolwiek to
znaczy), i świątynia znów przeszła w ręce katolików.
Lata
przejściowe musiały być trudne, jeśli w sprawozdaniu z Wizytacji
Kościelnej z 1667 roku, nikt już nie pamięta pod jakim wezwaniem
wzniesiono Kościół.
PIERWSZE WZMIANKI O STRUDZE
Pierwszym
potwierdzonym źródłowo właścicielem Strugi był w 1290 roku rycerz
Heinman (Hans) de Adellungesbache, o którym źródła mówią, że był
obdarzany dużym szacunkiem na dworze księcia Henryka we Wrocławiu i w
Legnicy w 1294 roku. Heinman z Adelungesbach, pochodził z rodziny
Reichenbachów, niedaleko Tiefensee (pod Grodkowem). Przy dokumencie z
1322 r. zachowała się pieczęć Henryka (jest to inna forma imienia
Heinman) "dictus de Adelungesbach" z napisem w otoku: " + SG. HENRICI.
D. RICHEBHC"
W dokumentach Heinman występuje do 1324 r. Henryk V we
Wrocławiu 25 VI 1293 r. zaświadczył, że bracia Nałęczowoj i Leonard
sprzedali Heinmanowi z Adelungesbach, "nową wieś" ("Neundorf") i 34
łany ziemi w Grodkowskiem. Jako pan zamku Tiefensee, Heinman
gwarantował pokój z Henrykiem Głogowskim 6 V 1294 r.
W 1305 roku w "Liber
Fundationis Episcopatus Wratislaviensis"
(Księga Fundacji
Biskupstwa
Wrocławskiego), Struga jest wymieniona jako wieś z kościołem. Zaś w
dokumencie z 1376 roku (dokument dotyczył sporów kompetencyjnychna
Śląsku) został wymieniony Kardynał Johann zu St. Markus, biskup von
Sabina jako rector ecclesiae (opiekun Kościoła) w wielu Śląskich
miastach, w tym także, w
malutkim Adlungisbache .
W Roku Pańskim 1377 książę Bolko II udzielając
Świebodzicom praw miejskich, nadał temu miastu prawo zwierzchoności nad
wieloma okolicznymi miejscowościami, w tym także nad Adelsbachem. W tym
samym dokumencie Świebodzice otrzymały na ten teren, przywilej handlu
piwem. Ten przywilej Miasto utraciło na rzecz Strugi w 1651 roku - co
tamtejsi kronikarze odnotowali z wielkim smutkiem.
Od połowy XIV w.
wielokrotnie jako świadkowie w dokumentach występowali Franczko i
Gunter, piszący się jako ze Strugi, a w 1366 r. Heinrich von Busewitz,
który był tu sołtysem i właścicielem karczmy.
W 1377 roku
właścicielem wsi był rycerz Ulrich Schoff z Cisów, który wraz z żoną
Elisabeth oraz rycerzami - spadkobiercami majątku - Reincko, Ulrichem,
Rupertem i Peterem ufundował dla kościoła parafialnego ołtarz. Urlich
zmarł w 1450 r. w Strudze (pochowany został w ufundowanym przez siebie
kościele w Wałbrzychu).
RODZINA
CZETTRITZ
W
1382 r.
istniał w Strudze folwark, kościół i młyn. Wieś była już dużą
posiadłością rycerską. Ulrich i jego brat Heinz Schoff nie pozostawili
w linii męskiej spadkobierców, zatem Struga stała się lennem króla
czeskiego jako władcy księstwa świdnicko - jaworskiego, w którego
imieniu Hans von Colditz, 14 lutego 1453 roku, jako starosta księstwa
sprzedał majątek w Strudze wraz z innymi posiadłościami Hermannowi von
Czettritz z Książa.
W 1454 roku
właścicielami Strugi są synowie Hermanna - Georg i Hans. Majątkiem
bracia podzielili się w 1456 roku, spadkobiercą Strugi został Hans.
Zmarł w 1490 roku zapewne na zamku Chojnik, który odkupił od swojego
brata Georga. W Strudze nie mieszkała także wdowa po nim. Możliwe
zatem, że w latach 1470 - 1520 siedziba w Strudze pozostała
niezamieszkana.
Po śmierci
Hansa
majątek przeszedł na ośmiu jego synów, Struga w latach 1490 - 1493
stanowiła ich wspólną własność. Wówczas dobra w Nowym Dworze (Neues
Dorf) obejmowały Strugę, Lubomin, Cieszów z zamkiem, Mrowiny, Czarny
Bór i Jabłów. Sama Struga stała się wspólną własnością czterech braci:
Hansa, Friedricha, Siegmunda i Ulricha, który mieszkał w Nowym Dworze.
Siegmund
był pierwszym z rodu, który w Strudze zamieszkał (wzmianka z
1528 roku). Tutaj też zmarł bezpotomnie w 1541 roku, i na miejscowym
cmentarzu został pochowany. Pozostałą część ogromnego majątku przejął
Ulrich, który zmarł w Strudze w 1538 roku (Urlich von Czetritz był
szambelanem króla Węgier i Czech - Ludwika Jagiellończyka. Przypisuje
mu się odnalezienie
zwłok króla po bitwie pod Mohaczem w 1526 r.).
Majątek odziedziczył po Siegmundzie brat Georg i jego dzieci. Georg
zmarł w 1545 roku i został pochowany w kościele w Strudze z żoną
Dorothą,
hrabiną von Dohna. Ich epitafia, są najstarszymi rozpoznanymi
w świątyni stróżańskiej. Na otoku rzeźby, można przeczytać słowa: „Roku
Pańskiego 1545, w Poniedziałek Wielkanocny, odszedł do Boga, wielce
szlachetny (...) Pan Georg Czetritz z Nowego Dworu, (...) i Strugi”
W latach 1545 - 1585
majątkiem włodarzył mieszkający tam Abraham.
Do jego dóbr oprócz Strugi
Dolnej i Górnej Lubomin, Cieszów z zamkiem, dolna część Boguszowa,
Laski, Gorce, Mrowiny, Wildberg, Czarny Bór i Jabłów. Abraham Czettritz
był zapewne inicjatorem budowy nowej renesansowej budowli (w głównym
portalu widnieją herby jego i żony Marii von Nimptsch). Według historii
rodu spisanej przez Hugona von Czettritz, zamek w Strudze miał istnieć
już w 1453 roku. Rozbudowa siedziby miała miejsce około roku
1565.
Przekazywana jest informacja, jakoby do rozbudowy pałacu użyto kamieni
z zamku Cisy, którego ruiny należały do Czettritzów.
Po śmierci Abrahama
w 1585 roku głównym spadkobiercą był jego starszy syn Abraham
(piszący
się jako von Adelsbach). On to odziedziczył majątki w Strudze i
Lubominie. Abraham zmarł w 1598 roku i został pochowany w kościele w
Strudze4 wraz ze
swoją
żoną Magdaleną
von Ratschin zmarłą w
1603 roku.5
Jej drugi mąż, Hans von Haugevitz ufudował jej piękne epitafium.
Po śmierci Abrahama w 1598 r., Struga przeszła w
posiadanie Heinricha
Noah, który ożenił się w 1619 roku z Susanną von Gellhorn i
zmarł w
1625 roku. Jego następcą był brat - Hans Georga von Czettriz, ostatni z
tej linii.
W okresie wojny
trzydziestoletniej dobra Hansa Georga zostały zadłużone. W 1655 roku
jego szwagierka Susanna von Gellhorn przejęła dobra w Górnej Strudze i
Lubominie. Swojej żonie Katharinie Hans Georg w tymże roku
przekazał
Dolną Strugę i Cieszów z zamkiem. W ten sposób po powtórnym podziale
majątku posiadłości Czettritzów zostały poważnie uszczuplone. W 1662
roku zmarła bezpotomnie Katharina. Wyżej wymienione dobra przejęte od
męża zapisała w testamencie swojemu bratu Heinrichowi Czettritzowi
z Nowego Dworu, jednakże majątkiem miał dysponować nadal jej
mąż, pod
warunkiem, że się powtórnie nie ożeni. Hans Georg ożenił
się jednak
z
Ursulą von Reibnitz w 1663 roku. Zmarł bezdzietnie w 1670 - na nim
wygasła linia Czettritzów ze Strugi.
Zgodnie
z testamentem Kathariny dobra przejął Heinrich Czettritz von
Neuhaus, który z kolei 12 lipca 1681 roku dobra w Strudze zapisał
swojej córce Marii Katharinie, która w 1669 r. wyszła za mąż za
Sigmunda Heinricha barona von Bibran - Modlau. Maria Katarzyna jednak,
jako właścicielka Nowego Dworu i majątków w Dolnej Strudze, po śmierci
męża miała zamieszkiwać w Strudze, gdzie zmarła w 1718 r. Po niej
odziedziczyła wspomniane majątki jej młodsza córka Sophia Henrietta z
domu baronowa von Bibran, która poślubiła hrabiego Rzeszy von
Stollberg
- Stollberg. Zapoczątkowała linię kolejnych długoletnich właścicieli
wsi.6
DZIEJE LUBOMINA W
XVII WIEKU
W 1667 r. za notowano, że właścicielką Libersdorfu była baronowa
Susanne von Sauermann, a proboszczem cysters Jacobus Zinck.
W
1694 roku wymienia się jako właściciela dóbr Hansa Karla von Seher -
Thoß. Z nim wiąże się smutna historia, którą on sam uwiecznił na
epitafium
w naszym Kościele. Napisał tak:
"Umarłam, abyś ty żyć mogła"
Ten kamień nagrobny
na czas obecny i na wieczność
niech upamiętnia, Najszlachetniejszą Panią
Kunegundę Elżbietę z domu Czettritz
Najukochańszą żonę, Wielce szlachetnego Pana
Hansa Karola von Sehrr
Właściciela Górnej Strugi, Lubomina i Botlsbergu.
Moja Żona przeżyła na tym świecie 17 lat i 35 tygodni,
Z czego przez rok jeden i 27 tygodni
Była moją ukochaną Małżonką.
Była wzorem Niewiasty pobożnej i cnotliwej
Po urodzeniu córeczki, jeszcze sześć tygodni na łożu boleści
przeżywszy,
Odeszła od nas, Roku pańskiego 1670, 13 sierpnia.
Do wiecznej chwały w Niebie
tłum. Elżbieta Bartosiewicz
REFORMACJA
Ogromnym wstrząsem dla Adelsbachu, musiały być przemiany
dotyczące spraw wyznaniowych. Reformacja na Śląsku nie miała charakteru
gwałtownego. Zmiany w życiu religijno - kościelnym zachodziły
stopniowo. Nie wiemy więc dokładnie, kiedy w Strudze i w Lubominie,
zaczęto śpiewać po niemiecku Psalmy. Wedle Kroniki Świebodzic,
tamtejsza wspólnota, miała przyjąć ewangelickie wyznanie wiary w latach
1524 - 1528.
W Strudze i w Lubominie Kościoły były Katolickie –
przynajmniej do 1654 roku. Wtedy pojawiła się tam Komisja (chyba inna
niż ta w Świebodzicach gdzie Świątynie odebrano Ewangelikom). W Strudze
Komisja nakazała Dziedzicowi – Hansowi
Georgowi von Czettriz przekazanie obydwu Kościołów – Protestantom.
Boguszów Gorce, miasteczko górskie, odwiedziliśmy 26 marca
następującego roku (1654), panowie Hans Heinrich von Frenher von
Hohberg z Furstenstein i Hans Georg von Zettritz z Adesbachu są
głównymi panującymi w tej miejscowości. Miejscowość była porządnie
utrzymana, a katolickim proboszczem, u którego gościliśmy, był Melchior
Heisig, wyjechał już jednak kaznodzieja (był nim pan Joachim
Fulleborn z Wrocławia, który sprowadził się tu w 1641, wcześniej
jednak był już proboszczem w Rohnau w 1627), potem pospieszyliśmy
jeszcze tego samego dnia do Reimanswaldau (Rybnicy Leśnej) (str. 449)
Adelsbach został nam przekazany z wieloma protestami 12
lutego (1654) przez pana Hansa Georga Czettritza, tak samo Liebersdorf,
filia Adelsbach, który również należy do tego pana. (str. 436)
Protestantische Kirchengeschichte in
Schlesien (1768)
Johann A. Hensel, Friedrich Eberhard
Rambach
tłum. Elżbieta Bartosiewicz
Niestety opisanie tych przemian,
przerasta moje możliwości - zbyt wiele towarzyszyło temu wojen,
przelanej krwi oraz bohaterów tych wydarzeń - wielkich i małych.
Wiele rzeczy też nie rozumiem - w sąsiednich Świebodzicach, dosłownie
rok wcześniej działo się zupełnie na odwrót:
1653 - 23 stycznia spaliły się dwa
domy: Michała Kramersa i Georga Krahersa.
Podpisując pokój
ze
Szwedami, na wniosek króla szwedzkiego, cesarz obiecywał Księstwom
Śląskim wolność wyznania, jednak księstwom dziedzicznym tylko
obiecywał, że z powodu religii nikt nie będzie musiał opuszczać swego
miejsca zamieszkania.
Ewangelicy
wówczas
otrzymali pozwolenie na wybudowanie trzech kościołów, w Świdnicy,
Jaworze i Głogowie i na tym cesarz poprzestał. W dziedzicznych
księstwach wydawanie decyzji uzależnił od swego upodobania. 16 stycznia
Świebodzice zostały wskazane jako miasto do zlikwidowania
ewangelickiego kościoła, z woli jego cesarskiego majestatu. Jednak
wykonanie tej decyzji dla naszego miasta przeciągnęło się aż do grudnia.
20 grudnia, przed
południem (około 12 godziny), ukazało się zlecenie cesarskie i
biskupie, aby w Świebodzicach, tak jak w innych miejscowościach,
kościół zabrać. Komisja składała się z: prałata i oficjała Sebastiana
von Rostock z Wrocławia, byłego cesarskiego podpułkownika i radcy
Christopha von Churschwandta dziedzica i lennodawcy na Dietzdorf koło
Strzegomia, Georga Steinera z kościoła św. Macieja we Wrocławiu oraz
proboszcza i arcykapłana ze Steinau (Ścinawa).
Jak ci panowie
przybyli, na cmentarzu znajdowało się mnóstwo ludzi, którzy śpiewali
pieśń "Erhalt uns Herrbei deinem Wort".W Rynku również wielu mieszczan
gromadziło się. Opiekuna kościoła reprezentował sędzia z Książa.
Komisja zażądała od Magistratu, aby usunięto ludzi z cmentarza i Rynku
i aby wszyscy pozostali w swoich domach. Tymczasem wezwały, do
stawienia się przed komisję obu kaznodziei, pastora Wawrzyńca i diakona
Tanke, by powiadomić ich o dymisji. Gdy wezwani udali się do miejsca
pobytu komisji (w hotelu "Czerwony Zdrój"), towarzyszyło im mnóstwo
parafian z głośnym krzykiem i lamentami. Kilku nawet chciało razem z
nimi przed komisją stawić się, w czym jednak przemocą im przeszkodzono.
Uspokojenie wzburzonego tłumu kosztowało wiele trudu, zarówno sędziego
z Książa jak Magistrat.
Skoro zdjęcie
duchownych z urzędu stało się znane ogółowi, podniósł się ta wielki
zgiełk, że Komisja nawet przed drzwi hotelu wyjść się bała. Wysłali
posłańca do kapitana kraju w Świdnicy, prosząc o ochronę i pomoc.
Teraz komisja
rozkazała sędziemu z Książa kościół zamykać. Ten zaczął wykonywać
polecenie, jednak wstrzymał się, czekając na dalsze decyzje. Pod
wieczór, towarzyszący komisji generał - adiutant Hanns Haertel,
ściągnął Świebodzic z okolicznych wsi, kilku tam pojedynczo
zakwaterowanych kawalerzystów i przed siedzibą komisji straż ustawił.
Nocą, około
godziny
dziewiątej, przyszło od kapitana kraju postanowienie następującej
treści: "Nie uważam, skoro sytuacja została już opanowana, aby istniała
konieczność interwencji i nakazuję, aby Pan von Hochberg z Książa wziął
komisję pod swoją opiekę i panowie z komisji zechcieli tam się udać".
Ta jednak, jeszcze tej samą nocy, wysłała do Świdnicy wyjaśnienie, że
oni wcześniej Świebodzic nie opuszczą, ich zlecenie - kościół zabrać -
zostanie wypełnione. Następnego dnia, w niedzielę wczesnym rankiem, o
godzinie 6°°, 2 kaprali z 40 muszkieterami z kampanii kapitana
Persianera oraz wachmistrz z 10 dragonami, przybyli z garnizonu
Świdnickiego Jednocześnie kapitan kraju, pan von Hochberg, poprosił sam
o wpuszczenie Świebodzic, by być obecnym przy zabraniu kościoła. Około
godziny 10, towarzystwie dowództwa wojskowego, udała się komisja do
kościoła i przejęła go.
Kaznodzieje teraz
zostali z miasta wydaleni. Pastor Wawrzyniec (Lorenz) odszedł do
Wrocławia, a diakon Tanke do Nimptsch (Niemcza).
Tymczasem rektor
Barth, pozostał tymczasem na swoim urzędzie, otrzymał polecenie wydania
zakazu śpiewania pieśni "Erhalt uns Herr".
Kantor i
organista,
pomimo zostawienia ich na urzędzie, oświadczyli, ze sytuacja ta jest w
sprzeczności z ich sumieniem i sami dobrowolnie odeszli.
W likwidowanym
kościele pozostały: mszał, srebrny kielich, srebrna! monstrancja, 4
lichtarze, organy i kilka starych rejestrów czynszu kościelnego)
(daniny). Kościół szpitalny, tak jak i kościół w Cierniach, został
również zabrany ojciec duchowny, gwardian Melchior Beck z klasztoru
franciszkanów w Jaworze, taki długo służbę przy tych kościołach pełnił,
aż pierwszy rzeczywisty proboszcz, kanonik Piotr Winkler przybył. Jemu
podlegały także kościoły w Cierniach, Mokrzeszowie i w Szczawnie
(Mokrzeszów należał wówczas do Henryka von Gelhorn). Przy kościele w
Świebodzicach był zatrudniony także wikariusz, ojciec duchowny Marcin
Aust.
Wypędzony pastor
Lorenz (Wawrzyniec) został diakonem w kościele Elżbiety we Wrocławiu,
złożył jednak swój urząd w roku 1670 z powodu podeszłego wieku i zmarł
14 lipca 1671 roku.
Odtąd mieszkańcy
Świebodzic, wyznania ewangelickiego, którzy nie chcieli korzystać z
posługi tutejszego katolickiego proboszcza, musieli kupić od niego
pozwolenie, aby mogli udać się po posługę do Świdnicy. Przy chrztach,
ślubach i tak dalej, było to szczególnie uciążliwe przy złej drodze i
pogodzie. Na nabożeństwa udawali się świebodziczanie również do
Świdnicy i kupowali tam swoje własnej miejsca.
Chronik der Stadt Freiburg i. Schl.

Taki pokrecony porządek panował w Świebodzicach, ale i w Adelsbachu też
- przez
90 lat. Przypomnijmy, że było tu zaledwie kilku katolików - może 5 -
może 15 osób. Ileż to musiało wszystko kosztować łez i wyrzeczeń.
Kolejna Wojna (I Wojna Śląska), znów przyniosła odmianę:
1740 - Od 4 do 18 stycznia panowały straszne mrozy.
20 października
umarł
we Wiedniu cesarz Karol VI bez męskiego potomka; spadkobiercy. Jego
starsza córka - księżna, wychodząc za mąż za księcia Toskanii, stała
się regentką jego dziedzictwa, a zatem także i Śląska.
16 grudnia król
Prus
Fryderyk II z wojskiem liczącym 62.000 żołnierzy wkroczył na Śląsk, aby
zbrojnie dochodzić swych roszczeń do księstwa, zabranego przodkom.
Ponieważ historia
tej
wojny, tak jak i następnych, dokładnie opisana jest, dziejach
powszechnych, dlatego w tym opracowaniu będzie mowa tylko o zdarzeniach
dotyczących Świebodzic i najbliższej okolicy.
(***)
1741 - 1 stycznia
Świdnica przyjęła przychylnie Prusaków. Ci, 2 stycznia rano, przybyli
także do Świebodzic, jednak szybko odeszli dalej. Po południu przybył
regiment pod dowództwem von Flanza i który został zakwaterowany z
powodu bardzo dużego mrozu.
Tutejsi
ewangeliccy
mieszczanie, którzy widzieli w królu Pruskim, nawet gdyby on Śląska nie
zdobył, tego, który zapewni wolność religijną, przyjęli jego wojska z
wielką ochotą. Nawet ludzie niechętni przyjmowaniu na kwaterę po kilku
żołnierzy - czynili to z radością, mając nadzieję, że przyniesie to
wolność wyznania, której świebodziczanie nie doświadczyli od roku 1653,
a więc od 88 lat.
Powodem takiego
postępowania, wbrew pozorom, nie były złe stosunki z nielicznym
katolickim społeczeństwem miasta, z którym żyli w największej zgodzie,
ale wielkie niedogodności, związane z koniecznością uczestniczenia w
niedzielnych nabożeństwach w Świdnicy i uzyskiwanie zezwoleń na
wszystkie inne posługi religijne. Szczególnie było to uciążliwe, gdy
umierający potrzebował posługi duszpasterza. A jak człowiek słaby lub
starzec miał uczestniczyć w nabożeństwie? O innych przeszkodach trudno
nawet wspominać.
3 stycznia znowu
maszerowali stąd Prusacy do Świdnicy.
W lutym posyłały
Świebodzice, wzorem innych miast, poselstwo do króla Prus z uniżoną
prośbą o zagwarantowanie wolności religijnej i o pozwolenie wybudowania
ewangelickiego kościoła i szkoły. Poselstwo składało się z 6
świebodzickich deputowanych: Gottfrieda Reis, Georga Kleina, Christopha
Ruffera, Gottfrieda Thierholda, Christiana Hallmanna i Johanna Punata.
Poselstwo to spotkało króla 22 lutego między wsią Jawornik i wsią
Wickendorf (Witków) na drodze świdnickiej. Tam przekazali swoją prośbę
na piśmie i otrzyma przyrzeczenie spełnienia jej.
23 lutego zostało
ono
potwierdzone na piśmie przez tajnego radcę Schumachera. Na ponowną
prośbę, wysłaną wiosną, otrzymali świebodziczanie pismo następującej
treści:
"Na spełnienie
prośby
proszę jeszcze trochę cierpliwie poczekać, mogę jednak zapewnić, że
udzielę pomocy, o co możecie być spokojni". Było ono podpisane:
Wrocław, 10 czerwiec 1741 Królewski polny komisariat wojenny Reinhard
Munchow.
Po pokonaniu
różnych
trudności przyszedł pisemny rozkaz, datowany: Wrocław, 12 listopad 1741
r.
"Z władzami
okręgu
(miasta) w sprawie wybudowania ewangelickiego kościoła i sprowadzenia
kaznodziei, umówić się." W związku z tym, należało złożyć informację,
dotyczącą liczby ewangelickich i katolickich mieszkańców, z której
wynikało, że: Świebodzice miały 1359 mieszkańców wyznania
ewangelickiego i 42 katolickiego, Pełcznica - 620 ewangelików i 9
katolików, Ciernie - 837 ewangelików i 10 katolików, Frohlichsdorf
(Cieszów) - 285 ewangelików, z Mokrzeszowa brak danych.
W piśmie z 25
listopada udzielono mieszkańcom pozwolenia, tymczasowo w ratuszu lub
innym dogodnym miejscu, jednak za zezwoleniem miejscowej władzy,
odprawiać ewangelickie nabożeństwa.
30 listopada
władze
miejskie wydały odpowiednie postanowienie w sprawie odprawiania
ewangelickich nabożeństw. Skoro władze miejskie wydały takie
postanowienie, do starostwa kościelnego mianowani zostali: Gotfryd
Kirstein, burmistrz, jako dyrektor kolegium kościelnego; Ernst Joachim
Kretschmer, członek rady i wójt miasta; Johann Heinrich Kretschmer,
adwokat i posiadacz folwarku; Hermann Gaspar Klengel, królewski
poborca, Johann George Kammler i George Daniel Gossow. Patronat
kościelny objął pastor Kleiner, który 10 grudnia, w drugą niedzielę
adwentu wygłosił w Świebodzicach kazanie.
(***)
10 grudnia
nadszedł w
końcu tak upragniony dzień, kiedy znowu pierwsze ewangelickie kazanie w
Świebodzicach zostało wygłoszone przez pastora magistra Kleinera ze wsi
Seifersdorf (Pogorzała). Ponieważ jeszcze żaden lokal do urządzania
nabożeństw nie był przygotowany, kazanie to więc musiało być wygłoszone
na publicznym Rynku, pod drzewami, przed drzwiami domu Kretschmera.
Kazania tego wysłuchały nie tylko władze miejskie, ale i kilka
szlacheckich rodzin z okolicy. Nawet pogoda sprzyjała temu wydarzeniu,
ponieważ, jak mówią kroniki, pomimo późnej pory roku, był cichy i
pogodny dzień. Pastor Kleiner rozpoczął od słów "To Pana głos nad
miastem będzie wołać" ...
Chronik der Stadt Freiburg i. Schl.
DZIEJE STRUGI
W XVIII WIEKU
W 1694 Hans Karl von
Seher-Thoss posiadał część wsi, zwaną Górną Strugą, która składała się
z jednego folwarku i 18 gospodarzy. Hans Karl zmarł w 1708 r. Po nim
otrzymał Górna Strugę Johann Karl von Seher-Thoss i w 1723 r Konrad
Gottrieb von Seher-Thoss.7
W
1733 właścicielem Górnej i Dolnej Strugi był Christian von Kluge, od
którego kupił dobra Karl Ferdinand baron von Seher - Thoss z Lesieńca i
po jego śmierci przejęła ten majątek jego siostra Maria Eleonora z domu
baronowa von Seher - Thoss, żona generała von Prittwitz.8
W 1743 r. we wsi założono szkołę ewangelicką.9
W 1765 r. obie
części wsi miał von Kluge. Wartość Strugi Dolnej szacowano na 18.223
talarów. Mieszkało tam 59 kmieci, 20 zagrodników, 20 chałupników
i 16
rzemieślników, a wartość Strugi Górnej, szacowano na 8.670 talarów.
Mieszkało tam 4 kmieci, 15 zagrodników, 7 chałupników i 7 zagrodników.
Była to w sumie duża i bogata wieś rolnicza. Tak mówią suche zapisy
naukowców. Posłuchajmy, jak przeżywali ten czas, żyjący wtedy ludzie:
„Roku 1771
nastała tak
wielka drożyzna i głód, że w tutejszych gminach
przeważna liczba, szczególnie tych którzy ponieśli straty w niedawno
ukończonej wojnie i nie przeboleli ich jeszcze całkowicie, odczuli
godny politowania niedostatek. I chociaż Pan zaopatrywał nasz umiłowany
Śląsk w wystarczającą żywność w miarę koniecznej potrzeby ,to musiał on
jednak troszczyć się o sąsiednie kraje Morawy i Saksonię, które
ucierpiały wskutek całkowitego nieurodzaju; pół korca żyta kosztował
wtedy (aby tylko jedno wymienić) około 8 śląskich talarów, a gdyby
przychylność naszego najsławniejszego monarchy wobec tych utrapień,
jakieśmy doznali, nie była się nad nami okazała, przychodząc nam z
nieodpłatną pomocą otworzywszy magazyny z żywnością, nasionami
i
dostarczając chleba, to byłaby wielka liczba ludzi z głodu pomarła tak
jak u naszych sąsiadów. Drożyzna ta trwała blisko 3 lata, jednak
Opatrzność Boża, pamiętająca zawsze o pomyślności swoich stworzeń,
wejrzała w swej łaskawości na naszą niedolę i znowu się zlitowała tak,
że po wielkiej drożyźnie niespodziewanie nastał znowu okres taniości,
gdy ceny zbóż stopniowo na targach spadały.
Roku
1775, 15 lutego
powstał wcześnie rano gwałtowny pożar, który
spopielił 3 gospodarstwa,
4 domy chałupników, 1 kuźnię.”
„Roku
1776, 7 maja
najlepsze zboże w dniu targowym w Świebodzicach
kosztowało pół korca wrocławskiego:
Pszenica
- 50 srebrnych
groszy
żyto
- 40 srebrnych
groszy
jęczmień
- 30 srebrnych
groszy
Owies
- 24 srebrnych
groszy
groch
- 40 srebrnych
groszy
wyka
- 38 srebrnych
groszy
Funt
lnu - 3 grosze,
sztuka lnianych nici -17 do 18 srebrnych groszy.”
Cyt. z WKKLA
Od 1779 r. Strugę
Górną włączono w obręb Strugi Dolnej.10
Owe podziały tej samej
miejscowości, bardzo utrudniają orientację co do właścicieli majątku.
Dobra te od 1779 roku posiada Charlotta
Sophia Tugendreich z domu von
Lieres wdowa po von Hohendorf.11
I BITWA POD STRUGĄ
Do pierwszej
bitwy pod Strugą
doszło w roku 1762, w okresie wojny siedmioletniej, toczonej od
1756 r. przez Prusy i Austrię oraz ich sprzymierzeńców na terenie
Europy, a także Ameryki Północnej. Jedną z głównych aren zmagań wojsk
obu koalicji był Dolny Śląsk, a szczególnie okolice Twierdzy Świdnica
oraz przejścia górskie do Czech, które znajdowały się na południe od
Wałbrzycha i miały dla przeciwników strategiczne znaczenie.
Początek 1762 r. zastał główne siły obu koalicji w
dolnośląskich leżach zimowych: dowodzona przez króla Fryderyka II armia
pruska stacjonowała w okolicach Wrocławia, natomiast wojska austriackie
feldmarszałka Leopolda Dauna zajmowały pozycje w pobliżu Świdnicy.
Niekorzystny dotąd dla Prus stosunek sił zmienił się na początku maja,
kiedy to nowym carem Rosji został Piotr III, który postanowił podpisać
z Fryderykiem II pokój i wspomóc dodatkowo Prusy 20-tysięcznym korpusem
posiłkowym. Dla Austrii był to ogromny cios, bowiem szala zwycięstwa
przechylała się dotąd na jej korzyść i wiosna 1762 r. miała przynieść
ostateczne rozstrzygnięcie trwającej już 6 lat wojny.
Mając liczebną przewagę i inicjatywę po swojej stronie,
król pruski postanowił wyjść w pole i zaatakować siły austriackie,
niedaleko Sobótki. Wojska pruskie, liczące wówczas około 80 tyś.
żołnierzy, dotarły tam w pierwszych dniach lipca, ale nie zastały
Austriaków, którzy wycofali się na wzgórza ciągnące się pod
Świebodzicami. Austryjacki Feldmarszałek Daun, operując mniejszymi
siłami, nie chciał wdawać się w otwartą batalię, a dysponując silnym
zapleczem, czekał na krok Fryderyka II. Ten z kolei, mając na celu
przede wszystkim wyparcie przeciwnika ze Świdnicy, postanowił obejść
siły Dauna pod Świebodzicami i zmusić tym samym do odstąpienia od
obrony twierdzy.
Do boju prowadził pruskie wojska sam Król Fryderyk, na
czele korpusu gen. Carla Wieda. Przeciw nim wyruszył austriacki generał
Joseph von Brentano.
Już 3 lipca 1762 r. siły austriackie dotarły w okolice
Strugi, gdzie postanowiły wykorzystując dobre warunki terenowe
zagrodzić drogę Prusakom. Gen. Brentano wycofał część swoich wojsk jako
straż przednią pod Stare Bogaczowice, natomiast trzon korpusu oparł o
wzgórze Sas górujące dzisiaj nad Pocztą, i dominujące nad drogami
prowadzącymi w kierunku Szczawna - Zdroju i Wałbrzycha. Pagórki nad
Strugą obsadzała piechota i artyleria austriacka, w dolinach zaś
operowała kawaleria, której zadaniem było niedopuszczenie do
oskrzydlenia przez Prusaków. W samej wsi oraz w lasach oraz zaroślach
nad Czyżynką pozycje zajęły dwie kompanie austriackich strzelców.
Austriackie straże przednie znajdowały się również na
wzgórzach między Starymi Bogaczowicami a Strugą oraz w Cieszowie. 5
lipca doszło tam do pierwszych starć przed spodziewaną bitwą. Tego dnia
do niewoli pruskiej dostało się 33 austriackich kawalerzystów.
O świcie 6 lipca 1762 r. główne siły pruskie dotarły do
Starych Bogaczowic. Przed nimi, na wzgórzach miedzy Starymi a Strugą
znajdowały się posterunki wojsk austriackich. Jeden z nich znajdował
się niedaleko nas, na wzgórzu Rudówka. Placówki te wzmocnione były,
pojedynczymi działami, które szybko zaczęły szkodzić kolumnom pruskim.
Prusacy odpowiedzieli ogniem ciężkiej artylerii i starali
się przypuścić atak, jednak zanim nastąpił szturm - Austriacy opuścili
swoje stanowiska i wycofali się na Rudówkę. Wówczas Król Pruski
Fryderyk II, który w nocy dołączył do swoich wojsk, rozkazał zdobyć to
wzgórze trzem regimentom piechoty, lecz Austriacy opuścili również i tą
pozycję wycofując się na drugą stronę doliny>
Czyżynki.
Austriacy w chwili rozpoczęcia bitwy dysponowali 8 tyś.
ludzi i 14 działami niewielkiego kalibru. Prusacy byli trzykrotnie
liczniejsi a siłę tą wzmacniało 40 dział wszystkich kalibrów. Siły
pruskie były więc znacznie liczniejsze od austriackich, jednak Prusacy,
nie byli świadomi swojej przewagi liczebnej.
Po zajęciu Rudówki poszczególne regimenty Pruskie,
ustawiły się na wzgórzach na północ od Strugi. Jednocześnie rozpoczęła
się nawała artyleryjska pięciu baterii dział pruskich. Król Prus chciał
wykorzystać element zaskoczenia i zaraz po dotarciu pierwszych
jednostek piechoty nad Strugę, rozkazał przejść im do ataku. Do walki
na prawym skrzydle pruskim ruszyły trzy regimenty piechoty. Z uwagi na
trudne warunki terenowe towarzyszące im działa regimentowe musiały
pozostać daleko w tyle za tymi jednostkami, natomiast bezpośrednie
wsparcie zapewniały ciężkie baterie ustawionych na zdobytym wcześniej
Wzgórzu Anielskim.
Z kolei na lewym skrzydle do ataku przygotowywał się
regiment Brauna. Prusacy nie zdawali sobie jednak sprawy z tego, jak
dobrze przygotowane są pozycje Austriaków - kiedy zorientowali się w
siłach przeciwnika postanowili przerwać atak. Zatrzymano podczas marszu
część wojsk, jednak pozostałe siły uderzyły na Wzgórze Sas. Pomimo
zażartej walki, atak zakończył się przegraną Wojsk Pruskich.
Po powrocie ocalałych żołnierzy na Rudówkę, Prusacy
przerwali bitwę i około południa wycofali się z powrotem do Starych
Bogaczowic. Według szacunków stracili oni w walce: 19 oficerów (7
zabitych i wziętych do niewoli, 12 rannych), 1312 żołnierzy (723
zabitych i wziętych do niewoli oraz 589 rannych). Z kolei Austriacy
mieli tego dnia stracić ok. 250 żołnierzy. Jedno z opracowań podaje
dokładnie, że zginęło 41 żołnierzy, 140 było rannych, natomiast do
niewoli dostało się lub zaginęło 101 żołnierzy.
Kiedy w lipcu AD 2022 zbliżała się kolejna rocznica Bitwy
Pan Dawid
Golik,
poprosił aby odprawić w intencji Poległych - Mszę św. Pracując wspólnie
z Panem Jarosławem Kryska nad książką "Adelsbach
1762 Zapomniana
porażka Fryderyka Wielkiego" – na ile to możliwe – zebrali
wszystkie
informacje Ofiarach tego dramatu. Kiedy 9 lipca 2022 stanąłem
przy Ołtarzu – znalazłem tam następujący tekst:
Straty broniącej się strony austriackiej:
- wyniosły one łącznie 254
żołnierzy zabitych, rannych i wziętych do niewoli
- śmierć poniosło dokładnie 41
żołnierzy
Było to:
12 grenadierów - z łączonego
oddziału składającego się z Węgrów, Belgów i Chorwatów
20 fizylierów - z węgierskiego
regimentu Bethlen (niedługo po starciu zmarł też jeden z rannych w
trakcie walk oficerów węgierskich - kpt. Kasztner)
6 tzw. graniczarów chorwackich
2 kawalerzystów - z heskiego
regimentu dragonów
l kawalerzysta - z
niderlandzkiego regimentu dragonów
Straty atakującej strony
pruskiej:
- wyniosły one łącznie 1352
żołnierzy zabitych, rannych i wziętych do niewoli
- śmierć poniosło ok. 190
żołnierzy
Było to:
53 żołnierzy - z regimentu
Zieten
54 żołnierzy - z regimentu
Lestwitz (w tym oficer tego regimentu por. von Platen)
ok. 50 żołnierzy - z
ochotniczego regimentu Wunsch
10 żołnierzy - z regimentu
Braun
6 żołnierzy - z regimentu
Anhalt-Bernburg (w tym adiutant pułku por. Philipp von Schrodter)
3 żołnierzy - z regimentu Finck
l żołnierz - z regimentu Ramin
l żołnierz - z regimentu Syburg
1 grenadier - z batalionu
grenadierów Falkenhayn
2 artylerzystów
6 kawalerzystów - z regimentu
huzarów Gersdorf
2 kawalerzystów - z formacji
Bośniaków
l kawalerzysta - z regimentu
dragonów Finckenstein
l kawalerzysta - z regimentu
dragonów Pomeiske
Nie są natomiast
znane straty ochotniczych szwadronów huzarów Schony oraz rosyjskich
Kozaków, jak również innych oddziałów kawalerii pruskiej i rosyjskiej,
które dotarły na pole bitwy wraz z Fryderykiem II.
W Strudze i
najbliższych okolicach pochowano więc zapewne zaraz po starciu ok. 230
- 250 żołnierzy obydwu walczących stron. Najwięcej zapewne z w
zbiorowych mogiłach na stokach Sasa oraz na polach koło Rudówki. Nie
można wykluczyć, że część zabitych spoczęła na cmentarzu parafialnym w
Strudze - istnieje przy tym duże prawdopodobieństwo, że pogrzebane
zostały tam ciała zabitych w starciu oficerów (kpt. Kasztnera, por. von
Platena i por. Philippa von Schródtera; ten ostatni mógł też spocząć na
cmentarzu w Starych Bogaczowicach).
opr. Dawid
Golik – tekst przekazany w darze Parafii w Strudze
Tyle mówią źródła. Może warto
zobaczyć, jak to wyglądało od strony mieszkańców Strugi, którzy w tym
piekle wojny, musieli uczestniczyć:
„Roku
1755
był dziekanem
w Świebodzicach Przewielebny Ks. Jan
Franciszek Scholtz, podlegał mu proboszcz w Boguszowie, Strudze i
Lubominie - Przewielebny Ks. Ferdynand Duncke. Nauczycielem był tutaj
Jan Józef Herrmann.
W rok po pożarze wieży
wybuchła w 1756 roku wojna trwająca 7 lat, przez
co zjedzono prawie wszystkie zapasy, a tutejsi gospodarze zostali
prawie zupełnie pozbawieni możności obrabiania pól i zrujnowani. Należy
przy tym zaznaczyć, że wskutek wkroczenia w 1761 roku armii rosyjskiej
do naszej ukochanej ojczyzny Śląska i na skutek barbarzyńskiego
postępowania Kozaków i Kałmuków, którzy przybyli na pomoc cesarsko -
królewskim wojskom austriackim, brak żywności stał się tak wielki że
pół korca żyta kosztowało 12 do 16 śląskich talarów a dużo ludzi zmarło
z głodu. Niektórzy chcąc się ratować przed śmiercią, starali się swój
głód (co jest szczególnie godne zapamiętania) zaspokoić jedzeniem mięsa
ze zdechłego w majątku dziedzica wołu.
W latach 1758 i 1761
zmarła wielka liczba ludzi w czasie panującej epidemii tu w okolicy i w
ogóle na naszym ukochanym Śląsku.
W roku 1762
połączyła się rosyjska z królewską pruską armią i 6 lipca tego roku
wcześnie rano rozpoczęło się wzajemne artyleryjskiego ostrzeliwanie
królewskich pruskich i austriackich wojsk ponad gminą Adelsbach po
obydwu stronach wsi i trwało aż do 8-mej godziny, u tutejszych
mieszkańców powstało wielkie niebezpieczeństwo i obawa, że nie
wiedzieli co ze sobą robić, gdzie szukać schronienia, czy pozostać w
mieszkaniach i tu ratować swoje życie, niektórzy musieli swoje domy
opuścić. Wydawało się, że cała gmina ulegnie zupełnemu zniszczeniu i
stanie się łupem ognia. Jednak dzięki łaskawej Opiece Bożej odwróciło
się jeszcze szczęśliwie wielkie niebezpieczeństwo grożące naszej
miejscowości, tak, że nikt nie stracił życia, ani nie uległy
zniszczeniu mieszkania, tylko niektóre uległy uszkodzeniu od kul
armatnich.
Roku 1763 nastąpił
wyczekiwany z tęsknotą pokój. Zawarty został 15 lutego wymienionego
roku na elektorskim zamku saksońskim Huberstburg między trzema
mocarstwami, panującym domem Prus, cesarzową i królową Marią Teresą i
księciem elektorem saksońskim. Wymienione przyczyny spowodowały, że
budowa wieży, jakkolwiek tutejsza gmina bardzo sobie jej życzyła,
przeciągnęła się do 21 lat.”
Cyt. z WKKLA
W roku 2012 kiedy przypadała 250 rocznica tych smutnych
wydarzeń, na ścianie Kościoła Parafianie umieścili pamiątkową tablicę o
takiej treści:
DNIA 6 LIPCA 1762 ROKU
25 TYSIĘCY ŻOŁNIERZY
PRUSKICH, AUSTRYJACKICH,
BOŚNIACKICH,
CHORWACKICH, ROSYJSKICH I
WĘGIERSKICH
STARŁO SIĘ NA NASZEJ ZIEMI
W BITWIE POD ADELSBACHEM
WIELU ZOSTAŁO TU NA ZAWSZE
Struga 2012
II BITWA
POD
STRUGĄ
Struga ponownie
stała się znana podczas wojen napoleońskich. Na okolicznych polach w
stronę Ułańskiego Wzgórza doszło 15 maja 1807 r. do bitwy
pomiędzy
wycofującym się po zwycięskiej potyczce pod Kątami Wrocławskimi
tysiącosobowym oddziałem "porucznika" majora Karla von Losthina, a
ścigającymi go nielicznymi, przypadkowo zebranymi oddziałami
francuskiego gen. brygady Charlesa Lefebvre'a, do którego dołączył
stacjonujący wówczas w Strzegomiu polski pułk lansjerów Legii Polsko -
Włoskiej (późniejszej Legii Nadwiślańskiej), dowodzony przez mjr Piotra
Świderskiego. Polscy ułani przeprowadzili brawurową szarżę na
wychodzący ze Strugi oddział pruski, rozbijając go całkowicie przy
stracie 7 zabitych i 15 rannych. Do niewoli dostało się 30 oficerów i
około 800 żołnierzy pruskich, zdobyto 3 armaty i sporo innej broni.
Istnieją rozbieżności co do liczebności polskiego oddziału. Jedne
źródła mówią o 250 inne o 400 żołnierzach, prawdopodobnie druga liczba
odnosi się do całego oddziału, łącznie z Francuzami. Opis bitwy znalazł
się na kartach "Popiołów" Stefana Żeromskiego.12
Mniej literacko
opisali to mieszkańcy Strugi, którzy wszystko widzieli na własne oczy:
„O WOJNACH
1806
14 października wydarzyło
się nie tylko dla nas, lecz także dla
całej naszej ojczyzny najnieszczęśliwsze zdarzenie wojenne od 1776 r.
Tego bowiem dnia zostało wojsko króla Fryderyka Wilhelma III przez
Francuzów pod dowództwem cesarza Napoleona zupełnie pobite. Całe
królestwo zostało w ciągu kilku miesięcy opanowane przez wroga a także
Struga otrzymała nieprzyjacielskie oddziały na kwaterę
i wyżywienie. U
wielu mieszkańców doprowadziło barbarzyńskie traktowanie przez wroga do
nędzy, jak też zmniejszające się zarobki. Aż do 1809 r, pozostawały
nieprzyjacielskie wojska tutaj i naszą miejscowość i całe państwo
zupełnie wyniszczyły. Niesłychane kontrybucje wojenne spowodowały
całkowite zubożenie wielu mieszkańców.
1807
r. 15 kwietnia
wywiązała się bitwa na tak zwanym czerwonym wzgórzu
między Strugą a Górnym Szczawnem pomiędzy zwycięskimi Prusakami
wracającymi spod Kątów pod dowództwem generała - lejtnanta von Losthina
a francuskimi oddziałami, ogromna przewaga i zaskoczenie zmusiły
Prusaków do ucieczki tak, że bardzo niekorzystnie to dla nich wypadło.
(...)
Od
1815 roku, a więc 31
lat żyjemy w złotym pokoju aż do dnia
dzisiejszego.” Cyt.
z WKKLA
Te słowa zapisał Kronikarz Schmidt nauczyciel i
pisarz sądowy w Strudze
15 listopada 1846 roku.
W roku 2007 kiedy przypadała 200 rocznica Tych smutnych
wydarzeń, przed Kościołem Parafianie umieścili w czterech językach,
pamiątkowe tablice o takiej treści:
DNIA
15 MAJA 1807 ROKU, NA OKOLICZNYCH WZGÓRZACH,
WOJSKA BOŚNIACKIE, FRANCUSKIE, NIEMIECKIE I POLSKIE
STOCZYŁY ZE SOBĄ KRWAWĄ BITWĘ.
BOŻE - DAJ NAM ŻYĆ W POKOJU.
DZIEJE LUBOMINA W
XVIII WIEKU

"Roku
1728, dzień 18 grudnia był dniem szczególnie smutnym dla gminy
Liebersdorf, gdy w mieszkaniu pewnego ogrodnika wybuchł gwałtowny
pożar, nieszczęście powiększało się, gdyż silny wiatr powiększał i
rozszerzał ogień po dachach pozbawionych śniegu w czasie ostrego mrozu,
Przy tym pożarze zostało z publicznych budynków zabudowania gospodarcze
probostwa i sołectwa, a z prywatnych 5 gospodarstw, 4 ogrodnictwa i 13
domów chałupników razem więc 25 mieszkań spopielonych. Cały ratunek
zależny był od wody, którą ostry mróz prawie pochłonął; wydawało się że
cała dolna wieś, jak też sąsiadująca wieś Adelsbach zostaną doszczętnie
zniszczone, gdyby dobroć Boża nie była przy tym tak łaskawa. Pewien
siedemdziesięcioletni starzec poniósł śmierć, nie zdołał bowiem uciec
przed płomieniami.
Roku 1729 w jesiennym miesiącu powstał znowu pożar w tamtej wsi, przy
czym spłonęło nie więcej niż jedno gospodarstwo chłopskie.
Roku
1731 wybuchł w w/w wiosce pożar, w którym zostały spopielone 2
gospodarstwa chłopskie, 1 zabudowanie chałupnika, a w pobliżu położonym
Adelsbach 1 ogrodnictwo." Cyt. z WKKLA
W 1765 roku, kiedy
dobra były już w rękach rodziny Von Kluge, W Lubominie mieszkało
wówczas 20 kmieci, 46 zagrodników, 6 chałupników i 12 rzemieślników, a
więc była to wieś głównie rolnicza. W 1769 r. założono szkołę
ewangelicką.
"Z
roku 1737 przytaczamy celem
upamiętnienia nędzny stan okoliczności ówczesnego okresu. Bieda owego
roku była wśród przeważającej liczby mieszkańców z powodu drożyzny tak
wielka, że zaledwie mogli się przed głodem bronić, ponadto w tym samym
czasie trudno było nabyć żywność, każdemu brakowało pieniędzy. Choroby
ludzi, gdy chodzi o rwanie, reumatyzm, rżnięcie i bóle głowy były też
bardzo rozpowszechnione, tak że na skutek chorób godnych politowania
zmarło dużo ludzi." Cyt. z WKKLA
Roku 1755 był dziekanem w
Świebodzicach Przewielebny Ks. Jan Franciszek Scholtz, podlegał mu
proboszcz w Boguszowie, Strudze i Lubominie - Przewielebny Ks.
Ferdynand Duncke. Nauczycielem był tutaj Jan Józef Herrmann.
Roku 1775 był proboszczem dla Strugi, Lubomina i Boguszowa Ks.
Franciszek Mueller, dziekan i proboszcz w Mieroszowie.
W
1785 roku, właścicielką dóbr w Lubominie była pani von Hohendor. We wsi
był katolicki kościół parafialny z plebanią, młyn wodny, a mieszkało tu
20 kmieci, 46 zagrodników i 5 chałupników.
W 1787 r. znani
przedsiębiorcy z Wałbrzycha, bracia Treutler uruchomili w Lubominie
kopalnię węgla "Friedrich Wilhelm", z której pozyskiwali około 800 ton
urobku w ciągu roku, ale już w 1795 r. zamknęli ją jako nieopłacalną.
DZIEJE
STRUGI W XIX WIEKU

Kilka miesięcy później, w sierpniu roku 1816, w
pałacu stróżańskim gościła księżna Izabela
Czartoryska. Wracała wtedy
z Cieplic gdzie zażywała leczniczych kąpieli.
Piszący te słowa, nie czytał jej książeczki "Dyliżansem
przez Śląsk. Dziennik podróży do Cieplic w roku 1816",
ale z opisów wiem że pałacowi i miejscowości poświęciła kilka linijek,
które pozwolę sobie zacytować: "krajobraz piękny, a pałacowy salon
imponuje". Niemniej jednak gabinet obrazów nie przypadł naszej księżnej
do gustu. Ponoć też w liście do swego syna Adama, określiła
Strugę
jako - miejsce cudne. Do wspomnianej lektury odwołują się współcześni
kronikarze wszystkich dolnośląskich miejscowości, gdziekolwiek Księżna
gościła.
Wspominając jej pobyt
u nas, nie dziwmy się jednak, jej wybrednemu gustowi, jeśli chodzi o
pałacową kolekcję obrazów. Trzeba pamiętać, że za swojego życia
zgromadziła ogromną kolekcję dzieł sztuki, a jej sypialnię, zdobiła "Dama
z Łasiczką" pędzla Leonarda
da Vinci - mąż sprawił jej taki prezent w 1800 roku.
W 1825 r. wieś nadal
dzieliła się na Dolną i Górną, ale obie części należały do barona Karla
von Richthofena. Kościół parafialny służył katolikom, natomiast
ewangelicy, należeli do parafii w Szczawienku. Struga Górna, liczyła 33
domy, szkołę ewangelicką obsługiwaną przez nauczyciela ze Szczawienka,
folwark z gorzelnią, młyn wodny i 9 warsztatów lniarskich. Struga
Dolna, liczyła 77 domów, zamek z folwarkiem, wolne sołectwo, szkołę
ewangelicką z nauczycielem, browar, gorzelnię, młyn wodny, wiatrak,
cegielnię i krajowy drogowy posterunek celny.13
„Przed
rokiem 1825 były
już dwa razy po kolei dobre żniwa i dlatego
było wiele starych zapasów. Żniwa w 1825 roku wypadły jednak nadzwyczaj
obficie i całe Niemcy i prawie cała Europa zebrały bogate żniwa ze
względu na sprzyjającą pogodę, dlatego też nie było za granicą
zapotrzebowania na zboże. Dlatego ceny zboża spadły bardzo nisko. W
styczniu 1826 roku płacono najniższą cenę za pruski półkorzec:
Pszenica
- 29 srebrnych
groszy
żyto
- 16 srebrnych
groszy
jęczmień
- 12 srebrnych
groszy
owies
- 10 srebrnych
groszy” (...)
„W ostatnim czasie
pojawiły się dwa razy choroby zakaźne mianowicie w
1814 r. gorączka nerwowa przenoszona przez żołnierzy, w niektórych
miejscowościach śmierć zabiła wielu ludzi. Także naszą miejscowość
choroba ta nawiedziła i kilka osób zmarło z powodu niej. W domu pod nr
56 w Dolnej
Strudze zmarli w przeciągu trzech tygodni na skutek tej
choroby mąż i żona,
W 1830 roku dotarła aż
do nas z Azji przez Turcję i Polskę cholera.
Wprawdzie objawy nie były tak poważne jak w jej ojczyźnie, mimo to
zmarło jednak z powodu niej kilka milionów ludzi, Również w Strudze
powaliła wielu na łoże, a 7 osób zmarło, w domu pod nr 35 zmarli mąż i
żona w przeciągu 6 dni. Choroba ta nie dotarła jednak do Górnej
Strugi.”
Cyt. z WKKLA
W 1840 r. właścicielem był starosta wałbrzyski
hrabia Leopold von
Ziethen. W kościele parafialnym odprawiano w niedziele, tylko l mszę,
szkoła ewangelicka z nauczycielem, nieczynna szkoła katolicka, 82 domy,
zamek, folwark, wolne sołectwo, pracowało 10 warsztatów płócienniczych,
19 rzemieślniczych i 2 handlowe. W Strudze Górnej było 37, domów,
folwark, młyn wodny, gorzelnia, pracowało 10 warsztatów płócienniczych
i 5 rzemieślniczych. Należała tu jeszcze karczma. 14
Od 1873 roku właścicielem Strugi był kupiec Markus
Schottlander z
Wrocławia. Jego majątek obejmował 1.893 morgi ziemi i przynosił 2 070
talarów rocznego dochodu. 15
Od 1876 do 1891 roku
szlacheckie dobra o powierzchni 483 ha (z gorzelnią) należały do Ernsta
Tschersicha i 7 współwłaścicieli z Białego Kamienia.
DZIEJE LUBOMINA W XIX
WIEKU

"1806
14 października wydarzyło się nie tylko dla nas, lecz także dla całej
naszej ojczyzny najnieszczęśliwsze zdarzenie wojenne od 1776 r. Tego
bowiem dnia zostało wojsko króla Fryderyka Wilhelma III przez Francuzów
pod dowództwem cesarza Napoleona zupełnie pobite. Całe królestwo
zostało w ciągu kilku miesięcy opanowane przez wroga a także Struga
otrzymała nieprzyjacielskie oddziały na kwaterę i wyżywienie. U wielu
mieszkańców doprowadziło barbarzyńskie traktowanie przez wroga do
nędzy, jak też zmniejszające się zarobki. Aż do 1809 r, pozostawały
nieprzyjacielskie wojska tutaj i naszą miejscowość i całe państwo
zupełnie wyniszczyły. Niesłychane kontrybucje wojenne spowodowały
całkowite zubożenie wielu mieszkańców." Cyt. z WKKLA
W 1823 roku została założona huta szkła
w kolonii Chełmiec (niem.
Hochwald).
W
pocz. XIX w. Lubomin pozostawał częścią dóbr w Strudze, których
właścicielem w 1825 r. był baron von Richthofen. Wieś liczyła 79 domów,
filialny kościół katolicki, wolne sołectwo z gorzelnią i młynem wodnym,
młyn wodny i hutę szkła w Chełmcu. Ewangeliccy mieszkańcy wsi należeli
częściowo do parafii w Starych Bogaczowicach, a częściowo, w
Boguszowie.
"1826
r. w niedzielę Laetare
powstał ogień w gminie Lubomin, gdzie spaliły się dwa gospodarstwa
kmiece w zachodniej części wsi, ogień rozszerzył się na skutek silnego
wiatru aż do Górnej Strugi gdzie dom nr 4 padł pastwą płomieni."
Cyt. z
WKKLA
W XVIII w., dla szczupłości miejsca przy
Kościele, założono
nowy cmentarz. Jest to jedno z tych nielicznych miejsc na Dolnym
Śląsku, gdzie
nie zlikwidowano grobów niemieckich. Mam nadzieję, że moim następcom,
nie przyjdzie
do głowy, rozkopywanie tych grobów.
W 1840 r. wieś
była własnością rodzeństwa von Zieten. Było 76 domów, wolne sołectwo z
gorzelnią, filialny kościół katolicki z plebanią, do której należał
las, ale msze odbywały się tylko w święta. Była filialna szkoła
ewangelicka z nauczycielem, młyn wodny z gorzelnią (tak mówią źródła,
ale gdzie taki mógł się mieścić, to ja sobie nie wyobrażam. Co innego
gorzelnia.) i 4 gospody, trzymano 210 sztuk bydła, a wśród
mieszkańców
było 26 rzemieślników i 13 handlarzy.
Chociaż wydaje się to nieprawdopodobne, ale w tym czasie
kolejny raz, powstała w Lubominie Kopalnia Węgla Kamiennego "Bismarck's
Höhe". Nie pamiętam, żeby ktoś wspominał o pozostałościach
takiego poważnego przedsięwzięcia. No - ale mamy to na papierze i trzeba przyjąć, że tak na prawdę było.
Od 1876
do 1891 roku właścicielem majątku liczącego 48 ha był Ernst Tschersig
(Tschersich)
- właściciel ziemski z Białego Kamienia.
ŻYCIE CODZIENNE W
ADELSBACHU I LIBERSDORFIE *
STOSUNKI SPOŁECZNE
W średniowieczu, jak również i w okresie późniejszym
rozwój oraz funkcjonowanie Strugi było ściśle związane ze Starymi
Bogaczowicami, Lubominem i Szczawnem.
Przeglądając stare kroniki, można zauważyć, jak wielką
wagę przywiązywano w życiu społecznym, do osób które pełniły jakieś
funkcje. Poza dziedzicem, zawsze wymienia się sołtysa, ławników
sądowych, kościelnych, dzwonników a także duchownych obydwu wyznań i
nauczycieli. Taki podział obowiązków i rang, pozostał aktualny aż do II
Wojny.
Ponad wszystkimi zawsze stali dziedzice Pałacu. Oni mieli
najwięcej ziemi, budynków, służby, dobytku i maszyn. Jednak ich rola
nie polegała jedynie na czerpaniu zysków. Ich dobrobyt i spokój zależał
bardzo wyraźnie od dobrobytu wioski i od spokoju na świecie. Lata dobre
i złe, susza i nadmierne deszcze potrafiły doprowadzić do ruiny także i
Dziedziców. Dlatego - w pewnej "szlachetnej izolacji", ale musieli żyć
wraz z ludźmi, służąc sobie nawzajem.
Kroniki prawie zawsze, zgodnie wymieniają Jaśnie Państwo,
jako hojnych wspomożycieli Wspólnoty, Parafii i Gminy Adelsbach. Oni
też byli ostatnią - ale pewną instancją, kiedy przychodził pożar,
powódź albo klęska nieurodzaju.
Trochę w mniejszym stopniu Dziedzice odczuwali rekwizycje,
grabieże i podatki w czasie wojen czy przemarszu wojska. W końcu ich
talar, nie był równy talarowi komornika, ale i tak, los właścicieli
Pałacu przeplatał się z losem mieszkańców.
Zaczęło się dziać inaczej, kiedy Właścicielami stawali się
ludzie obcy, nie mieszkający na co dzień w Adelsbachu. Wówczas los
mieszkańców, powoli stawał się im obojętny. Zwykła jednak
przyzwoitość nakazywała jednak aby od czasu do czasu, kupić choćby nowe
piękne świece do Kościoła, albo otynkować szkołę.
***
Funkcję zwierzchnią we wsi pełnił, podobnie zresztą jak i
obecnie, sołtys (początkowo była to funkcja dziedziczna). Zajmował się
on sprawami
administracyjnymi wioski, jak np. podatki, daniny i obowiązkowe
dostawy. Podlegał on bezpośrednio właścicielowi dóbr oraz księciu
(któremu w okresie wojny zobowiązany był dostarczać m.in. konie).
Jednak z racji pełnionej funkcji był zwolniony z podatków i
obowiązkowej daniny od swoich gruntów, nie mógł ich jednak sprzedawać
ani w części, ani w całości, chyba że na osobiste życzenie księcia.
Miał za to znaczący wpływ na decyzje sądu, w którym
zasiadał obok innych ławników. W jego kompetencjach leżały m.in. sprawy
majątkowe, dotyczące prawa własności, dziedziczenia, kradzieży,
lekkich uszkodzeń ciała oraz wszelakich sporów między ludźmi, jak
również baczenie na gospodarkę rolną.
***
Społeczność wiejska składała się z kmieci, zagrodników,
chałupników i komorników. Każda grupa była zróżnicowana pod względem
wielkości gospodarstw, liczby inwentarza oraz rodzaju obciążeń wobec
dziedzica. Również i tutaj podział był wyraźny przez całe stulecia.
Kmiecie (Bauer) tworzyli najbogatszą grupę ludności
wiejskiej, zarazem najmniej liczebną. Powierzchnia ich gospodarstw
liczyła 1 - 2 łany ziemi (ok. 30 ha), zależnie od terenu.
Zagrodnicy (Gärtner) należeli do ludności znacznie
uboższej. Na ich dobytek, składał się dom i niewielki kawałek pola.
Powierzchnia ich gospodarstw liczyła od 1 do 5 morgów ziemi (ok. 5 ha).
Chałupnicy (Häuler) różnili się nieznacznie od grupy
poprzedniej. Zazwyczaj posiadali tylko dom z ogrodem.
Komornicy (Haussmann) stanowili najliczniejszą grupę
mieszkańców. Nie posiadali domu ani własnej ziemi. Utrzymywali się z
pracy najemnej u bogatszych chłopów i w folwarku. Mieszkali kątem u
kmieci, zagrodników czy chałupników.
W Starych Bogaczowicach mieszkał także kat - który
obsługiwał również Adelsbach i Libersdorf. Jego funkcja, nie była
bynajmniej symboliczna. Chociaż obsługiwał sześć miejscowości - nie
miał tu wiele roboty.
***
Poza rolnikami, wielu gospodarzy trudniło się innymi
zawodami: 10 krawców, 7 szewców, mleczarze, owczarze, młynarze
(wspomnijmy tutaj słynny Dolny Młyn, z czasem zamieniony w zajazd i
restaurację), piekarze (z tym zawodem wiązały się zezwolenia i duże
opłaty, dlatego niektórzy z mieszkańców, trudnili się pokątnym
wypiekiem), był jeden albo dwóch rzeźników. Istniały też mające zawsze
klientów warsztaty: kowala, stolarza i bednarza.
Po zniesieniu przywileju piwnego dla Świebodzic w 1651
roku, powstały również dwa browary w Adelsbachu, co jest o tyle ważne,
że piwo było artykułem pierwszej potrzeby (tak jak dzisiaj herbata czy
kompot).
Wspomnieć trzeba także o powstających karczmach i
zajazdach - taki był sposób życia. Były to miejsca towarzyskich
spotkań, ale też miejsce odpoczynku, dla znużonych turystów
powracających z Zamku Cisy (przez Dolny Młyn), oraz dla wczasowiczów ze
Szczawna Zdroju (miesięczny pobyt starano się urozmaicić odwiedzinami
także tutaj).
O takich odwiedzinach - "turystycznych", można
gdzieniegdzie znaleźć wzmiankę - w czasach dawniejszych:
"Zamek (Cisy) miał być podług powieści przez Mikołaja Czeschhaus
zbudowany i był w tym czasie zajętym i zburzonym, gdy Szwedzi podczas
30-letniej wojny tę całe okolicę spustoszyli. Wierni służący dawnego
właściciela zamku wybawili naonczas przez podstęp pana swojego z rąk
nieprzyjacielskich. Włożyli go bowiem w koryto i przykrytego suknem
zanieśli go do Hohenfriedberg [Dobromierza]. Tu założył odtąd
pomieszkanie swoje z żoną pochodzącą z familii Bibra i wybudował tu
przez wdzięczność wybawienia swego kościół (***).
Od tego czasu
zwaliła
się reszta murów pozostałego zamku, tak że rzadko kto te strony
odwiedza, przecież aż do Hohenfriedberg ma romantyczne powaby dla
ogromnych skał bałwanów, które się po wszystkich prawie dolinach i
parowach w rozmaitych postaciach malują, a z tego względu warta jest ta
okolica, aby była odwiedzana.
Stąd można na
Adelsbach powrócić do Salzbrunn [Szczawna Zdroju]. Kto z tego miejsca
kąpieli odwiedza te zburzone mury zamku i nie nudzi się jednostajnościa
pustej drogi aż do Adelsbach, ten w austerii wspomnionej Adelsbach może
bezpiecznie powóz i konie zostawić i resztę niewiele drogi pieszo do
ruin odprawić."
Wody mineralne śląskie i
hrabstwa glackiego.- Karol Fryderyk Mosch Wrocław 1821
Także w czasch nieco nam współcześniejszych, ten czy ów
odnotowywał takie wizyty:

"W Salzbrunn natomiast wojny w ogóle nie odczuwano. Nasz hotel był
zarezerwowany przede wszystkim dla rannych. Nie na ostatnim miejscu,
zawdzięczaliśmy to nasze rzeczywiście dobre tu lokum i zaopatrzenie
naszym przyjacielskim, datującym się jeszcze od czasów przedwojennych
stosunkom z Karlem Hanke, teraz gauleiterem Wrocławia. Parę razy nas w
Salzbrunn odwiedzał, a my wykorzystywaliśmy te spotkania z nim także po
to, aby zwiedzić okolicę. To było dla mnie szczególnie interesujące ze
względu na budowanie na Śląsku Kwatery Głównej Führera. Oprócz
fundamentów nic tam jeszcze nie można było zobaczyć. Również w zamku
Furstenstein (Zamek Książ) nie było widać żadnego znaczniejszego
postępu robót."
Byłem adiutantem Hitlera - Nikolaus von Below.
Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1990.
Dodajmy, że Nikolaus von Below, przebywał tu na kuracji po
zamachu na Hitlera - 20 lipca 1944 r. Został wtedy ranny i musiał się
poddać kilkumiesięcznej rekonwalescencji.
Na początku wieku XIX oraz po klęskach z lat 1806/07
zaczęto przeprowadzać reformy społeczne pod naciskiem politycznym
pruskiego ministra barona von Steina. Zniesione zostało poddaństwo
(1807), ustanowiono nowe przepisy regulujące status społeczny i relacje
pomiędzy szlachtą, a ludźmi wolnymi. Zmienił się również i podział na
kmieci i inne stany. Pozostali bauerzy, którzy różnili się ilością
posiadanej ziemi, komornicy i rzemieślnicy. Tęsknota jednak za swoim
kawałkiem roli, za maleńkim choćby gospodarstwem pozostała nadal.
GOSPODARKA
Życie mieszkańców Adelsbachu i Libersdorfu nie było usłane różami.
Walka o byt i chleb codzienny, obciążenia podatkowe i praca świadczona
na rzecz możnych były przysłowiową ''drogą przez mękę", lecz miłość do
ziemi, jak również chęć przetrwania były silniejsze od wszystkich
upokorzeń i niepowodzeń, co utwierdzało o słuszności życia i
funkcjonowania na tym dolnośląskim padole.
Odnosiło się to również do potencjalnych osadników, którzy
wabieni przepiękną śląską krainą i dobrymi perspektywami na rozwój
licznie przybywali w te okolice. Niektórzy z nich, ciężko pracując całe
lata, ciułając grosz do grosza, oszczędzając na wszystkim, co możliwe i
wyrzekając się wszelkich uciech powiększyli z czasem stan posiadania,
poprawiając tym samym również swój byt materialny.
Obowiązkowe daniny i dostawy na rzecz możnych były duże.
Miały one głównie postać odpowiednich ilości pszenicy, żyta, czy owsa
liczonych od wielkości każdego gruntu, jak również postać pieniędzy,
czy też świadczonej pracy. Osobiste świadczenie pracy w majątku
polegało na tym, iż raz do roku chłop zobowiązany był pracować ze swoim
zaprzęgiem (wołu lub krowami) trzy dni na włościach dziedzica. Dostawy
obowiązkowe miały miejsce również i na rzecz kościoła, z którym
miejscowi byli związani.
W gospodarstwach i na polach używano (jeszcze do końca
XVIII w.) m. in. pługu, ulepszonej wersji polskiego pochodzenia
spulchniacza ziemi, a także brony, taczki, cepa do młócenia zboża,
rzeszota, wialni itd. W powszechnym użyciu były drewniane wozy,
poruszające się na nie podkutych kołach. Zwierzęciem pociągowym były
woły i krowy. Na konia mógł sobie pozwolić bauer.
Tak było oczywiście do wieku XIX. Później obydwie wioski
(a właściwie trzy, - ponieważ Strugę wyraźnie dzielono na dwie
miejscowości Nieder i Ober Adelsbach) stawały się coraz bardziej syte i
zaprzężenie do wozu krowy stało się reliktem przeszłości. Zmieniły się
też i unowocześniły narzędzia rolne.
W pierwszej połowie lat 20-ch XX stulecia, rozwój wsi
stawał się coraz bardzie widoczny. Modernizacja w coraz większym
stopniu wkraczała w życie mieszkańców. Modernizowano sprzęt rolniczy.
Coraz częściej kosiarka i żniwiarka zastępowała kosę,
wprowadzone zostały do użytku snopowiązałki , pierwsze ciągniki oraz
pługi z napędem motorowym.
Do początku XX stulecia, domy oświetlano kagankami,
świecami. Na zewnątrz drogę oświetlano sobie pochodniami. Na krótko
przed wybuchem I wojny światowej rozpoczęto elektryfikację wsi, którą
opóźnił wybuch wojny, lecz już w 1915 r., większość gospodarstw używała
światła elektrycznego.

Tym samym do historii odchodził polski wynalazek w postaci
lampy naftowej, która do powszechnego użytku weszła dopiero w latach
1860-1865.
Prądu elektrycznego zaczęto używać także do napędu sprzętu
rolniczego, jak np. młockarni. Zdecydowanie usprawniło to przeróbkę
płodów rolnych i przygotowanie ich do późniejszej sprzedaży. Do tego
czasu do napędu maszyn rolniczych używano licznych we wsi koni
pociągowych.
Byli oczywiście również i tacy, którzy z dużą dozą
nieufności podchodzili do tych innowacji, lecz i oni z czasem
przekonali się do nich przystępując tym samym do stworzonej wówczas
wspólnoty korzystającej z prądu elektrycznego (niem,
Elektrizitats-Genossenschaft). Przez jakiś czas jeszcze używano maszyn
parowych (także i w tutejszym majątku), ale i one po dłuższym okresie
zastąpione zostały przez nową generacje nowinek technicznych, choć
pierwotnie ich posiadaczami byli jedynie ci co bardziej zamożni
bauerzy, którzy za stosowną opłatą wydzierżawiali je pozostałym
rolnikom.
Także bezpośrednio przed wybuchem I wojny światowej
zainstalowane zostały pierwsze we wsi telefony.
Niedługo po zakończeniu wojny pojawiły się pierwsze
samochody, natomiast zaraz po wyborze Paula von Hindenburga na
prezydenta Niemiec w roku 1923, także i odbiorniki radiowe
(słuchane pierwotnie wyłącznie przy pomocy słuchawek, a następnie już z
wbudowanymi głośnikami).
Drogi w Strudze, były zawsze złe. Zwłaszcza jesienią i
wiosną, zamieniały się w błotne topiele. Na rycinie Lubomina z początku
XX wieku, wyraźnie widać, że główna droga jest tylko ubitym ziemnym
traktem. Wszystkie trzy istniejące drogi, łączące Strugę i Lubomin ze
światem zewnętrznym, były polnymi traktami. Oczywiście zimą nikt ich
nie odśnieżał, więc podróżowało się tak, jak dało się przejechać.
Dopiero pod koniec XIX wieku droga ze Szczawna do Starych Bogaczowic
została wybrukowana.
PROBLEMY EKONOMICZNE

Miernikiem i wyznacznikiem wartości w dawnych
czasach było srebro, które ważono. Dawny pieniądz (markę) dzielono
na części czwartą, szóstą oraz dwudziestą czwartą. Bito również srebrne
grosze, jednakże gdy stwierdzono, iż są one nietrwałe, do
produkcji srebrnych monet zaczęto dodawać metale nieszlachetne. Od tego
czasu monet nie ważono, lecz liczono ich wartość.
Częste zmiany polityczne i kryzysy państwowe z biegiem lat
zmieniały pieniądz i jego wartość (grosze, talary, guldeny, marki).
Kronikarze skrzętnie podają ile kosztowały najważniejsze produkty w
mijających dziesięcioleciach: pszenica, żyto, jęczmień, owies,
groch, wyka, funt lnu, sztuka lnianych nici … Dzisiaj tego nie
rozumiemy, ale dla ówczesnych były to bardzo poważne sprawy.
Ponieważ od zawsze, rolnictwo było tutaj najważniejszym
zajęciem i źródłem dochodu, dlatego wszystko to co wpływało na plony
miało pierwszorzędne znaczenie. Szczególnie ważna była pogoda. Zbyt
mroźna zima, ulewne deszcze, susza czy niszczące wiatry zawsze napawały
grozą mieszkańców i często powodowały nieurodzaj, wręcz głód.

"Co się tyczy 1846 roku to oczekujemy tegorocznej zimy z wielkim
niepokojem. Zboże obrodziło bardzo skąpo z powodu wielkiej suszy lub
braku deszczu, a ziemniaki prawie zupełnie się nie udały.
Jednak Pan Bóg
Wszechmocny, Wszechmądry może przecież wszystko zmienić na dobro, w
swojej Boskiej mocy twórczej potrafi zawsze jeszcze, tak jak dotąd się
to często zdarzało, z niewielkiej ilości zrobić dużo, a z rzecz
zdawałoby się niemożliwych zrobić możliwe. Jemu chcemy więc zaufać, bo
On nas nie opuści, ani nie zawiedzie." Cyt. z WKKLA
Innym ważnym czynnikiem był spokój na świecie. Niestety
Śląsk był łakomym kąskiem dla wielkich tego świata i często kończyło
się to wojnami. Wedle mojej wiedzy tylko dwa razy słyszano tutaj szczęk
oręża, o wiele częściej Parafia była przystankiem dla przeciągających
wojsk: pruskich, austryjackich, szwedzkich, rosyjskich, francuskich.
"Całe królestwo zostało w ciągu kilku miesięcy opanowane przez wroga a
także Struga otrzymała nieprzyjacielskie oddziały na kwaterę i
wyżywienie. U wielu mieszkańców doprowadziło barbarzyńskie traktowanie
przez wroga do nędzy, jak też zmniejszające się zarobki. Aż do 1809 r.,
pozostawały nieprzyjacielskie wojska tutaj i naszą miejscowość i całe
państwo zupełnie wyniszczyły. Niesłychane kontrybucje wojenne
spowodowały całkowite zubożenie wielu mieszkańców." Cyt. z WKKLA rok
1806
Każda inna wojna - a było wiele, przynosiła podobne
skutki: drożyzna, kontrybucje, bandyckie napady, głód. Trzeba też
wspomnieć, że nieszczęścia te a zwłaszcza Wojna Prusko - Austryjacka
(1866 r.), Pierwsza i Druga Wojna domagały się też daniny krwi od
synów tej ziemi. Wielu z nich nigdy nie wróciło do domu.
OBYCZAJE

Wbrew pozorom życie tutaj nie było prymitywne. W 1775 roku
kronikarz zapisał:
"Młodzież
szkolna i nauczyciele pozostają obecnie pod nadzorem Jana Gottfryda
Thiemsa, ewangelickiego duszpasterza w Szczawnie. Obecny drugi
ewangelicki nauczyciel i pisarz sądowy obu gmin Górnej i Dolnej Strugi,
Jan Fryderyk Becker, pochodzi z Baerschdorf w księstwie legnickim,
przybył we wrześniu 1764 roku z Boguszowa, gdzie był nauczycielem
pomocniczym." Cyt.
z WKKLA
W parafiach protestanckich, bardzo dbano o dobre szkoły.
Często je wizytowali dostojnicy kościelni, a nauczycielom stawiano duże
wymagania. Również w bliższych nam czasach, Szkoła była oczkiem w
głowie dla zarządu gminy.
Ludzie - także ubożsi, czytali książki, później
prenumerowano gazety. We wszystkich domach, z których musieli
wyprowadzić się Niemcy, zostały całe biblioteczki niemieckiej
beletrystyki i książek fachowych. Chętnie pisano obszerne listy do
bliskich, słano dziesiątki pocztówek. Również Struga?! miała swoje
własne pocztówki, które dzisiaj krążą po Internecie.

***
Dzień przeciętnego mieszkańca zaczynał się bardzo
wcześnie, wstawano i śniadano już o 5 nad ranem. Posiłek główny na
kształt dzisiejszego obiadu spożywano o 9 przed południem, natomiast
wieczór zaczynał się o godzinie 4 po południu. Całkowicie wolne od
pracy były niedziele i liczne święta ewangelickie i katolickie.
Świętowano przy różnych okazjach. Najważniejszymi
wydarzeniami obok uroczystości rodzinnych były zmiany pór roku
oraz uroczystości kościelne. Organizowano wtedy procesje, podczas
których zebrana ludność paradowała głównym traktem w odświętnych
strojach i z odpowiednimi atrybutami. Podczas tych uroczystości
śpiewano pieśni, aktorzy odgrywali swoje spektakle, a kuglarze
pokazywali wszelakie sztuczki. Pielgrzymi okazywali dewocjonalia i
relikwie przywiezione z dalekich krajów, a radość pośród gminu była
wielka. Była to również doskonała okazja do wysłuchiwania opowieści
wszelkiej maści wędrowników, którzy opowiadali o tym, co widzieli i
słyszeli w głębi sąsiadujących ze Śląskiem królestw, jak również
i w krajach dalekich.
Podczas tych uroczystości spożywano przyprawiane
ciasta, różnego rodzaju pieczenie, raki, warzywa i owoce, które
to potrawy raczej niezbyt często podczas codziennych posiłków gościły
na stole przeciętnego mieszkańca.
W 1734 roku, sprowadzono na Śląsk ziemniaki i to one
zaczęły zdobywać stoły i podniebienia Ślązaków - zastąpiły chleb i
podpłomyki, które stanowiły do tej pory podstawę każdego posiłku.
Podczas świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy w każdym domu
przygotowywano typowo dolnośląskie potrawy, jak na przykład ciasto z
kruszonką, makowiec, bułeczki z rodzynkami. Zarzynane były również i
zwierzęta, z których przygotowywano kiełbasę oraz inne potrawy mięsne.
Protestanci z kolei przygotowywali kluski z makiem, które przygotowane
z ziemniaków z dodatkiem maku były wpierw gotowane, a następnie smażone
z dodatkiem cukru. W gospodach odbywały się wtedy tańce. Wstawiano tam
również specjalne stoły, na których grano w kości, a nagrodami dla
zwycięzców były między innymi serca z piernika. W zabawach brali udział
wszyscy mieszkańcy wsi, tak starzy, jak i młodzi.
Najczęściej uprawianym zajęciem, było tkactwo lniane. Do
jego rozwoju przyczyniły się tutejsze warunki i konieczność życiowa.
Prawie połowa mieszkańców znajdowała zatrudnienie przy uprawie,
folowaniu i bieleniu sukna. Długa zima dawała też mnóstwo czasu na
mozolne uprawianie tego zawodu - ale też tworzyło to przez stulecia
specyficzną kulturę tego regionu.
Z tego okresu pochodziła również tradycja tzw. "wieczorów
tkackich" (niem. Spinnenabende), która przetrwała aż do czasów
ostatniej wojny. Wieczory te organizowane przeważnie w porze
jesienno-zimowej, kiedy zmierzch zapada dosyć wcześnie miały formę
spotkań towarzyskich, podczas których tańczono, śpiewano i przędzono
właśnie len. Częstym widokiem były wówczas grupy dziewcząt i gospodyń
wiejskich podążające ze świecącymi lampionami do wyznaczonego na "
wieczór tkacki" domu. Po wielu latach, gdy ta gałąź gospodarki
całkowicie zanikła pozostały po niej jedynie wspomnienia oraz właśnie
tradycje "wieczorów tkackich". W niektórych domach jeszcze pod koniec
II wojny światowej znajdowały się resztki sprzętu tkackiego, jak na
przykład kołowrotki, czy wrzeciona.
Nie była to jednakże jedyna tradycja pielęgnowana wówczas
przez tutejszą ludność, było ich oczywiście więcej.
Dość znanym zwyczajem było tutaj także tzw. "Zaproszenie
do grobu" (niem. Zu Grabe bitten). Polegało ono na tym, iż po śmierci
jednego z mieszkańców, gospodyni domu lub ktoś z bliskich krewnych
chodził od domu do domu i przekazując wiadomość o śmierci informował
gdzie i kiedy odbędzie się pochówek.

***
Odzienie wierzchnie przeciętnego mieszkańca składało
się ze swojego rodzaju spodni i bluzy oraz wiązanych trzewików ze
skóry. Na głowę zakładano kapelusz ze słomy lub filcu, którego forma
przypominała raczej czapkę.
Natomiast damska garderoba składała się z części spodniej,
spódnicy i stanika (a raczej gorsetu podtrzymującego biust). Część
spodnia ubioru była raczej jednakowa dla obu płci i składała się z
obszernej koszuli.
Z kolei ubranie odświętne na specjalne uroczystości było
swojego rodzaju wyznacznikiem majętności oraz pozycji
społecznej. Nakładano wtedy np. spódnice obszyte futrem, spodnie
przeszyte aksamitem i przyozdobione barwnymi tasiemkami, kolorowe
rajstopy, a podczas chłodniejszych dni rękawiczki. Jednakże nie były to
rękawiczki w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, lecz swojego rodzaju
nakładki z materiału na każdy palec z osobna. Do tego jako ozdobę
na głowę dziewczęta nakładały wieńce.
***
Ówczesne domy budowane były w bardzo prosty sposób z
drewna oraz urządzane nader skromnie. Wyposażano je tylko w
najpotrzebniejsze sprzęty dające minimum wygody (w obecnym mniemaniu).
Ciepło oraz światło dawał ogień palony na palenisku, z którego dym
odprowadzany był przez drewnianą rurę w kształcie komina. Nic dziwnego
więc, iż gospodarz żył w ciągłym strachu przed pożarem, który mógł
wybuchnąć w każdej chwili, zajmując drewniane ściany i słomiane
poszycie dachu, pociągając za sobą ofiary w ludziach i sprzęcie (co
zresztą zdarzało się dosyć często). Natomiast z racji, iż w okresie
zimowym chata nie dawała zbytniej ochrony przed zimnem, tak więc ta
pora roku traktowana była jak najgorszy wróg, a wiosna jak najlepszy
przyjaciel, którego oczekiwano z ogromną tęsknotą.
Mniej więcej w połowie XIX w. począł zmieniać się także i
wygląd wsi. Wraz z rozwojem budownictwa zaczęły znikać kurne chaty
budowane z drewna i kryte słomą. Przybywało domów murowanych krytych
dachówką, a pomieszczenia mieszkalne stawały się obszerniejsze i
jaśniejsze z racji montowania większych okien.
DZIEJE STRUGI W XX
WIEKU

W latach 1898-1905
majątek jest własnością Fischera i wspólników z Białego Kamienia.
W latach 1909-1912 przejmuje Tietze z wspólnikami;
W latach 1917-1922 Emanuel Aufricht - kupiec z Wrocławia;
W 1930 roku majątkiem zarządza wdowa po nim.
W 1937 roku właścicielem dóbr w Strudze, Lubominie i Starych
Bogaczowicach (łącznie 523 ha) jest mistrz budowlany Rudolf Kreibe.
 |
 |
Widokówka ze Strugi
(ok. 1936 rok) |
To samo miejsce w
roku 2006 |
***
DZIEJE LUBOMINA W XX
WIEKU
W
latach 1898 - 1905 majątek jest własnością Fischera i wspólników z
Białego Kamienia (liczy wówczas 76 ha), W II półwieczu XIX w. wieś
bardzo szybko rozwijała się, co było spowodowane powstawaniem w okolicy
kopalni i innych zakładów przemysłowych, w których mieszkańcy
znajdowali pracę.
W latach 1909 -1912, Libersdorf przejął
niejaki Tietze z wspólnikami; w latach 1917-1922 Emanuel Aufricht -
kupiec z Wrocławia; w 1930 roku - mniejszym już majątkiem (22 ha)
zarządza wdowa po nim. W 1937 roku właścicielem dóbr w Lubominie,
Starych Bogaczowicach i Strudze (łącznie 523 ha) jest mistrz budowlany
Rudolf Kreibe.
Lubomin jest dosyć korzystnie
położony w centrum Gór Wałbrzyskich i często wędrowali tędy turyści. We
wsi były gospody, także z miejscami noclegowymi.
Po 1945 r.
Lubomin zachował swój charakter rolniczy, ale nadal duża część
mieszkańców pracowała w przemyśle. We wsi, powstają nowe domy, leży
bowiem w bezpośrednim sąsiedztwie Wałbrzycha i Szczawna Zdroju,
stanowiąc atrakcyjną lokalizację dla budownictwa jednorodzinnego.
Niestety Lubomin, nie ma tyle przestrzeni na zabudowę jak Struga. Ma
też znaczenie turystyczne.
Po zniknięciu dawnego schroniska na
Trójgarbie, w latach 1977 - 86 zbudowano na końcu wsi bacówkę PTTK.
Obiekt wzniósł Zakład Remontowo - Budowlany PTTK z Kowar według
projektu "Balneoprojektu" z Wrocławia, który zaadaptował rozwiązanie
powielane w Karpatach. Inicjatorem budowy był ówczesny sekr. Zarządu
Wojewódzkiego PTTK w Wałbrzychu Zygmunt Jodłowiec. Lokalizacja okazała
się jednak niezbyt atrakcyjna i przez szereg lat obiekt cieszył się
umiarkowanym zainteresowaniem turystów. Dzisiaj obiektem zajmuje się
jedna z naszych rodzin - z umiarkowanym powodzeniem.
DWIE WOJNY ŚWIATOWE

W 1914 r. wybuchła I wojna światowa. Mieszkańcy Adelsbachu
przepojeni niemieckim patriotyzmem również dali się ponieść wojennym
nastrojom. Odbywały się zebrania i narady, śpiewano patriotyczne pieśni
i odgrażano się wrogom cesarza. Sam wybuch wojny i późniejsze
wydarzenia na jej frontach nie zmieniły praktycznie niczego w
codziennym życiu z tej racji, iż działania wojenne toczyły się z dala
od Dolnego Śląska i nigdy tutaj nie dotarły.

"1914 -
Cesarz, jesienią tego roku, podczas planowanego pobytu w Szczawnie,
zamierzał odwiedzić księcia von Pless. Wybuch wojny światowej
przeszkodził mu nie tylko w tym zamiarze. Ważniejsza bez porównania
była walka o niepodległość. Starzy i młodzi spieszyli do broni. Małe
lokalne zdarzenia, zostały przysłonięte wielkimi.
1915 - Przejście, od starego do nowego roku, tym razem było tylko
symboliczne. Cicho i bez hałasu, lecz z dostojną powagą był obchodzony
początek roku. Czas wojny odcisnął soje piętno. Gorliwie zbierano datki
dla Czerwonego Krzyża. (***)
Zaciągnięto pożyczkę wojenną. Na polu chwały zostawali
liczni ojcowie i synowie naszej ojczyzny. Zaszczytne odznaczenia były
także dowodem bohaterstwa synów naszej okolicy
1916 - Nie spełniła się nadzieja, że pożar światowy skończy się w tym
roku. Przeciwnie, pochodnia wojny rozpalała się coraz bardziej. Ceny
żywności idą w górę, potrzeby rosną, jednak nasi żołnierze pełnią przy
granicach wierną wartę, z godziny na godzinę dając dowody swego
bohaterstwa. W morzu małoznaczących spraw ugrzęzną w wojennych latach,
wystarczające w normalnym czasie, a zwielokrotnione przez wojnę
konieczne lokalne środki.

1917 - Z niezmniejszającym się, strasznym okrucieństwem
wojna toczy się
dalej, jej machina jest w ruchu. Przed nieprzyjaciółmi, bronią ojczyzny
nasi żołnierze.
1918 - W nieugiętym obowiązku wierności stoją nasi żołnierze na
frontach całego świata.
9 listopada wybucha czerwona rewolucja. Jak
żołnierze
niemieccy odnosili się do tej sprawy, opisał Adolf Hitler w swojej
książce "Moja Walka".
Zostało podpisane zawieszenie broni.
Adolf Hitler w "Mojej Walce" pisze: Tysiąclecia przeminą,
ale nikt i nigdy nie będzie mógł mówić o bohaterstwie, bez wspominania
niemieckiego żołnierza wojny światowej. Wtedy uwidoczni się, z welonu
przeszłości, z wnętrza żelaznego frontu, nie trzęsący się, ale
nieustępliwy, pomnik stalowego hełmu nieśmiertelności. Dopóki jednak
Niemcy żyją, rozważą, że to niegdyś byli synowie ich ludu.
Chronik der Stadt Freiburg i. Schl.
Na naszym terenie, przed Wielką Wojną,
ludzie żyli raczej
dostatnio. Ziemia była płodna, sposób gospodarzenia nowoczesny. Ci
którym to nie wystarczało, pracowali w mieście. Od momentu, jak linia
kolejowa z Wrocławia dotarła do Wałbrzycha, górnictwo rozkwitało.
Zarobki górników węgla w zagłębiu dolnośląskim w 1913 r. wynosiły
średnio 1098 marek rocznie (kilogram chleba kosztował wtedy 27 fenigów,
zaś kilogram mięsa wołowego 1 DM i 80 fenigów), były to najwyższe
dochody dla zwykłego robotnika na Dolnym Śląsku. Kopalnie do końca
wojny dawały pewny i wysoki zarobek. Często jednak, w miarę postępu
wojny - zapłata dawana była w tzw. pieniądzu zastępczym lub w
naturze.
Chociaż Niemców przygotowywano do wojny – to raczej w przekonaniu, że
będzie trwała kilka miesięcy i przyniesie Rzeszy ogromny sukces i
jeszcze większy dobrobyt. Spodziewana Wojna wybuchła 28 lipca 1914 r.
po zamachu w Sarajewie.
W pierwszych dniach wojny nastąpiło ogromne bezrobocie,
spowodowane przez mobilizację i likwidację wielu miejsc pracy –
szczególnie w małych firmach. Często do wojska zgłaszali się drobni
przedsiębiorcy – a ich pracownicy, lądowali na bruku. Ten stan trwał
przez kilka pierwszych miesięcy. Później sytuacja na rynku pracy
unormowała się.
Powoli jednak zaczynało brakować towarów na
półkach
sklepowych. Pojawił się czarny rynek. Państwo starało się
reagować na pogarszającą się sytuację. Pod koniec 1914 r. ustalono ceny
maksymalne na większość artykułów. W lutym 1915 r. na Dolnym Śląsku
wprowadzono kartki na chleb i mąkę, a w czerwcu reglamentacją objęto
kaszę, mięso, tłuszcze, mleko, jarzyny, marmoladę a także obuwie,
odzież bieliznę, mydło i naftę.
W połowie 1915 r. w całych Niemczech ogłoszono powszechną
zbiórkę metali niezbędnych dla armii.
W 1916 r. ogólna sytuacja pogorszała się z miesiąca na miesiąc. Teraz
zaczęło brakować rąk do pracy, produkowano mniej - produkty zaś
były gorszej jakości i coraz droższe. Wojna trwała już dwa lata – o
wiele dłużej niż zakładano. Od tej chwili produkcja w Niemczech
przestała nadążać za zamówieniami frontu i potrzebami kraju. Pojawiły
się na rynku niezliczone artykuły zastępcze. Dzieci przymuszano
do chodzenia boso, aby oszczędzić surowce na potrzeby wojenne. Na
jednym plakatów
wojennych, można przeczytać takie słowa:
Oszczędzaj
mydło!
Ponieważ ono składa z tak
teraz
potrzebnego i rzadkiego tłuszczu i (?)
Ale jak?
Nie zanurzaj nigdy mydła w
wodzie
w której się myjesz!
Nie trzymaj go nigdy pod
strumieniem wody!
Unikaj zbędnego spieniania!
Przechowuj kostkę mydła zawsze
suchą!
Nie wyrzucaj resztek mydła!
Pomagaj sobie używając
szczotek,
piasku, pumeksu, popiołu z drzewa,
trawy do szorowania (?), popiołu z
papierosów,
oraz poprzez częste mycie w ciepłej wodzie!
Komisja wojenna do spraw (?) I tłuszczu
Berlin ….
Dość wyraźnie spadały płace, obcinano przydziały kartkowe,
drożały coraz bardziej podstawowe artykuły (kilogram chleba w lipcu
1916 r. kosztował 40 fenigów, zaś kilogram mięsa wołowego 4 DM
i 34
fenigów).
W 1918 r. rezerwy materiałowe i wszelkie inne Rzeszy
Niemieckiej były w takim stanie, że widomym było, że będzie to ostatni
rok wojny. Mając tego świadomość, Rząd Rzeszy postanowił rzucić
wszystko na ostatnią szalę – nie licząc się z kosztami. Początkowo taka
polityka przyniosła sukcesy militarne, ale letnia kontrofensywa
aliantów sprawiła, że Niemcy stały się praktycznie bezbronne.
Takie działanie Rządu, doprowadziło do zapaści gospodarczej państwa. Na
rynku, brakowało wszystkiego, a produkowana żywność często nie nadawała
się do spożycia. Rosły ceny i podatki (kilogram chleba w lipcu 1918 r.
kosztował 45 fenigów, zaś kilogram mięsa wołowego 3 DM i 70 fenigów).
11 listopada 1918 r. zakończyła się Wielka Wojna –
zakończyła się klęską Niemiec i ich sprzymierzeńców. Straty Niemiec
ocenia się na: 1 773 700 poległych, 4 216 058 rannych, 1 152 800
żołnierzy dostało się do niewoli lub zaginęło. Z 11 milionów
zmobilizowanych osób (w 1910 roku Niemcy liczyły 64 925 993
mieszkańców), straty wyniosły 65 %. Ten straszny bilans
pogłębia ogrom wydatków i strat materialnych (wydano w Niemczech na tą
rzeź, prawie 38 miliardów dolarów - według dzisiejszych szacunków).
Ponieważ Obydwie Miejscowości miały wtedy charakter ściśle
rolniczy, łatwiej było przeżyć mieszkańcom ten trudny czas. W sumie
wszystko co do życia było potrzebne, produkowano na miejscu. Działania
wojenne tutaj nie dotarły, więc nie było też i zniszczeń. Przez pewien
czas, istniały w Wałbrzychu Obozy Jenieckie, więc były może nawet
powody do dumy, że Wojna będzie wygrana i Francja, Anglia, Rosja – będą
się musiały sowicie wypłacić, żeby powetować niemieckie szkody. Ta
nadzieja nie spełniła się nigdy.
Była jednak straszna rzeczywistość, od której nie można
było uciec. Do wojska mobilizowano coraz to nowe roczniki i praktycznie
każda rodzina miała kogoś na froncie. Ze Strugi powołano 121 osób –
głównie ludzi młodych, ale w miarę ponoszonych strat, do wojska szli
także ojcowie rodzin. Z frontu, przychodziły co raz, wieści o klęskach,
odniesionych ranach – wreszcie przychodziły kolejne telegramy o śmierci
bliskich. Poległo 25 żołnierzy ze Strugi – 1/5 tych którzy poszli na
wojnę. W roku 1905 Struga liczyła 1041 mieszkańców – pod broń poszła
więc 1/10 z nich. Nie wiem, ilu powołano mieszkańców Lubomina, ale
procent musiał być podobny. W roku 1905 Lubomin liczył 1110 mieszkańców
– tak więc na front poszło ok. 140 mężczyzn. Ilu zginęło … Bóg raczy
wiedzieć.
Dzięki
życzliwości Państwa Mucha ze Strugi, wiemy dokładnie kto wojował z
Adelsbachu – wiemy też, kto i kiedy zginął: 
1. P. Klose -
zm.
1914-08-23
2. J.
Brodkorb
- zm. 1914-09-24
3. C. Stolz
-
zm. 1914-09-26
4. F.
Brodkorb
- zm. 1914-12-20
5. E.
Menzel -
zm. 1914-12-25
6. M.
Urlich -
zm. 1915-01-17
7. H. Morch
-
zm. 1915-03-11
8. O.
Fischer -
zm. 1915-03-27
9. G.
Thiersch
- zm. 1915-05-03
10. R. Mai
-
zm. 1915-06-26
11. H.
Winkler
- zm. 1915-10-23
12. W.
Unger -
zm. 1916-03-08
13. H.
Scholz -
zm. 1916-04-07
14. H.
Endorf -
zm. 1917-04-09
15. K.
Scholz -
zm. 1917-04-13
16. M.
Scholz -
zm. 1917-06-01
17. E. Kuhn
-
zm. 1917-07-22
18. A.
Latte -
zm. 1917-09-26
19. K.
Raupach
- zm. 1917-10-17
20. A.
Heinrich
- zm. 1918-02-10
21. P.
Gruner -
zm. 1918-04-27
22. G.
Scholz -
zm. 1918-05-28
23. R.
Seidel -
zm. 1918-08-30
24. O.
Klenner
- zm. 1918-10-21
25. A. Böhm
-
zm. nn
Lista Żołnierzy z Lubomina poległych w I Wojnie Światowej
W tym czasie do Lubomina należały także przysiółki Chełmiec (Hochwald)
oraz Lubominek (Neu Liebersdorf – nie jesteśmy w stanie wskazać
pochodzenia poszczególnych Zmarłych)
Dane pochodzą ze Strony WWW: https://www.kreislandeshut.de/kreis-landeshut/ehemalige-orte-im-kreis-landeshut/liebersdorf/
[2022-12-10]
1. Heinrich Barth
2. Wilhelm Bräuer
3. Fritz Demut * 1897-05-16 + 1919-01-15
4. August Demuth
5. Paul Drescher
6. Hermann Eckert
7. Hermann Ermlich
8. Hermann Feldmann
9. Heinrich Wilhelm Hamann
10. Hermann Hamann
11. Hermann Häusler
12. Paul Hoffmann
13. Karl Klinke * 1888-06-24
14. Fritz Kuttig
15. Alfred Maiwald * 1889-07-29 + 1914-09-09
16. Richard Menzel
17. Friedrich Mittmann
18. Friedrich Neugebauer
19. Paul Oder
20. Herbert Ohm
21. Walter Ohm
22. Erich Ritsche
23. August Schubert
24. Georg Schubert
25. Fritz Seidel
26. Hermann Süßenbach
27. Friedrich Wilhelm Tralls + 1914-10-29
28. Reinhold Tralls
29. Wilhelm Unger
30. Paul Wähner
Koniec Wielkiej Wojny, dla Weteranów - był również bardzo
dramatyczny. Wracali do domu wynędzniali, często okaleczeni. Wielu z
nich, nigdy nie doszło do siebie po pięciu latach spędzonych w okopach.
Najgorsze jednak było to, że wracali przegrani – nikt nie witał ich z
kwiatami i orkiestrą. Może to sprawiało, że przyjaźnie frontowe były
dozgonne a braterstwo broni, zamieniło się w dobre
sąsiedztwo i koleżeńską solidarność.
***
W latach powojennych nie udało się szybo uzyskać
upragnionego spokoju. Prusy pogrążone były w chaosie społecznym i
politycznym. Dodatkowo – Traktat Wersalski w 1921 r. narzucił
drastyczne reparacje wojenne. Prusy przez 50 lat miały wypłacić
zwycięzcom 132 miliardy marek (wówczas była to równowartość 33
miliardów dolarów). Dodajmy że w 1919 roku, bochenek chleba kosztował
50 fenigów. Dla pokonanego i zniszczonego państwa była to katastrofa.
Równocześnie nasilały się niepokoje społeczne:
wybuchały strajki, protesty głodowe – często tłumione zbrojnie. Kiedy w
sierpniu 1923 roku głodni mieszkańcy Nowej Rudy wyszli w proteście, na
ulice miasta – policja otworzyła ogień, polała się krew, kilkanaście
osób zginęło … .
Dramatycznie zaczęła spadać wartość pieniądza, do tego
stopnia, że przestano bić monety. Od wspomnianego roku 1919 do 1922,
cena chleba wzrosła 34 razy, do 17 DM za bochen. Wartość gotówki spadła
dramatycznie. W 1923 Mennica drukowała już banknoty o nominale 100 000 000 000 DM i była to równowartość 1 dolara.
Albert Speer – w swoim pamiętniku spisanym w więzieniu
(jako minister III Rzeszy - skazany w Norymberdze na 20 lat), tak
opisywał ten czas:
(…) inflacja
narastała z dnia na dzień. Co tydzień musiałem odbierać (od rodziców)
pieniądze na swe utrzymanie, a pod koniec tygodnia bajeczna suma znowu
stawała się niczym. Z wycieczki rowerowej przez Schwarzwald pisałem w
połowie września 1923 roku: "Bardzo tu tanio. Nocleg 400 000 marek, a
kolacja l 800 000 marek. Pół litra mleka 250000 marek". W sześć tygodni
później, na krótko przed końcem inflacji, obiad w restauracji kosztował
od 10 do 20 miliardów, a w stołówce ponad miliard, co odpowiadało
wartości siedmiu złotych fenigów. Za bilet do teatru musiałem płacić od
300 do 400 milionów.
***
1919 -
Podpisany
został haniebny traktat wersalski. Rozpoczął się
długi, twardy czas egzaminu. Wszyscy, władający językiem niemieckim,
zbierają się, by manifestować przeciwko pokojowi, okupionemu wstydem z
odstąpienia niemieckich obszarów nieprzyjaciołom.
Także w Świebodzicach, przed ratuszem, tak jak w
większości miast niemieckiej ojczyzny, odbywała się silna manifestacja
protestacyjna. W tej poważnej godzinie podniosły się tysiące rąk do
przysięgi, że nigdy takiego wstydu i haniebnej umowy nie ścierpimy. Lud
nie chciał tego, co zrobił nieudolny rząd. Podpis pod haniebnym
traktatem wersalskim był wymuszony. Niemcy pogrążyły się w mroku biedy
i nieszczęścia.
1921 - W marcu odbywał się plebiscyt na Górnym Śląsku. Także ze
Świebodzic i okolic jechało wielu współobywateli naszej górnośląskiej
ojczyzny, by składać wyznanie niemieckości.
1923 - Ceny wzrastały coraz bardziej. Operowano już milionami i
bilionami. Miasta, a nawet firmy, zmuszone były do wydawania własnych,
papierowych pieniędzy. Także miasto Świebodzice oraz Fabryka Zegarów,
wydawały takie, konieczne pieniądze.
W końca wprowadzono Rentenmark (banknoty niemieckie),
które położyły kres milionowym szaleństwom.
1925 - Feldmarszałek von Hindenburg został wybrany prezydentem Rzeszy.
Świebodzice oddały na niego 2224 głosy, podczas gdy kontrkandydat, dr
Marx, otrzymał 2016 głosów.
W końcu września założono grupę miejscową NSDAP.
Wierni ojczyźnie Górnoślązacy i dawni Poznaniacy,
urządzali w Świebodzicach 1 sierpnia dzień niemiecki, a uczestniczyły w
tym liczne grupy terenowe z prowincji.
1928 - Prezydent Rzeszy, Feldmarszałek Hindenburg, bawił 19 września w
Wałbrzychu. Nasze szkoły tworzyły szpaler. Cicha nadzieja, że ujrzą
może postać Prezydenta Rzeszy, przy jego przejeździe przez świebodzicki
dworzec, nie spełniła się.
1929 - Niesamowita zima panowała na przełomie lat 1928/29. Na całym
Śląsku panowały syberyjskie mrozy. Wielu ludzi zamarzło. Najwięcej
jednak przemarzło drzew. Także w Świebodzicach, minus 30 stopni
Celsjusza z okładem, było na porządku dziennym.
Stagnacja w gospodarce narastała coraz bardziej. Jeszcze
przed Bożym Narodzeniem zeszłego roku zaniżono tygodniowy czas pracy w
Fabryce Zegarów do 3 dni tygodniowo i zwalniano większą liczbę
robotników, a z dniem 7 stycznia 1929 roku obniżono czas pracy do 2 dni
i następnym pracownikom wypowiedziano pracę.

1930 - Przez upadek przemysłu w Świebodzicach i Pełcznicy, ludność
miasta coraz bardziej sympatyzuje z lewicą. Prawie czwarta część
świebodzickiej ludności żyje z pomocy społecznej.
Sterowiec "Hrabia Zeppelin" przelatywał nad naszą okolicą.
1931 - Straszna trąba powietrzna przeszła nad naszą okolicą w dniu 15
maja i poczyniła duże szkody w zabudowaniach. Straty wyceniono na ponad
200.000 RM. Ludzie jednak nie ulegli nieszczęśliwym wypadkom.
W czerwcu występowały kolejne anomalie pogodowe.
W Pełcznicy, z powodu upadku przemysłu, trzecia część
mieszkańców korzysta ze społecznego wsparcia.
1932 - (***) Prezydent Rzeszy, feldmarszałek von Hindenburg, przekazał
świebodzickiemu muzeum regionalnemu swój portret z własnoręcznym
podpisem.
1933 - 30 stycznia, po długoletniej walce o duszę niemieckiego ludu,
Adolf Hitler przejmował prowadzenie niemieckiego państwa. Lud odetchnął
wolnością. Zaczynało się ponowne dźwiganie się Niemiec w górę. Także
nasza ojczyzna znowu z męstwem i zaufaniem patrzyła w przyszłość.
Także u nas, w wyborach, dawano świadectwo zaufania
należne NSDAP.
Po raz pierwszy obchodzono 1 Maja, jako święto narodowe
wszystkich ludzi pracy.
Następowało ponowne ożywienie rynku pracy.
1934 - 2 sierpnia umarł prezydent Rzeszy feldmarszałek von Hindenburg.
Także w Świebodzicach odbyła się uroczystość żałobna.
1938 - Pogoda już na początku roku była bardzo niesprzyjająca. Obfite
opady śniegu sprawiły, że 10 stycznia, w wyniku zamieci i zawiei, stały
się nieprzejezdne drogi łączące Świdnicę i Wałbrzych. W akcji
odśnieżania brało udział wojsko, RAD i straż pożarna. 12 stycznia
nieprzejezdne są jeszcze drogi łączące Świebodzice i Strzegom.
Okres odwilży, który nastąpił od połowy stycznia,
spowodował powódź.
26 stycznia, na całym Dolnym Śląsku, wystąpiło piękne
zjawisko zorzy polarnej. Mistyczne umysły dopatrywały się w nim
zwiastuna wojny, tym bardziej, że powtórzyło się ono 24 lutego.
Ostatnie dni lata przyniosły klęskę powodzi takiej, jakie
zdarzają się raz na 100 lat. Rozpoczęła się ona 20 sierpnia, obfitymi
opadami deszczu. Groźne burze z piorunami i nieprzerwany deszcz
przechodziły nad naszym terenem do 25 sierpnia, czego wynikiem była
niesamowita powódź. Wszystkie rzeki wystąpiły z brzegów, w tym i nasza
Pełcznica. Woda zrywała mosty, kładki i opadła nieznacznie 27 sierpnia,
by już 1 września wywołać kolejny alarm powodziowy. Utrudniony był ruch
pociągów, ponieważ tory kolejowe były podmyte. (Na trasie do Wrocławia,
przez Sobótkę, Kobierzyce, pociągi dojeżdżały tylko do Sobótki).
Niektóre miejscowości wyglądały niczym rozległe jeziora.
Chronik der Stadt Freiburg i. Schl.
Do wybuchu II wojny światowej życie toczyło się tu
normalnym trybem. Po dojściu do władzy nazistów w 1933 r., również i
tutaj wszechobecna stała się nazistowska ideologia i propaganda, które
z pewnością wywarły spory wpływ na mentalność oraz późniejsze
postępowanie tutejszych mieszkańców. Także wtedy utworzono tu komórkę
NSDAP, która musiała być obecna w każdej gminnej miejscowości.
Wbrew pozorom, placówki te nie spełniały tylko roli
politycznej. Ich zadaniem była także praca organizacyjna , szkoleniowa
i koordynacja różnych służb obywatelskich – jednym słowem praktyczne
wykonywanie poleceń rządu i władz lokalnych – szczególnie Gauleitera -
naczelnika okręgu (na Dolnym Śląsku był to Karl Hanke (sprawował urząd
w latach 1940–1945). Ponadto placówki NSDAP pilnowały aby realizowano w
terenie szczegółowe rozporządzenia władz: np. wydanej 31 sierpnia 1943
roku ustawy o zabezpieczeniu przeciw nalotom – która zobowiązywała
właścicieli domów do zaopatrzenia się w bosaki, liny, drabiny, apteczki
ze środkami pierwszej pomocy, wiadra, wanny z wodą, pojemniki z
piaskiem, szufle, papierowe worki, łopaty, młoty kowalskie lub toporki.
Z dostępnej literatury jasno wynika, że nawet w niedużych
miejscowościach, w czasie wojny bardzo dbano o ład i porządek życia
społecznego – właściwie do ostatniej chwili. Nawet plany
ewakuacji ludności cywilnej opracowano dużo wcześniej i ze sporym
zapasem czasu, przygotowano środki aby te plany wprowadzić w życie.
Wybuch II wojny światowej 1 września 1939 r. początkowo niewiele
zmienił w życiu codziennym. Jak chyba wszędzie w ówczesnych Niemczech
pozytywnie w swoim szowinistycznym uniesieniu przyjmowano do wiadomości
postępujące zwycięstwa hitlerowskiej armii, najpierw na terenie Polski,
a następnie innych krajów Europy, I tylko naprawdę nieliczni przeciwni
byli takiemu stanowi rzecz, lecz z oczywistych powodów nie przyznawali
się do tego publicznie.
Do końca 1944 r., życie w Strudze przebiegało raczej
spokojnie i nic jeszcze nie zapowiadało wtedy wojennej nawały. Tylko
komunikaty wojenne, racjonowana żywność i skąpe informacje przekazywane
ustnie np. przez żołnierzy frontowych zebrane przez tych, co bardziej
rozumnych w logiczną całość poczęły zwiastować klęskę Niemiec oraz
nieuchronny koniec wojny. I chociaż Niemcy były jeszcze militarnie
silne, a władza nie pozwalała na jakąkolwiek krytykę, to można było
zaobserwować pewne symptomy niepokoju. Nie były one może zbyt wielkie,
to jednak czasami w rodzinnych rozmowach poruszano ten ważny temat
(zwłaszcza po postępach Armii Czerwonej na Wschodzie, inwazji aliantów
na kontynent na początku czerwca 1944 r., oraz po zamachu na Hitlera w
lipcu tego samego roku.
Część mieszkańców (być może nawet i ta większa) wciąż
jednak wierzyła w Hitlera oraz w rzekomo mającą zmienić losy wojny na
korzyść Niemiec cudowną broń (niem. Wunderwaffe). Dodatkowym impulsem
do takiego przekonania była nagłośniona bitwa pod Arnhem w Holandii we
wrześniu 1944, gdzie wojska hitlerowskie odparły desant aliancki na
tamtejsze mosty i wygrały ostatnią batalię w tej wojnie.
Zdarzały się również przypadki donosicielstwa na
tych, co bardziej nieprzekonanych i pozwalających sobie na krytykę
ówczesnej sytuacji. Konsekwencją takiej postawy mogło być osadzenie w
obozie koncentracyjnym lub pod sam koniec wojny nawet kara śmierci za
defetyzm. Tak więc ta wątpiąca mniejszość była, rzec można pod silną
presją.

Temat wojny musiał być stale obecny w rozmowach i w życiu
mieszkańców. Do Salzbrunu (Szczawna Zdroju), przybywali teraz nowi
kuracjusze – ranni żołnierze, oficerowie, rekonwalescenci – teraz oni
wędrowali do Dolnego Młynu, na Cisy. Rozsiadali się w karczmach Strugi
i Lubomina – jedni cicho w kącie snując bolesne wspomnienia, inni
głośno – przy kuflu piwa, z nowo poznanymi kolegami śpiewali frontowe
piosenki. Wielu z nich wynajmowało tutaj pokoje – wszak do Zdroju było
zaledwie 20 minut drogi bryczką. Bywali tutaj też inżynierowie, górnicy
i oficerowie pracujący na co dzień w podziemiach Książa a w soboty i
niedziele szukający rozrywki.
Wokół jak grzyby po deszczu cywilne dotąd
przedsiębiorstwa, przestawiano na produkcję wojenną. W Świebodzicach
prawie wszystkie zakłady produkowały dla wojska. W Wałbrzychu również –
postawiono tu na produkcję syntetycznego paliwa z węgla kamiennego (był
to bardzo skomplikowany i nieopłacalny proces – z siedmiu ton węgla
powstawała 1 tona różnych paliw i smarów), ponoć takich rafinerii było
w Waldenburgu 13.
Codziennością była także obecność pracowników
przymusowych, jeńców, więźniów różnych filii Obozów Śmierci
(Gross-Rosen, Auschwitz-Birkenau, Ravensbrück). A byli tu nieszczęśnicy
z całej Europy: Włosi, Rumunii, Węgrzy, Słowacy, Chorwaci, którzy
dobrowolnie przybyli do Niemiec, którzy - po wygaśnięciu umowy o pracę
– mogli swobodnie opuścić Niemcy. Wśród jeńców spotkać można było
Anglików, Belgów, Francuzów, obywateli Jugosławii. Wreszcie więźniowie:
Polacy, Żydzi – w Świebodzicach, szczególnie wiele było kobiet z
Warszawy wywiezionych tu po Powstaniu.
Najbliższe skupisko więźniów było przy Zamku Książ. Ale
wożono ich i pędzono w tę i w tamtą stronę. Tak, że nie można było tego
nie dostrzec i powiedzieć - że nic się o tym nie wie.
Ponadto - w niektórych gospodarstwach pracowali robotnicy
przymusowi. Jeszcze w 2015 roku gościłem w Kancelarii Parafialnej
pewnego starszego Pana – Francuza, który szukał grobu swojego wujka,
który jako „przymusowy” pracował w Adelsbachu u bauera. (Prawdopodobnie
został ranny nożem w czasie jakiejś awantury i zmarł przewieziony do
szpitala w Wałbrzychu).

***
W momencie wybuchu wojny Wojsko Niemieckie miało pod
bronią 4,5 miliona żołnierzy, była to ogromna armia w kraju, który
liczył wtedy prawie 79 milionów mieszkańców. Do maja 1945 roku ten stan
zwiększono do 9,2 miliona. Spośród nich poległo 3,5 miliona żołnierzy
(38 % stanu). Jak myślę przynajmniej 2 miliony żołnierzy odniosło
ciężkie rany.
Do wojska powoływano więc coraz to nowe roczniki z
Lubomina i Strugi – często na front szli weterani I Wojny. Również i
oni wracali poranieni albo nie wrócili już nigdy. Nie dowiemy się
liczby poległych z Adelsbachu i Liebersdorfu. Kiedy
zakończyła się I Wojna – można było to czynić, było przecież
dwadzieścia lat względnego spokoju, aby spisać straty a zmarłych
upamiętnić. Teraz, kiedy kończyła się Druga Wojna – w styczniu, w
lutym, wszyscy mieszkańcy zaczęli drżeć już o los własny i swoich
bliskich.
Do tej pory Rosjanie
stali pory Rosjanie stali pod Linii Wisły odzyskując siły po kampanii z
lata i jesieni 1944. 14 stycznia z przyczółka warecko-magnuszewskiego
uderzyła radziecka 61 Armia dowodzona przez gen. płka Pawła Biełowa.
Pierwszego dnia ofensywy wojska radzieckie przełamały pozycje wroga na
froncie o długości 500 kilometrów.
Zimowa ofensywa radziecka na Dolnym Śląsku rozpoczęła się
12 stycznia 1945 r., operacją śląsko-odrzańską. Granice Śląska zostały
przekroczone przez żołnierzy I Frontu Ukraińskiego, dowodzonych przez
marszałka Iwana S. Koniewa, 19 stycznia. Pięć dni później została
osiągnięta linia Odry. Na początku lutego front zatrzymał się na kilka
dni w odległości ok. 25 km od Legnicy. Ten etap operacji zakończyło
zdobycie przyczółków na lewym brzegu Odry, pod Chobienią, Ścinawą i
Malczycami (http://liegnitz.pl/).
9 lutego Rosjanie wyzwolili Legnicę, 13 lutego byli już w Strzegomiu –
25 kilometrów od nas, godzinę jazdy ciężarówką po kocich łbach przez
Dobromierz, Chwaliszów i Stare Bogaczowice.
Wszystko to więc działo się w szalonym tempie, z całą
brutalnością i bezsensem wojny. Do walki na śmierć i życie stanęło
naprzeciw siebie 2,2 miliona żołnierzy rosyjskich i polskich oraz 400
000 żołnierzy Wermachtu.
Pogórze Sudeckie, dotychczas ciche i spokojne zaczęło
zapełniać się uchodźcami. Dosłownie miliony ludzi starało się uciec
przed nawałnicą (Na początku 1945 roku tylko na Śląsku mieszkało około
4 milionów 700 tysięcy osób). Brutalność zwycięzców ze wschodu w
bliskim Strzegomiu przeraziła wszystkich. Z drugiej strony
dochodziły wieści o zniszczeniu Drezna (14 luty 1945). Bardziej
nerwowi mieszkańcy Strugi i Lubomina też zaczęli szykować się do
ucieczki.

„Naoczny świadek owych czasów, Polak, lekarz wrocławski, w
następujących słowach opisał wygląd ówczesnej kolumny ewakuacyjnej:
„Zmęczone konie
wlokły się z opuszczonymi łbami, powoli, jak w kondukcie pogrzebowym.
Na wozach widziałeś całą nędzę plemienia ludzkiego, które straciło dom,
jadąc nie wiedząc dokąd, nie wiedząc, gdzie znajdzie dach nad głową na
zbliżającą się noc. Wozy zapchane do ostatnich granic sprzętem domowym,
skrzyniami, prymitywną żywnością, ziemniakami i suchym chlebem, z
wierzchu pierzynami, kocami, płachtami. Na tym wszystkim otępiali
ludzie, przeważnie kobiety z dziećmi. A mróz coraz ostrzejszy.
Mężczyźni i starsze dzieci kroczą obok wozów, tu i ówdzie wlecze się za
pojazdem kulejący koń zapasowy albo wychudły pies, dygocący z zimna,
przyczepiony łańcuchem do drabiny. Nagle cała karawana zatrzymuje się,
słychać słowa tłumionej niechęci, ciche przekleństwa: na zlodowaciałej
jezdni poślizgnął się koń, upadł i złamał nogę. Zatrzymał cały pochód.
Powoli znów ruszają naprzód, ku zachodowi. Mrok zapada, ale jeszcze
długo w nocy słychać turkot coraz to nowych kolumn uciekinierów.”
Trasy przejazdów
kolumn ewakuacyjnych były ściśle wyznaczone. Nieraz jednak wymagały
objazdów z powodu ruchu wojsk, minowania dróg, budowy zapór
przeciwczołgowych, ostrzeliwań czy bombardowań. W sprzyjających
warunkach kolumna potrafiła początkowo przebyć w ciągu jednego dnia
nawet 45 km.
Przemyślane plany
ewakuacji przekreślała często twarda rzeczywistość. Ucieczka ludności
przebiegała w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych. W drugiej
połowie stycznia 1945 r., mrozy dochodziły często do 15 stopni, a
nieraz termometr wskazywał więcej niż 20 stopni poniżej zera.
Świszczący, silny wiatr miotał drobniusieńkim śniegiem, ostre i
maleńkie kryształki cięły niemiłosiernie po twarzy. Później nadeszła
odwilż. Padał drobny śnieg zmieszany z deszczem, zawisały mgły, w nocy
powstawała gołoledź.
W Sudetach
spiętrzyła
się rzeka wozów z uciekinierami. Na stromych górskich drogach
dochodziło do zatorów. Wozy dniami i nocami oczekiwały na możliwość
przejazdu. Prowadzone krowy i owce spędzano na pobocze, gdzie grzęzły w
śniegu. Obładowane wozy nie mogły podjechać na śliskie wzniesienia.
Kobiety rodziły na wozach, na wozach też marli ludzie. (…) Dworce,
szczególnie większych miast, np. Wrocławia, a także i Jaworzyny oraz
Świdnicy, zatłoczone były ludźmi, którzy zastraszeni chcieli jak
najprędzej opuścić zagrożony teren, Matki z małymi dziećmi, kobiety w
ciąży, starzy ludzie z trudem poruszający się o lasce, wśród nich duża
gromada dzieci i młodszych kobiet – przez wiele godzin, a nawet dzień
lub dwa na przejmującym zimnie musieli czekać aż podstawiono pociąg
ewakuacyjny. Wtedy tłoczono się do niego, chociaż zabrać mógł tylko
ograniczoną liczbę pasażerów. W potwornym tłoku, obładowane bagażami
matki gubiły często swe dzieci, których więcej już nie odnajdywały.
Wywoływano nazwiska tych dzieci przez megafony, podając szczegóły
ubioru i wiek, lecz matka często się nie zgłaszała. Bywało też, że
matki poszukiwały swych dzieci bezskutecznie.
W tłoku na
dworcach
(…) wiele dzieci tratowano na śmierć lub zaduszano. Były też przypadki,
że na dworcach rodziły przedwcześnie kobiety z przestrachu i
podniecenia wywołanego ucieczką.

Szczególnie
ciężkie
warunki miały grupy ewakuowane pieszo, Nieprzejrzane szeregi kobiet i
dzieci z wózkami dziecięcymi lub małymi wózkami ręcznymi przeciągały
drogami, które pokrywał śnieg i lód. Małe wózki rozpadały się trafiwszy
w zaspy i oblodzenia. Mienie trzeba było wtedy wlec dalej ręcznie, tak,
że kolumny posuwały się wolno naprzód. W rowach na trasach ucieczki
spotykało się porzucone bagaże, których uciekinierzy nie mogli dalej
nieść. Niektórzy próbowali czepiać się wozów, ale woźnice ich
odpędzali. Nierzadko punkty zborne dla ewakuowanych pieszo wyznaczano w
wielkiej odległości od miejsca wymarszu. I tak niektórzy uciekinierzy z
Wrocławia musieli pomaszerować około 50 km do Jaworzyny Śląskiej, aby
tam wsiąść do pociągu. Inna grupa z Wrocławia mogła załadować na
ciężarówkę tylko małe dzieci, matki natomiast z większymi dziećmi
musiały przebyć pieszo długą drogę do Lubania odległego od Wrocławia o
około 120 km. Również niektórzy uciekinierzy ze Świdnicy maszerowali
około 25 km do Szczawienka i tam wsiadali do pociągu ewakuacyjnego (…)
Szczególnie wśród
tych, których ewakuowano pieszo i na otwartych pojazdach, śmierć
zbierała obfite żniwo. Częste były przypadki zamarzania w drodze,
głównie starców i dzieci. Trupy układano w przydrożnych rowach albo też
wieziono na wozach do miejsca najbliższego postoju, aby je tam zostawić
do pogrzebania, Specjalne oddziały tzw. Suchkommandos, usuwały trupy z
rowów przydrożnych. Jeden z takich oddziałów zebrał pod Wrocławiem, być
może w kierunku prowadzącym do Świdnicy, na stosunkowo krótkim odcinku
drogi podobno ponad 400 zwłok dzieci i dorosłych.
Wielu
uciekinierów
trafiało do miejsc postoju z zapaleniem płuc, z ciężkimi odmrożeniami i
innymi chorobami nabytymi w drodze, Choroby te stawały się często
przyczyną rychłego zgonu. Również warunki zakwaterowania w miejscach
postoju uciekinierów często były ciężkie. W pierwszym rzędzie
kwaterowano ich w szkołach i wszelkiego rodzaju salach, np. w salach
kinowych, gdzie spali najczęściej na słomie rozścielonej na podłodze.
Dla wielu jednak kwaterą stawała się lodowato zimna hala opuszczonej
fabryki czy nawet stodoła. Tylko niektórych zakwaterowano w
mieszkaniach, zagęszczając je nadmiernie.
Miasta, przez
które
przepływały rzesze uciekinierów, wśród nich i Świdnica, Świebodzice,
Wałbrzych (…) były często niesamowicie przeludnione (…) W skutek
przeludnienia wykupywano nadmiernie żywność, zaznaczał się brak
najniezbędniejszych artykułów, zwłaszcza chleba i ziemniaków. Ceny
żywności na czarnym rynku osiągały nieprawdopodobne sumy, przekraczając
nawet stokrotnie ceny oficjalne (…)
Niektórzy
uciekinierzy wracali nawet nielegalnie do miejsc stałego zamieszkania,
jeśli miejsca te nie były za linią frontu. Starali się stamtąd wywieźć
zapasy żywności, odzież, pościel i inne mienie, którego nie zdążyli
zabrać w czasie nagłej ewakuacji.”
Rafał Wietrzyński - Świebodzice Miasto w cieniu swastyki Str.
62-65, Świebodzice 2012
13 lutego 1945 r. do Strzegomia wkroczyły wojska
radzieckie, dokonując rabunków i gwałtów. Między 9 a 11 marca, po
zaciekłych walkach Niemcy odbili miasto, zawdzięczając to m.in.
omyłkowemu zbombardowaniu na Wzgórzach Jaroszowskich przez lotnictwo
radzieckie własnych oddziałów idących na odsiecz okrążonym przez
Niemców w Strzegomiu czerwonoarmistom. Wzięci do niewoli przez Niemców
żołnierze Armii Czerwonej zostali w okrutny sposób wymordowani w
Strzegomiu przez SS, w odwecie za dokonywane na Niemcach gwałty i
rabunki. W rezultacie działań wojennych około 60% zabudowy Strzegomia
legło w gruzach. Rosjanie wkroczyli ostatecznie do Strzegomia dopiero 7
maja 1945 r. (Wikipedia)
Rosjan z resztą, bardziej interesował Wrocław i Berlin.
Rosjanie przyjęli taktykę, którą umożliwiała im sporą przewagę tak w
sprzęcie, jak i w ludziach. Nie wdawali się w ciężkie boje i przewlekłe
walki, silniejsze zgrupowania przeciwnika okrążano prąc dalej na zachód
i licząc na ich poddanie się, wynikające z beznadziejnej sytuacji, bądź
powolną likwidację w późniejszym terminie. Tak stało się w wypadku
Wałbrzycha i naszych okolic.
Przedłużająca się agonia III Rzeszy i zbliżająca się zagłada,
budziła przerażenie i chęć ucieczki – ale nie było dokąd uciekać.
Ponadto pomimo ostrej zimy, życie na wsi było dużo bezpieczniejsze.
Struga czy Lubomin to przecież nie Świdnica, Wałbrzych czy Wrocław.
Tutaj było co jeść, w domu było ciepło – tutaj była cała ich Ojcowizna,
tutaj na Cmentarzach spoczywali ich Przodkowie – dlatego zostali.
WYZWOLENIE

Do Wałbrzycha żołnierze Armii Radzieckiej wkroczyli późno, dopiero 8
maja 1945 roku, czyli w tym samym czasie, kiedy najpierw w Reims, a
następnie w kilka godzin później w Karlshorst, na przedmieściu Berlina,
podpisana została kapitulacja Niemiec.
Paradoksem,
graniczącym z cudem jest, że kiedy Wrocław zamieniono w morze ruin, na
Wałbrzych nie spadła ani jedna bomba, ani jeden pocisk artyleryjski.
Choć miasto nie było bombardowane w mieście wybudowano liczne schrony.
Także zwykłe piwnice zaadaptowane były na ukrycia, obłożone workami z
piaskiem, stropy wzmacniane były stemplowaniem. Baterie obrony
przeciwlotniczej ustawione na wzgórzach nie miały wiele pracy -
samoloty bombardowały inne cele, takie jak węzeł kolejowy w Jaworzynie
Śląskiej czy też Świdnicę.
Wałbrzych, mimo
że
nie był miastem garnizonowym, to jednak pod koniec wojny zapełnił się
licznymi oddziałami Wehrmachtu i SS, które wycofywały się ze wschodu.
Przez jakiś czas w Szczawnie Zdroju stacjonował nawet sztab armii
feldmarszałka Ferdinanda Schörnera. Na cele wojskowe (koszary,
lazarety) zamienione zostały budynki szkół przy alei Wyzwolenia, na
Nowym Mieście i na Starym Zdroju. Na Psim Polu zaadaptowano budynek
dawnej Landwehry, na Gaju stacjonowało wojsko i SS będące zapleczem
tamtejszej filii KL Gross-Rosen.
Wałbrzych był też
w
tym czasie schronieniem dla rzeszy uciekinierów z całego Dolnego
Śląska, a zwłaszcza z Wrocławia, którzy liczyli na to, że Rosjanie tu
nie dotrą.
7 maja, dzień
przed
wkroczeniem do Wałbrzycha Armii Czerwonej przeciągają przez miasto od
strony Świebodzic i Świdnicy całe kolumny żołnierzy kierujących się do
Czech. Z wojskiem uciekają działacze NSDAP, opuszczony zostaje gmach
partii - obecna Szkoła Podstawowa nr 28.
Z rozkazu
feldmarszałka Schörnera, w parku powyżej II Liceum wykonano wyroki
śmierci na żołnierzach, którzy nie chcieli walczyć. Wzdłuż ważniejszych
dróg w mieście przygotowano stanowiska polowe. Stanowiska karabinów
przygotowane były na strychach wysokich budynków użyteczności
publicznej (m.in. w budynku przy ulicy Słowackiego 20).
Nad Świebodzicami
w
Pełcznicy jeszcze do 5 maja młodzież z Hitlerjugend budowała okopy.
Podobne stanowiska przygotowano w okolicach Zamku Książ, w Lubiechowie,
Szczawienku, na Wzgórzu Giedymina, w Parku Sobieskiego oraz przy ul.
Świdnickiej.
Wśród postaci które zapisały się na smutnych
kartach II Wojny, był urodzony w Adelsbachu (6 kwietnia 1893 r.) - generał major Johannes Krause.
W dniu 25 września 1944 roku został mianowany komendantem "Festung
Breslau" i piastował to stanowisko do 2 lutego 1945 roku. Jeszcze w
grudniu 1944 roku Krause zwrócił się do Karla Hankego z propozycją
ewakuowania ok. 200 tys. osób z pośród cywilnych mieszkańców Wrocławia.
Gauleiter nie zgodził się. W dniu 31
stycznia Krause zachorował na zapalenie płuc i to stało się, jak można
się domyśleć, długo oczekiwanym powodem dokonania zmiany na tym
stanowisku. Zastąpił go pułkownik von Ahlfen.
Swoją karierę wojskową rozpoczął jako chorąży w 1913
r. Powrócił szczęśliwie z Wielkiej Wojny. Jego zdjęcie można
znaleźć na pamiątkowym Tablo Weteranów. W 1939 roku Krause dowodził 29
pułkiem artylerii lekkiej a
później piastował jedynie stanowiska sztabowe na tyłach frontu i nie
miał doświadczenia frontowego co w ocenie dowódców, dyskredytowało go
na
stanowisku komendanta twierdzy.
Przeniesiony do rezerwy 15 lutego, został wzięty do
niewoli przez aliantów 8 maja 1948 roku. Wypuszczono go w czerwcu 1947
roku i od tego czasu mieszkał w Krefeld (Nadrenia Północna-Westfalia),
gdzie zmarł w wieku 84 lat zmarł (15 lutego 1978). Krause został
pochowany na cmentarzu w Krefeld,. Spoczął niedaleko grobów trzech
innych generałów II wojny światowej: Eduarda Klutmann Edgara
Feuchtinger i generała Waffen SS - Bernarda Wünnenberga.
Jego nagrobek został wkrótce usunięty.

***
CZASY WSPÓŁCZESNE
Piszącemu te słowa, nie jest znana
dokładna historia miejscowości w czasie II Wojny Światowej, ani też
przez
kolejne dziesięciolecia. Zacząłem tutaj pracę już w XXI wieku
i w ciągu
tych dziesięciu lat, nie zebrałem zbyt wielu informacji, które mogły by
zainteresować czytelnika.
Pierwsi Osadnicy zaczęli napływać już w 1945 roku (na pewno,
niektórzy osiedlili się tutaj w październiku).Niemcy w dużej
mierze pozostali w swoich domach, tak więc w wielu domach mieszkały
równocześnie po dwie rodziny: Niemcy i Polacy.
W lipcu 1945 roku, nowe
władze wojskowe wydały rozkaz wysiedlenia Niemców
dla Szczawna (prawdopodobnie także dla okolicznych wiosek). Rozkaz był
całkowicie nie przemyślany i tragiczny w skutkach. Niemcy
przyzwyczajeni do praworządności i słuchania poleceń władz, wiedzieli
że nie ma już odwołania – trzeba było porzucić wszystko, dorobek całego
życia, ukochany Dom Rodzinny, swoją Ojczyznę.
Pochylając się nad
starymi grobami w Lubominie,
wyobrażam sobie czasami, co musiało się tam dziać w czerwcu i w lipcu
1945 roku. Szczególnie mam w pamięci mogiłę młodziutkiej śp. Gieselotty
Langer która zmarła 17 kwietnia 1945 roku (miała 20 lat) – jak musieli
rozpaczać Jej Rodzice, wiedząc że muszą wyjechać stąd na zawsze.
Przecież na Cmentarzu w Strudze i w Lubominie, musieli zostać ich
Rodzice, Rodzeństwo, Dzieci - straszny czas! Boże zachowaj nas od wojny!
Wydany z dnia na dzień - głupi rozkaz Komendanta Odcinka -
Zinkowskiego, nigdy nie został zrealizowany. Na Niemców nie czekał na
Stacji Bad Salzbrunn żaden pociąg. Nie potrzebne były ludzkie łzy,
strach i cierpienia. Pierwsze poważne wysiedlenia nastąpiły dopiero za
rok, a ostatnie dotyczące niemieckich górników – po 5 czy 8 latach.
Współżycie z Polaków z Niemcami układało się całkiem
znośnie. Ludzie żyli razem, pracowali wspólnie i cierpieli powojenna
biedę. Dzieci nie wiadomo kiedy nauczyły się niemieckiego – dogadywali
się. Niemcy - na ile to możliwe próbowali żyć po dawnemu.
Wielkim wspólnym utrapieniem, był oddział Armii
Radzieckiej stacjonujący w Strudze przez półtorej roku – w Pałacu. Nie wiem jak duża była to grupa ludzi –
może pluton, może dwa. W soboty schodzili w Browarze „na Poczcie”
– na potańcówki. Na co dzień jednak nudzili się strasznie - no i pili
na umór. Byli postrachem niemieckiej ludności, okradali ich bez
miłosierdzia – często grożąc użyciem broni (na oczach polaków). Pani
Maria Bielawska zapamiętała rosyjskie powiedzenie: „Boże, Boże – co to
za kraj? Wszędzie miasta i miasta, a nigdzie żadnej wioski.”
Pierwszymi Osadnikami w Strudze były Rodziny: Karola i
Anny Stec z ośmiorgiem Dzieci,
Wociech i Antonina Owsianka,
Rodzina Państwa Paciorek,
Rodzina Państwa Żałobka,
Rodzina Państwa Skraba,
Stanisław i Władysław Zawadzccy,
Rodzina Państwa Miernik.

W
odróżnieniu od sąsiednich Starych Bogaczowic, w Strudze osiedlili się
Polacy z różnych części kraju. Przyjechali tu Kresowiacy,
Wielkopolanie, Górale, Mieszkańcy Małopolski, Ukrainy, Francuzi, Grecy,
Żydzi, Cyganie.
Ponieważ Wojna
nie zniszczyła
Miejscowości, a uchodzący Niemcy pozostawiali domostwa kompletnie
wyposażone – można było tu zaczynać życie w komfortowych warunkach.
Inna sprawa, jak musieli się czuć Niemcy, którzy zostawiali dorobek
całego życia idąc zupełnie w nieznane, z kilkoma walizkami niezbędnych
rzeczy, do zniszczonego i przeludnionego kraju, który był dla
nich obcy?
W domach pozostało wszystko co potrzebne
do życia: meble, naczynia, pełne szafy, dywany, obrazy, narzędzia,
sprzęt rolniczy, pamiątki i bibeloty. Po dziś dzień, leżą one w
niektórych domach, tak jak leżały 9 maja 1945 roku.
***
Ludzie znaleźli pracę na roli, w
górnictwie, przemyśle, fabrykach porcelany. Nie wiem kiedy, ale
powstało tu Państwowe Gospodarstwo Rolne (PGR) i tam, wielu
przepracowało dziesięciolecia. PGR dawał pracę, wikt i opierunek – dla
wielu stał się sposobem na życie. Kiedy w 1990 roku Polska odzyskała
pełną niepodległość i stała się krajem w pełni demokratycznym, to
uzależnienie od PGR, przyniosło wielu rodzinom katastrofalne skutki.
Ponieważ były to gospodarstwa zupełnie nie rentowne, szybko upadły.15
Czasem pracowały tam całe rodziny jak mówi popularne powiedzenie
„światek, piątek i niedziela”. Zakład dawał im mieszkanie, deputaty
(chyba też i węgiel). PGR ich żywił. Po zapaści to wszystko się
skończyło, urwało ... . Wielu z naszych doskonale poradziło sobie po
tym krachu. Żyją tutaj, modlą się i pracują – nie wzdychając za
gumofilcami i wyrzucaniem obornika. Zostały jednak rodziny, które do
tej pory nie stanęły na nogi.
Do zubożenia miejscowości przyczynił się
także upadek przemysłu górniczego w Wałbrzychu. Scenariusz był zapewne
podobny, ale z tymi wszystkimi różnicami, jakie niesie odmienny
charakter pracy.
Nie mam tego na papierze, ale było tak
prawdopodobnie, że przez dziesięciolecia, mieszkańcy małych
miejscowości na Dolnym Śląsku żyli pod presja doktryny „że Niemcy tu
wrócą”. Jak wspomniałem nie jest to udokumentowane, ale było to bardzo
silne przeczucie w świadomości społecznej. Dla wielu oznaczało to, ze
nie warto jest inwestować w domy, zagrody i obejścia, bo „Niemcy tu
...”. Jak myślę przyczyniło się to do degradacji Strugi.
Inna sprawa,
że do roku 1990, zdobycie cegły, cementu, dachówki, kawałka rurki –
było bardzo trudne. Remontowanie, odnawianie czy zbudowanie czegoś
nowego, było więc nie lada osiągnięciem. A lata mijały. Chłopiec czy
dziewczyna, którzy osiedlili się tu w 1947 roku i miał 20 lat, miał w
roku 1990 - lat 65. Wtedy trudno jest remontować dom, który ma
15
pomieszczeń i 250 m2. Dodajmy też, że praca na roli i w trudnych
warunkach przemysłu górniczego, pozostawiła wyraźny ślad na
zdrowiu
i siłach moich Parafian.
Szkoła
Podstawowa w Strudze 
Wielki
wpływ na życie kulturalne i społeczne, miała i ma nadal,
Szkoła
Podstawowa w Strudze. Placówka istnieje nieprzerwanie od 1948 roku,
albo i wcześniej. Z resztą odziedziczyła po naszych Starszych Braciach
Niemcach, także i budynek szkoły.
Od strony
administracyjnej przechodziła różne koleje losu. Na pewno, najdłużej
była to placówka samodzielna, z własnym zapleczem, kierownictwem i
Gronem Pedagogicznym.
Notatka w Kronice Szkolnej z 1 września 1994.
Grono
Pedagogiczne
Dyrektor Szkoły - p.
mgr Anetta Kurczyńska
Wychowawcy
kl. 0 - p. mgr
Małgorzata Kukuć
kl. I - p. mgr
Aleksandra Muszalska
kl. II - p. Krystyna
Świętalska
kl. III - p. Elżbieta
Bukalska
kl. IV - p. mgr
Ryszard Dzieło
kl. V - p. mgr
Małgorzata Gałązka
kl. VI - p. mgr
Anetta Kurczyńska
kl. VII - p. mgr
Edward Kozłowicz
kl. VIII -
p. mgr Grażyna Bajon
Później - już w Trzeciej Rzeczpospolitej stała się
filią Szkoły w Lubominie.
Notatka w Kronice Szkolnej z września 1995 roku:>
W
tym roku szkolnym uczymy się inaczej.
W
wyniku reorganizacji, której absolutnie nie rozumiemy, szkoła nasza
stała się punktem filialnym Szkoły Podstawowej w Lubominie. Do Pani
Dyrektor mamy mówić pani kierownik a lekcje mamy w klasach łączonych.
Cieszymy się jednak z tego, że jesteśmy u siebie w Strudze, a nie
musimy dojeżdżać do Lubomina
Dyrektor Szkoły - p. mgr Anetta Kurczyńska
Wychowawcy
kl. 0 - p. p. Elżbieta Bukalska
kl. I - p. mgr Anetta Kurczyńska
kl. II i III - p. Krystyna Świętalska
kl. IV i V - p. mgr Grażyna Bajon
kl. VI i VII - p. mgr Małgorzata Gałązka
kl. VIII - p. mgr Edward Kozłowicz
Do tej pory - jak
rozumiem -
była to pełna szkoła ośmioklasowa.
Ponieważ w następnych latach zmniejszała się coraz bardziej liczba
Dzieci na wsi, szkoła szarpana wyżami i niżami demograficznymi i
kolejnymi reformami szkolnictwa, coraz bardziej szczuplała, aż we
wrześniu 2001 roku Dzieci w Kronice zapisały takie słowa:
Notatka w Kronice Szkolnej z 3 września 2001 roku:
Niestety
zostały tylko trzy
oddziały:
0 - I - Krystyna
Świętalska
II - Elżbieta Bukalska
III - Alicja Winiarska
Było smutno i pusto
Również chyba w tym samym czasie Szkoła Podstawowa w Strudze, stała się
filią "Zespołu Szkół Stare Bogaczowice - Szkoła Podstawowa i Publiczne
Gimnazjum" - czy jak to tam się nazywa. Zapewne takich zmian było
jeszcze więcej - w końcu to jest 65 istnienia. Jednak przez większą
część tego czasu, Placówka cieszyła się stabilnością. Także pod
względem kadry nauczycielskiej.
Najdłużej pracował, albo inaczej - najbardziej
znaną postacią był śp. Józef Filuś (zmarł
opatrzony Sakramentami
Świętymi, 2 września 2007 - czyli w przeddzień rozpoczęcia nowego roku
szkolnego).
Przez długie lata był "kierownikiem" Szkoły, nauczycielem, wychowawcą.
Wraz z małżonką mieszkał w tym samym budynku - był jego dobrym duchem.
Co ciekawe, w Kronice Szkolnej nigdzie nie pada Jego nazwisko - jak
tylko, nielubiane dzisiaj słowo "Kierownik".
Pan Józef przybył na Dolny Śląsk tuż po II Wojnie Światowej. Pochodził
z Nowego Sącza, ale pracę nauczyciela rozpoczął w Chwaliszowie - z tzw.
"nakazu pracy". Pracował tam króciutko - rok, może dwa. Później
przeniesiono Go do Szkoły w Strudze, gdzie pracował do emerytury, i
pozostał aż do śmierci.
Wbrew
pozorom, prowadził tu zwyczajne wiejskie życie, miał wielu przyjaciół i
znajomych. Chociaż był "góralem" nie odziedziczył typowej dla nich
twardości i ostrości charakteru. Jak to za chwilę ktoś powie, był
człowiekiem gołębiego serca. Z milczenia moich Parafian wnioskuję, że
uczniowie bardzo często tej łagodności nadużywali.
Ponieważ mieszkali wraz z żoną w budynku szkolnym, a Pani Maria, nie
miała łatwego charakteru - chyba prowadziło to niesnasek w gronie
nauczycieli.
Wiem, że nie mam podstaw, aby opisywać pracy Pana Józefa - znam tylko
kilka anegdot, sam spotkałem Go jako starszego uśmiechniętego pana -
emeryta. Czuję jednak wewnętrznie (ale
też po lekturze Kroniki)
- że był to ktoś bardzo ważny dla naszej Wspólnoty. Gdyby ktoś z
uczniów chciał napisać o nim kilka słów - byłbym bardzo wdzięczny.
Po napisaniu tych słów, otrzymałem od jednej z
uczennic, takie krótkie Świadectwo:
W 1971 roku rozpoczęłam naukę jako uczennica kl. I Szkoły Podstawowej w
Strudze. Wówczas placówka była jeszcze 8 klasową szkołą. Popołudniami
odbywały się zajęcia wieczorowej szkoły rolniczej.
Już wtedy p. Józef Filuś był kierownikiem szkoły. Wychowawcą naszej
klasy I, liczącej ok. 20 uczniów była p. Genowefa Koropczuk.
W naszym roku szkolnym 1972/73 po przeprowadzonej reorganizacji szkół,
Szkoła Podstawowa w Strudze była szkołą 4-klasową.
Uczniowie klas V, VI, VII, i VIII dojeżdżali autobusem szkolnym do
Szkoły podstawowej nr 2 w Szczawnie - Zdroju (przez 1 rok). W kolejnych
latach do SP nr 1 w Szczawnie.
Od roku 1972/73
zajęcia lekcyjne w Szkole w Strudze odbywały się w klasach łączonych.
Pamiętam łączenie mojego rocznika z rocznikiem wyższym, czyli kl. II z
kl. III. Naszym wychowawcą był wtedy pan Ignacy Tokarski. W szkole
pracowało dwóch nauczycieli: pan Tokarski i pan Filuś.
(Na religię uczęszczaliśmy do kaplicy przed Kościołem. Uczyła nas
siostra Herubina ze Szczawna - Zdroju. Ona również przygotowywała nas
do I Komunii Świętej, która ja i Ania Wiak przyjęłyśmy w klasie II, w
czerwcu 1973 roku. Siostra była osobą niezwykle ciepłą, dobrą. Tak
pięknie opowiadała nam o Panu Bogu, że do dzisiaj mam w pamięci Jej
słowa.)
W kl. III i IV wychowawcą był Józef Filuś. Pana
kierownika wspominam jako człowieka zawsze eleganckiego (na zajęcia
przychodził ubrany w garnitur).
Wspaniały nauczyciel, kształtujący w nas uczniach, szacunek do drugiego
człowieka, wrażliwość, wyrozumiałość, koleżeńskość. Wpajał nam zasady
kulturalnego zachowania się w miejscach publicznych oraz
wykorzystywania zwrotów grzecznościowych.
Rozwijał
w nas zainteresowania czytelnicze jak i rozbudzał umiłowanie do
Ojczyzny, do otaczającej nas przyrody stosując różnorodne metody i
formy pracy.
Miał czas dla każdego z nas,
rozmawiał, tłumaczył, śmiał się, a jak trzeba było to i zganił.
Pamiętam jak zorganizował dla uczniów wyjazd do kina GDK w Wałbrzychu
(Górniczy Dom Kultury) na film pt. "W Pustyni i w Puszczy". Było to
dla nas Dzieci niesamowite przeżycie.
Elżbieta Bukalska
Już w samym swoim założeniu, wiejska szkoła - jest swoistym centrum
kulturalnym - kuźnią pomysłów, wszelkiej aktywności. Patrząc w zapiski
z kronik widać, że pomysłów i werwy Dzieciom i Profesorom nie
brakowało. Zapiski roją się od imprez, festynów, ognisk, koncertów,
wycieczek czy konkursów. Z wielką galą urządzano
przez lata "Wybory
Miss Piękności". Dzieciaki brały udział w konkursach plastycznych,
recytatorskich, często występowały z Zespołem "Biedronki" prowadzonym
przez Panią Alicję Winiarską - i zdobywały nagrody. Są ślady po
licznej
korespondencji z audycjami radiowymi i telewizyjnymi. Dzieci wreszcie
odbudowywały "Zamek Królewski w Warszawie". Poniżej zamieściliśmy opis
dwóch imprez - proszę przeczytać uważnie, może Sami
Państwo tam gdzieś
się odnajdziecie:
Notatka w Kronice Szkolnej z 14 stycznia 1972 roku:>
Ogniskiem, które zatytułowaliśmy "Zawsze z Partią" chcemy uczcić
30-lecie narodzin Polskiej Partii Robotniczej. Naszej
Ojczyźnie w
której dziś żyjemy, uczymy się i pracujemy, Polsce Ludowej i naszej
Partii, oddajemy nasze serca, myśli i czyn, bo nie chcemy, by
powtórzyły się tamte dni.
Na ognisko, które
przebiegało w żywej atmosferze zainteresowania zaprosiliśmy byłych
członków PPR: tow. Józef Dziuba, Stanisław Pieczonka, którzy bardzo
dokładnie i wyczerpująco omówili swoją działalność w PPR. Następnie
przedstawiciele samorządu szkolnego i naszej drużyny
przedstawili
montaż związany z rocznicą PPR. Po ognisku udaliśmy się na miejscowy
cmentarz, gdzie uporządkowaliśmy grób tow. Piotra Kuźmy - działacza
PPR, składając Mu pamięć "minutą ciszy".
Następny zapis w Kronice Szkolnej z lutego 1972 roku:
Punktualnie o godz. 15.00 dnia 30 stycznia anno domini 1972 przy
dźwiękach muzyki zajęliśmy "stanowiska bojowe" na "sali tanecznej".
Czyli w klasie 8 odpowiednio do zabawy przysposobionej. Wszystkich
skorych i chętnych do zabawy powitał pan Kierownik i rozpoczęły się
"góralskie tańce". Zabawy było co niemiara.
W
pewnej chwili niespodzianka. Zaproszono nas do pokoju pana Kierownika,
gdzie … otrzymaliśmy paczki. Po powrocie na salę drużyna harcerska
przedstawiła wodewil poświęcony bohaterom jak to mawiał sam Pan Zagłoba
"panasienkiewiczowskich czytadeł". I znów tańce, śpiewy, których nie
było końca. "Ja tam byłem Wino piłem i wesoło się bawiłem." Kto był
tutaj nieobecny, niech żałuje i dla pocieszenia, przeczyta sobie tą
notatkę.
Kronikarz
Z tego co rozumiem, przez
całe lata szkoła funkcjonowała latem, jako schronisko PTSM.
Schronisko - i to często odwiedzane. Grupy turystów były
liczne,
od 10 do 30 osób. Najczęściej młodzież z opiekunami tylko tu nocowała,
aby wyruszyć dalej, ale i tak trzeba było ich przyjąć, ugościć i
nakarmić. Pamiątkowe wpisy zaczynają się w latach 70 ubiegłego stulecia
i urywają w 1991 roku:
Notatka w Kronice Szkolnej z 19 lipca 1976 roku:
Obóz Wędrowny Ogniska Pracy Pozaszkolnej dziękuje Panu Kierownikowi za
miłe przyjęcie i udostępnienie telewizora, tak potrzebnego w czasie
trwania XXI Olimpiady.
(Nie
wiadomo skąd przybyli wędrowcy)
Notatka w Kronice Szkolnej z 4 lipca 1989 roku:
Serdeczne słowa podziękowania dla szanownego Pana Kierownika Schroniska
PTSM w Strudze za wspaniałą gościnę.
Uczestnicy obozu wędrownego "Szlakiem Zamków Dolnośląskich" z Koła PTTK
233 "Wiślanie" w Krakowie.
W nowszych czasach wędrowcy ze Starogardu Gdańskiego swoje
podziękowanie rozpoczęli od pięknych słów Edwarda Stachury:
Cudownie
jest,
Powietrze jest,
Dwie ręce mam,
Dwie nogi mam,
W plecaku chleb,
Do chleba ser,
Do picia deszcz.
Sted
Dla czytelnika wydaje się, że zbyt wiele uwagi poświęcam marginalnej
działalności Szkoły. Mam jednak ku temu powody. Otóż przez lata gościły
tu ekipy z następujących miejscowości: Augustów, Benice, Białystok,
Bydgoszcz, Chodzież, Cierpice k. Torunia, Dębica, Dresden - DDR,
Dubiny, Frombork, Gdańsk, Giecz, Gliwice, Gniezno, Golczew, Gorzów,
Grodzisk Wielkopolski, Grudziądz, Inowrocław, Jerzmanowo, Katowice,
Kielce, Kobierzyce, Kolno, Koszalin, Kraków, Krasnybór, Ksawerów,
Kwidzyn, Lublin, Łomża, Łódź, Meissen - DDR, Milanówek, Nałęczów,
Niewiadów, Nowy Dwór Gdański, Olsztyn, Opole Lubelskie, Orchowo,
Ostrołęka, Ostrowia Mazowiecka, Ostróda, Paczków, Piotrków Trybunalski,
Polkowice, Popowo Kościelne, Poznań, Prudnik, Pruszków, Przasnysz,
Przemyśl, Pyrzyce, Rokicin, Rybnik, Siedlce, Sieradz, Skarżysko,
Skierniewice, Skomlin, Sokółka, Starogard Gdański, Stępów, Strzelin,
Suwałki, Szamotuły, Szczecin, Śrem, Toruń, Ustka, Warszawa, Węgrów,
Włocławek, Wodzisław Śląski, Wrocław, Zaborów, Zambrów, Zduńska Wola,
Zgierz, Zgorzelec, Zielona Góra.
I to są tylko te
udokumentowane wpisy. Turystów z wielu miast goszczono tu wielokrotnie.
Nie wiem, czy w Wenecji jest większy ruch! Rozumny Czytelnik zrozumie
jaki to był wysiłek dla tego "Kierownika" - pana Józefa.
Dzięki życzliwości Rodziny Państwa Pelc - Parafia
otrzymała zdjęcia z Archiwum Rodzinnego Pana Józefa. Niektóre z nich
można obejrzeć w Galerii.
Nasze dzieci też miały tu swoje Koło PTTK. Na pewno istniało już w roku
1993. Najczęściej maluchy wędrowały po Dolnym Śląsku, ale bywały też
wycieczki dłuższe - kilkudniowe. Z udokumentowanych znalazłem kilka
które pozwolę sobie wynotować: Rudawy Janowickie, Trójgarb, Chełmiec,
Kłodzko, Walim - Wielka Sowa, Międzygórze - Masyw Śnieżnika, Porost -
okolice Koszalina, Góry Sowie, Kołobrzeg - 1996, Świnoujście - 1997,
Praga - Czechy - 1993.
Zwracano mi uwagę, że
istniała u nas prężna organizacja Harcerska. Namawiam do opracowania
tego tematu. Ja znalazłem tylko kilka zapisków, z których jeden wydaje
mi się godny odnotowania
Notatka w Kronice Szkolnej z września 1971 roku:
Skład
Samorządu Szkolnego w
Roku Szkolnym 1971-1972
Anna Nocek -
przewodnicząca
Wiesław Owsianko -
z-ca
Irena Jacyszyn -
sekretarz
Marek Kuźma - skarbnik
Wiesław Owsianko -
sekcja gosp.
Andrzej Żukowski -
sekcja sport.
Henryk Nocek -
redaktor gazetki
62 WDH
Ignacy Tokarski -
drużynowy
Marek Kuźma -
zastępowy
Anna Nocek - zastępowa
Andrzej
Żukowski - zastępowy
***
Piszący te słowa kapłan, znał już tylko w Szkołę
malutką, filialną.
Nadal czynną na wielu polach. Szkołę taką jak w Bullerbyn.
Szkoła Podstawowa
w Strudze zakończyła swoją działalność w czerwcu 2017 roku.
***
W 1979 roku nakręcano w Strudze zdjęcia
do filmu wojennego „Droga daleka przed nami” według
scenariusza i
w reżyserii Władysława Ślesickiego. Z obsady aktorskiej, na
pewno był w
Strudze p. Tomasz Mędrzak
(odtwórca roli Stasia w „W Pustyni i w
Puszczy”). Film nie odniósł
sukcesu. Jednak wizyta ekipy filmowej, była dla moich Parafian ogromnym
wydarzeniem. Ponieważ potrzebowano wielu statystów, dla scen zbiorowych
- wielu z naszych mogło stanąć przed kamerą. Stroje może nie były zbyt
wyszukane (pasiaki, drelichy, mundury wojskowe), ale nasi wypadli
dobrze. Za plenery służyło skrzyżowanie dróg przy moście - w centrum
wioski, plac kościelny, część zdjęć zrealizowano na drodze do Starych
Bogaczowic.
W 2005 Struga znów miala szansę, aby stać się
polskim
"Hollywood". Późną jesienią nakręcano tu wiele scen do polskiego filmu
"Komornik"
w reżyserii Feliksa Falka. Film okazał się dosyć dobry -
niestety smutny. Strugę wybrano za plener paskudnej pod
wałbrzyskiej wioski i tak ją pokazano. A już zupełnie wstyd wspominać
na dialogi - jakie aktorzy tu prowadzą.
Takimi oto swoimi wnioskami, wypełniłem 710 lat historii mojej
Strugi i Lubomina.
Niech życzliwy czytelnik wybaczy, jeśli są błędne.
Jest jeszcze dużo papieru i pamięci w komputerze,
aby tą historię poprawić i uzupełnić.
***
UWAGI
I PRZYPISY

* Autor skorzystał z następujących opracowań:
1. Regionalny Ośrodek Studiów I Ochrony Środowiska
Kulturowego We
Wrocławiu "Studium Środowiska Kulturowego Gminy Stare Bogaczowice,
Powiat Wałbrzyski, Woj. Dolnośląskie" Autor: Bogna Oszczanowska, Maria
Boguszewicz, Donata Wiśniewska.
2. Słownik Geografii Turystycznej Sudetów, Tom 10, Góry Wałbrzyskie,
Pogórze Wałbrzyskie, Pogórze Bolkowskie. Pod Redakcją Marka Staffy.
Wydawnictwo I-Bis 2005 (Str. 432-437)
3. „Wiadomość o
Katolickim Kościele i o losach Gminy Adelsbach od Roku
1539 do Roku 1776”. W tekście cytaty oznaczone są skrótem:
Cyt. z WKKLA
4. Chronik der Stadt Freiburg i. Schl. wyd. Urząd Miejski w
Świebodzicach 2010
5. Historia
Targoszyna - Targoszyn 1335-2004 Andrzej Wojciech Przytulecki - Większa
część rozdziału o życiu codziennym w Adelsbachu, jest interpolacją tego
artykułu. Wykorzystano tu również art. Moniki Wójcik - Struktura
Społeczno zawodowa ludności Parafii Stare Bogaczowice w świetle Ksiąg
metrykalnych w końcu XVIII wieku, zawarty w VIII t. Studiów Zachodnich,
Uniwersytetu Zielonogórskiego, Zielona Góra 2006, str.137-145
6. Przy opisie czasów I Wojny Światowej, skorzystano z zarysu
historycznego tego okresu: Janusz Adam Kujat "Pieniądz zastępczy w
rejencji wrocławskiej w latach 1914-1924" Świebodzice 2012.
7. Przy opisie czasów II Wojny Światowej, skorzystano z: Rafał
Wietrzyński - Świebodzice Miasto w cieniu swastyki. Świebodzice 2012
ISBN: 978-83-930401-07
1.
Pono na południu
miejscowości znajdowano karneol, krwawnik, minerał, który jest odmianą
chalcedonu, kamień półszlachetny o barwie czerwonej lub
brunatnoczerwonej wywołanej domieszką żelaza. Stosowany jest w
jubilerstwie. Mówi się także, że w XIX wieku na północ od Strugi Dolnej
w stronę Cisów tryskało źródło mineralne "Zeiskenpflutze" dość wówczas
cenione.
2.
W latach czterdziestych
XIX wieku, kronikarz pisał: „Jeżeli
wspominamy teraźniejszość, to
musimy się bardzo uskarżyć, że dochodowy obrót z tkactwa wyrobów
lnianych i bawełnianych już wcale nie istnieje i że tkactwo jedynie
tylko w bardzo nikłym stopniu jest w stanie wyżywić. Przędzenie lnu
traktowane dawniej przez wieśniaka jako zatrudnienie i zarobek
poboczny, które dawało zatrudnienie ubogim, i tym samym często osiągany
dobry zarobek, obecnie już tylko w bardzo małym stopniu istnieje i jego
zyskowność zupełnie ustała. Sztuka najlepszych lnianych nici kosztuje
obecnie tylko 7 srebrnych groszy. Co się tyczy 1846 roku to oczekujemy
tegorocznej zimy z wielkim niepokojem. Zboże obrodziło bardzo skąpo z
powodu wielkiej suszy lub braku deszczu, a ziemniaki prawie zupełnie
się nie udały.
Jednak Pan Bóg Wszechmocny,
Wszechmądry może przecież wszystko zmienić
na dobro, w swojej Boskiej mocy twórczej potrafi zawsze jeszcze, tak
jak dotąd się to często zdarzało, z niewielkiej ilości zrobić dużo, a z
rzecz zdawałoby się niemożliwych zrobić możliwe. Jemu chcemy więc
zaufać, bo On nas nie opuści, ani nie zawiedzie". Cyt. z
WKKLA
3.
W roku 1785 był kościół
katolicki, plebania, szkoła, zamek, 2 folwarki, a mieszkało tam 20
kmieci, 14 zagrodników i 69 chałupników. Dominium miało wówczas prawo
do prowadzenia browaru, solarni, rzeźni i piekarni, mogło także
zatrudniać szewców, krawców i felczerów. Po 1760 roku we wsi rozwijało
się płóciennictwo.
4.
Prawdopodobnie jego
epitafium zostało umieszczone po lewej stronie Ołtarza w kościele
stróżańskim. Przy nikłej wiedzy historycznej piszącego te słowa –
trudno to sprawdzić – a przecież on sam umieścił tam, ten nagrobek.
5.
Małżonek kazał umieścić na nagrobku takie słowa:
„Ja
Hans von
Haugevitz z Kalden Bartchen i Schehitz, kazałem przygotować to
epitafium, spoczywającej w Bogu, miłej mojemu sercu żonie.
Roku
Pańskiego 1603, 13 grudnia, odeszła do Boga w wieku 38 lat, wielce
cnotliwa Pani Magdalena z domu Retschin, z Arensdorfu, w hrabstwie
Kloytz, Żona szlachetnego Pana Hansa von Haugewitz z Kalden Bartchen i
Schehitz (...) "Lecz ja wiem: Wybawca mój żyje, na ziemi wystąpi jako
ostatni. Potem me szczątki skórą odzieje, i ciałem swym Boga zobaczę."
(Księga Hioba 19,25-26)
6.
Wedle orientacyjnych wyliczeń, Rodzina Von Czetritz gospodarzyła w
Strudze przez prawie 300 lat.
7.
W 1726 r. obciążenia podatkowe majątku w Strudze Dolnej szacowano na
1.036 talarów a chłopów na 1.036 talarów, natomiast z Strugi Górnej,
odpowiednio na 158 i 279 tal.
8.
Cyt. z WKKLA: „Z roku
1737 przytaczamy celem upamiętnienia nędzny
stan okoliczności ówczesnego okresu. Bieda owego roku była wśród
przeważającej liczby mieszkańców z powodu drożyzny tak wielka, że
zaledwie mogli się przed głodem bronić, ponadto w tym samym czasie
trudno było nabyć żywność, każdemu brakowało pieniędzy.
Choroby
ludzi, gdy chodzi o rwanie, reumatyzm, rżnięcie i bóle głowy
były też bardzo rozpowszechnione, tak że na skutek chorób godnych
politowania zmarło dużo ludzi.”
„Roku
1742 dał król zezwolenie
na budowę ewangelickich domów modlitwy i
szkół. Roku 1742 został wyznaczony pierwszy ewangelicki nauczyciel -
Gotfryd Frey pochodzący z powiatu oławskiego dla obydwu gmin Górny i
Dolny Adelsbach.”
9.
Cyt. z WKKLA:„Roku 1746
w styczniu wybuchł pożar w Górnym Adelsbach w
zabudowaniu pewnego robotnika pańszczyźnianego.
Roku 1755 7 czerwca rano o
2-giej godzinie spłonęła całkowicie od
uderzenia pioruna wieża kościoła, przy tym stopiły się w ogniu trzy
znajdujące się na wieży dzwony. Miało to miejsce za czasów dziedzica
von Kluge, właściciela Górnego i Dolnego Adelsbach oraz 4 innych
miejscowości.”
10.
Cyt. z WKKLA: „Od 1776
roku do 1846 wybuchło kilka pożarów;
szczególnie zasmucającym był pożar z 5 stycznia 1795 roku , który
wybuchł o 12 godz. w dawnym warsztacie kowalskim nr domu 15 w Dolnej
Strudze, gwałtowny wiatr powiększał ogień z nieopisaną szybkością od
jednego do drugiego budynku. Pastwą płomieni padły ewangelicka i
katolicka szkoła, 5 gospodarstw kmiecych, 3 gospodarstwa pańszczyźniane
i 15 chałupniczych.
1817 r.
przed żniwami spaliło się znowu jedno gospodarstwo pańszczyźniane, a
mianowicie dom nr 53 w Dolnej Strudze. Stało się to po południu o
3-ciej godzinie przy bezwietrznej pogodzie, dlatego ogień nie
rozszerzył się dalej.
1826 r. w
niedzielę Laetare powstał ogień w gminie Lubomin, gdzie spaliły się dwa
gospodarstwa kmiece w zachodniej części wsi, ogień rozszerzył się na
skutek silnego wiatru aż do Górnej Strugi gdzie dom nr 4 padł pastwą
płomieni.
1830 r. 1
lutego około 5-tej popołudniu wybuchł pożar w dziedzicznym sołectwie w
Dolnej Strudze spalił się dom mieszkalny, ocalała stodoła i stajnia.
1836
r. 30 października wybuchł pożar w domu nr 32 w Dolnej Strudze,
dom spalił się doszczętnie.
1839 r. 20
kwietnia wybuchł w Górnej Strudze w karczmie w domu nr 1 ogień. Dom
(wycużnika) gospodarza na dożywociu i stodoła spłonęły, jednak dom
mieszkalny, szopa i Brandweinkueche pozostały nienaruszone.
O
WIELKIEJ WODZIE I DROŻYŹNIE.
Rok 1804
był rokiem smutnym. W maju nastała długotrwała pora deszczowa, bez
słonecznej pogody, trwająca cztery tygodnie. Aż do 4 czerwca wezbrały
wszystkie strumyki zamieniając się w strumienie, a rzeki i strumienie
wystąpiły z brzegów i zalały dużo pól z ich uprawami.
W wielu
okolicach Śląska,
zostały całe miejscowości zniszczone, domy
zerwane, pola zupełnie zniszczone, ludzie potopili się i dużo bydła
poginęło. Z długotrwałą deszczową pogodą związane było dokuczliwe
zimno, które tak jak deszcze powodowało szkodliwe następstwa. Żyto nie
mogło zakwitnąć wobec takiego zimna i przy wymłóceniu było bardzo mało
ziarna np. z jednej kopy żyta otrzymano zaledwie dwa garnce ziarna. W
okolicach równinnych żyto już przekwitnęło przed ową deszczową i zimną
porą, dlatego trochę lepiej obrodziło. W terenie górzystym i w naszych
okolicach żyto nie wyrosło wtedy jeszcze tak wysoko i dlatego, gdy
deszcze ustały i słońce zaświeciło, mogło jeszcze zakwitnąć. Również i
inne ziemiopłody zepsuły się na skutek wilgoci i zimna. Marne zbiory
pól spowodowały, że cena zboża w 1804 podniosła się i stale wzrastała.
W kwietniu 1805 roku cena pół korca wynosiła 8 talarów, ceny stale
rosły, przed żniwami 1805 r. pół korca kosztowało 14 talarów. Na
Morawach bieda była jeszcze większa, tam według ich pieniędzy za pół
korca płacono 45 guldenów.”
11.
Wraz z mężem spoczeła na cmentarzu w Strudze, a córka tak opisała
ich nagrobek:
„Tu
spoczywają razem, już bez
duszy, doczesne ciała, :
Naczelnika i Rycerza
Króla w Prusiech
Ernesta Christiana
von Hohendorf z Waizdorfu, urodzonego 6 lipca 1721,
zmarłego 24 kwietnia 1784.
Jak też Jego żony
Pani Charlotty Zofii Tugendreich von Lieres,
urodzonej w Wilkowie koło Świdnicy, zmarłej 5 czerwca 1811 roku w
Adelsbachu (...).
Pomnik dziecięcego
szacunku i miłości pozostawiony przez ich jedyną
córkę, Panią Richthofen ze Strugi.”
12.
Opis Bitwy pod Strugą. Fragment Powieści "Popioły" (rozdz.42)
Stefana Żeromskiego.
„Opowiadanie Wachmistrza
Gajkosia”
13.
Cyt. z WKKLA „Przed
rokiem 1825 były już dwa razy po kolei dobre
żniwa i dlatego było wiele starych zapasów. Żniwa w 1825 roku wypadły
jednak nadzwyczaj obficie i całe Niemcy i prawie cała Europa zebrały
bogate żniwa ze względu na sprzyjającą pogodę, dlatego też nie było za
granicą zapotrzebowania na zboże. Dlatego ceny zboża spadły bardzo
nisko. W styczniu 1826 roku płacono najniższą cenę za pruski półkorzec:
Pszenica
- 29 srebrnych groszy
żyto
- 16 srebrnych groszy
jęczmień
- 12 srebrnych groszy
owies
- 10 srebrnych groszy” (...)
„W
ostatnim czasie pojawiły się dwa razy choroby zakaźne mianowicie w
1814 r. gorączka nerwowa przenoszona przez żołnierzy, w niektórych
miejscowościach śmierć zabiła wielu ludzi. Także naszą miejscowość
choroba ta nawiedziła i kilka osób zmarło z powodu niej. W domu pod nr
56 w Dolnej Strudze zmarli w przeciągu trzech tygodni na skutek tej
choroby mąż i żona,
W 1830 roku dotarła aż do nas z
Azji przez Turcję i Polskę cholera.
Wprawdzie objawy nie były tak poważne jak w jej ojczyźnie, mimo to
zmarło jednak z powodu niej kilka milionów ludzi, Również w Strudze
powaliła wielu na łoże, a 7 osób zmarło, w domu pod nr 35 zmarli mąż i
żona w przeciągu 6 dni. Choroba ta nie dotarła jednak do Górnej Strugi
”
14.
Cyt. z WKKLA „W ostatni
dzień targowy 27 października 1846 roku, gdy
te zapisane wiadomości umieszczano (na dzwonnicy), cena zboża pruskiego
półkorca wynosiła:
pszenica
- 2 talary 23 srebrne grosze 6 fenigów
żyto
- 2 talary 20 srebrnych groszy 6 fenigów
jęczmień
- 1 talar 20 srebrnych groszy 6 fenigów.
15.
Dużą część majątku PGR przejęła Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna
„Przyszłość” w Starych Bogaczowicach. Tam też znaleźli zatrudnienie
niektórzy dawni pracownicy PGR. Dzisiaj pracuje tam, zaledwie kilka
osób ze Strugi.
x. Zbigniew Bartosiewicz AD 2005 - 2022
Proboszcz Parafii Rzymsko Katolickiej
pw. Matki Bożej Bolesnej
w Strudze

Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus!